– Może to zwykły patrol rzeczny?
– Zwykły patrol nie stosowałby kamuflażu.
Giordino wciąż wpatrywał się w ekran.
– Wcale nie próbują zmniejszyć dystansu.
– Nie spieszą się, mają dużo czasu.
– Albo nie mogą płynąć szybciej. To pewnie jakaś nędzna stara krypa. Pewnie nie zdają sobie sprawy, że możemy ich rozwalić na kawałki.
– Niestety, to wcale nie jest takie oczywiste. Nie tylko oni zwietrzyli nasz trop.
– Mają towarzystwo?
– Tak, i to liczne. Zdaje się, że władze malijskie przygotowały sporo żelastwa na nasze powitanie. – Pitt spojrzał w bezchmurne niebo. – Na wschód od nas krąży chyba całe stado jastrzębi.
Giordino podniósł wzrok i natychmiast zrozumiał, o czym Pitt mówi.
Słońce odbijało się jaskrawymi błyskami w metalowych kadłubach krążących samolotów.
– Francuskie myśliwce bombardujące mirage, najnowsza wersja, o ile dobrze rozpoznaję. Sześć… nie, chyba siedem maszyn. A tam – Pitt wskazał ręką na zachodni brzeg – widzisz te chmurę kurzu? To kolumna pojazdów wojskowych.
– Ile ich jest?- spytał Giordino, licząc jednocześnie w myślach, ile jeszcze pozostało mu rakiet.
– Zauważyłem cztery.
– Na razie starczy. Pozostaje tylko pytanie, kiedy ten… jak mu tam?…
– Zateb Kazim.
– Wszystko jedno – Giordino obojętnie wzruszył ramionami. – Ważne, kiedy zdecyduje się zaatakować.
– Jeśli chce nam zabrać Calliope dla własnego użytku, a jest choć trochę mądrzejszy od tego operetkowego admirała z Beninu, to będzie cierpliwie czekał. Wie, że prędzej czy później rzeka nam się skończy.
– I paliwo.
– To też.
Pitt milczał i przyglądał się szerokiej rzece, leniwie płynącej przez piaszczystą równinę. W złocistym słońcu, wolno zmierzającym ku linii horyzontu, białe bociany rozcinały skrzydłami gęste od upału powietrze; inne dreptały po mieliznach na długich jak szczudła nogach. Wyskakujące z wody ryby połyskiwały wokół Calliope niczym małe fajerwerki. Minęli dużą żaglową szalupę, płynącą powoli w dół rzeki; żagiel zwisał żałośnie, nie reagując na słabiutkie powiewy wiatru. Na pełnym worków z ryżem pokładzie paru ludzi spało w cieniu prymitywnego baldachimu rozpiętego na czterech słupkach, inni długimi bosakami popychali łódź do przodu, pomagając leniwemu prądowi. Trudno było uwierzyć, że w tym spokojnym, malowniczym pejzażu czai się śmierć i zniszczenie.
Giordino przerwał rozmyślania Pitta.
– Ta kobieta, którą poznałeś w Egipcie, wybierała się chyba właśnie do Mali?
– Tak. Jest biologiem, należy do zespołu badawczego WHO, który miał badać w Mali przyczyny dziwnej epidemii, dziesiątkującej mieszkańców.
– Może spotkasz ją tutaj. Usiedlibyście sobie na pustyni w świetle księżyca, objąłbyś ją czule i opowiadałbyś o swoich przygodach.
– Jeśli tak wyobrażasz sobie to, co robi się w czasie randki, to nic dziwnego, że kiepsko ci idzie w tych sprawach.
– A o czym mógłbyś rozmawiać z dziewczyną – geologiem?
– Biochemikiem – sprostował Pitt.
W myślach Giordina zapaliło się nagle światełko alarmowe; zupełnie zapomniał o żartach.
– Nie przyszło ci do głowy, że ta kobieta i jej uczeni kumple szukają tej samej trucizny, co my?
– Owszem, myślałem o tym… – zaczął Pitt, ale przerwał, bo spod pokładu wyskoczył nagle Rudi Gunn.
– Mam! – wykrzyknął triumfalnie.
– Co masz? – Giordino nie od razu zrozumiał.
Gunn nie odpowiadał, tylko uśmiechał się radośnie, jakby wygrał milion.
– Znalazłeś to? – spytał Pitt z niedowierzaniem.
– To paskudztwo, które pobudza czerwony zakwit? – domyślił się wreszcie Giordino.
– W końcu miałem trochę szczęścia… – skinął głową Gunn.
– Moje gratulacje, Rudi! – przerwał mu Pitt, ściskając mocno jego dłoń.
– Już chciałem się poddać – ciągnął Gunn – ale uratowało mnie moje niechlujstwo. Robiłem strasznie dużo tych pomiarów i nie za każdym razem chciało mi się sprawdzać wydruki komputerowe. Wreszcie, rad nierad, musiałem przejrzeć wszystko jeszcze raz. I wtedy zwróciłem uwagę na kobalt; nawet nie dlatego, że jest go tu dużo, ale dlatego, że występuje ciągle jako składnik jakiegoś organicznego zanieczyszczenia. Po wielu analizach w chromatografie stwierdziłem wreszcie, że jest to jakiś niezwykły związek organometaliczny. Ściślej: związek kobaltu z syntetycznym aminokwasem.
– Dla mnie to zupełna abrakadabra – mruknął Giordino. – Co to jest aminokwas?
– Coś, z czego powstają białka.
– Powiedziałeś: syntetyczny. Skąd coś takiego mogłoby się znaleźć w tej rzece?
– Nie wiem, ale nie sądzę, żeby synteza dokonywała się sama, przez przypadkowe spotkanie składników w wodzie rzeki. Cały ten związek, łącznie ze składnikami chemicznymi i radioaktywnymi, jest albo produkowany rozmyślnie w jakimś laboratorium biogenetycznym, albo powstaje na dużym śmietnisku, gdzie zwożone są różnego rodzaju odpady.
Pitt zatrzymał wzrok na ekranie radaru: płynąca za nimi, wciąż niewidoczna gołym okiem jednostka, pozostawała blisko krawędzi, może nawet była teraz trochę dalej niż przedtem. Spojrzał na niebo na wschodzie. Odrzutowce krążyły tam nadal, powoli, jakby leniwie; zapewne chodziło o oszczędzenie paliwa. Pojazdów wojskowych na zachodnim brzegu nie zobaczył; widok w tamtą stronę zasłaniały wyspy, rozrzucone na bardzo szerokiej w tym miejscu rzece.
– Zrobiliśmy tylko połowę – rzekł. – Teraz trzeba sprawdzić, gdzie to świństwo wpływa do Nigru. Na razie Malijczycy nam nie przeszkadzają. Proponuję płynąć spokojnie dalej; może znajdziemy to miejsce, zanim się nami bliżej zainteresują.
Miejsce przy sterze zajął teraz Giordino. Pitt wyciągnął się wygodnie na macie, rozłożonej na podłodze kokpitu, i natychmiast zasnął; organizm domagał się odpoczynku.Gdy się zbudził, pomarańczowa kula słońca znikała już za horