Hopper pociągnął fajkę, pyknął dymem i zwrócił się do Grimesa.
– Zaczniemy od ciebie, Warren. Możesz nam już powiedzieć, co wykryłeś w tych zwłokach?
Grimes sięgnął po swoje notatki i oświetlił je latarką.
– Jeszcze nigdy nie widziałem tylu odchyleń od normy w jednym organizmie. Zacznijmy od tego, co wszyscy widzieli: czerwone białka i tęczówki oczu. Również silnie zaczerwieniona, prawie brunatna skóra. Dalej: bardzo powiększona śledziona, skrzepy w naczyniach krwionośnych serca, mózgu i kończyn. Uszkodzone nerki, wątroba i trzustka. Niezwykle wysoki poziom hemoglobiny. Degeneracja tkanki tłuszczowej. Nic dziwnego, że ci ludzie dostawali amoku i zjadali się nawzajem. Połączenie tych wszystkich schorzeń mogło bez trudu wywołać niekontrolowaną psychozę.
– Co w końcu spowodowało śmierć tego człowieka? – spytał Hopper.
– Polycythemia vera, choroba o nieznanych przyczynach, objawiająca się katastrofalnym wzrostem poziomu czerwonych ciałek i hemoglobiny we krwi. W tym przypadku inwazja czerwonych ciałek wywołała nieodwracalne uszkodzenie centralnego systemu nerwowego. Jednocześnie organizm produkował zdecydowanie za mało substancji powodujących krzepnięcie krwi. W rezultacie w całym organizmie doszło do rozległych wylewów, widocznych zwłaszcza w oczach i na skórze. To tak, jakby wstrzyknięto mu ogromną dawkę witaminy B-12, która, jak wiecie, powoduje intensywny rozwój czerwonych ciałek krwi.
– Robiłaś analizę krwi – Hopper zwrócił się do Evy. – Co z tymi czerwonymi ciałkami?
– Przede wszystkim mają dziwny, nietypowy kształt; są prawie doskonale trójkątne, z podobnymi do zarodników roślinnych wypustkami. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałam. No i, jak już powiedział doktor Grimes, jest ich niewiarygodnie dużo. Normalnie w jednym centymetrze sześciennym krwi dorosłego człowieka jest nieco ponad pięć milionów. Tutaj jest ich trzykrotnie więcej.
– Aha – dodał Grimes – stwierdziłem też obecność w tych zwłokach dużej ilości arszeniku; to też mogło być przyczyną śmierci.
– Tak – potwierdziła Eva. – We wszystkich próbkach krwi poziom arszeniku był grubo powyżej przeciętnej. To samo z kobaltem.
– Kobalt? – zdziwił się Hopper.
– To akurat nic dziwnego – rzekł Grimes. – Witamina B-12 zawiera prawie cztery i pół procent kobaltu.
– Spytałem o to, bo te składniki są również w wodzie ze studni, którą badałem. I to w takim stężeniu, że szklanka tej wody mogłaby uśmiercić wielbłąda.
– Może wody gruntowe przechodzą tu przez bogate złoża arsenu i kobaltu? – zasugerowała Eva.
– Owszem, o ile pamiętam jeszcze uniwersyteckie wykłady z geologii, te pierwiastki często występują razem.
– To ciągle za mało, żeby wywołać w organizmie takie spustoszenia – zauważył Grimes. – Tutaj oprócz arszeniku i kobaltu musiał działać jakiś katalizator, który zwiększył ich toksyczność i zmodyfikował działanie. Mam na myśli przyrost czerwonych ciałek. I chyba właśnie tego katalizatora szukamy.
– Badając tę wodę – rzekł Hopper – wykryłem jeszcze coś innego: silne skażenie radioaktywne.
– To dziwne – skomentował Grimes.
– Dlaczego?
– Bo radioaktywność, nawet nie przekraczająca bezpiecznych norm, raczej obniża niż zwiększa zawartość czerwonych ciałek we krwi. Ja w każdym razie nie stwierdziłem niczego, co można uznać za skutek napromieniowania.
– Może substancje radioaktywne znalazły się w tej wodzie dopiero ostatnio, już po śmierci mieszkańców? – podsunęła Eva.
– To możliwe – zgodził się Grimes. – Ale w takim razie nadal nie wiemy, co było tym katalizatorem. Moim zdaniem to jakiś nietypowy, nieznany związek chemiczny; może wyprodukowany przez człowieka syntetyk.
– Syntetyk?… – zastanawiała się głośno Eva. – Skąd by się wziął tutaj, na pustyni?
– Może dolatują tutaj dymy i pyły z zakładów utylizacji odpadów w Fort Foureau? – rzekł Grimes.
Hopper wpatrzy! się z namysłem w żar swojej fajki.
– To dwieście kilometrów stąd. Chyba trochę za daleko, a i wiatry w tych okolicach, o ile wiem, wieją raczej w przeciwną stronę. Przez wody gruntowe też nic się nie może przedostać, bo oni tam wszystkie niebezpieczne materiały spalają. Zresztą ten zakład w ogóle nie zajmuje się odpadami radioaktywnymi.
– Chyba nie wymyślimy nic więcej – powiedziała Eva. – Co robimy dalej?
– Pakujemy się, lecimy do Kairu, a potem prosto do Paryża; dopiero tam będziemy mogli dobrze zanalizować nasze próbki. Główny eksponat proponowałbym wziąć w całości. Dobrze go zapakujemy, żeby nas nie zasmrodził na śmierć, a w Kairze wpakujemy go do lodu.
Spojrzał na Batuttę. Siedział w pobliżu, nic nie mówiąc, z obojętnym wyrazem twarzy, jakby ta rozmowa nie bardzo go interesowała. Ale ukryty pod jego koszulą magnetofon nagrywał każde słowo.
– Kapitanie Batutta!
– Tak, doktorze?
– Mamy zamiar jutro rano odlecieć do Egiptu. Czy to panu odpowiada?
– Oczywiście – Batutta uśmiechnął się szeroko. – Lećcie, kiedy chcecie. Ja niestety będę musiał tu zostać i zrobić szczegółowy raport dla moich władz o sytuacji w Asselar.
– Przecież nie możemy tu pana zostawić samego!
– Landrovery mają dużo paliwa. Wezmę jeden i wrócę do Timbuktu.
– To czterysta kilometrów stąd. Nie zabłądzi pan?
– Znam drogę. Urodziłem się i wychowałem na tej pustyni – rzekł Batutta. – Jak wyruszę o świcie, pod wieczór będę w Timbuktu.
– Czy nie będzie pan miał jakichś przykrości w związku z niespodziewaną zmianą naszych planów?
– Dlaczego? Pułkownik Mansa polecił mi postępować zgodnie z waszymi życzeniami. Żałuję tylko, że nie polecę do Kairu.
Kiedy naukowcy odeszli do swoich namiotów, Batutta przeciągnął się leniwie przy ciepłym piecyku. Wyłączył magnetofon, wyjął latarkę i mignął dwukrotnie w kierunku kabiny pilota. Chwilę później porucznik Djemaa wyszedł z samolotu i zbliżył się do Batutty.
– Wzywał mnie pan? – spytał cicho.
– Te cudzoziemskie świnie chcą jutro odjechać.
– Mam zawiadomić Tebezzę o naszej wizycie?
– Tak. Niech pan im przypomni, żeby przygotowali odpowiednie przyjęcie dla Hoppera i jego ludzi.
Pierwszy pilot mrugnął ze zrozumieniem.
– Paskudne miejsce, ta Tebezza. Jak tylko oddam moich pasażerów pod opiekę, natychmiast startuję z powrotem. Nie mam ochoty tam przebywać.
– Formalnie ma pan rozkaz wracać do Bamako – rzekł Batutta. Djemaa ponownie mrugnął porozumiewawczo.
– Oczywiście, panie kapitanie. Dobranoc.
Eva wyszła z namiotu, żeby odetchnąć przed snem świeżym powietrzem i jeszcze raz popatrzeć w rozgwieżdżone niebo nad pustynią. Spojrzała w stronę samolotu. Pilot skończył właśnie rozmowę z Batutta i wchodził po otwartej rampie do wnętrza maszyny.Przypomniała sobie jak dziwnie, wręcz przesadnie usłużny był ostatnio Batutta, jak łatwo godził się na wszystkie ich propozycje. Czy nie wróży to jakichś nowych problemów? Chociaż, co właściwie może zrobić im Batutta, kiedy już wystartują? Nie będzie już czego się bać, wszystkie okropności i zagrożenia zostaną za nimi; po paru godzinach będą znowu w normalnym, przyjaznym kraju.
Z zadowoleniem pomyślała, że opuszcza Mali na zawsze. A jednak gdzieś w głębi duszy czuła niewytłumaczalny niepokój.
17
– Od jak dawna mamy ich na ogonie? – spytał Giordino, otrząsając się z resztek trzygodzinnej drzemki. Utkwił wzrok w ekranie radaru.
– Zauważyłem ich mniej więcej siedemdziesiąt pięć kilometrów temu, już na terytorium Mali – odrzekł Pitt.
– Widziałeś, jakie mają uzbrojenie?
– Nie. Kiedy ich zobaczyłem na ekranie, byli zaledwie sto metrów od nas, ale schowani w jakimś odgałęzieniu rzeki. Potem ruszyli za nami, ale śledzą nas z daleka.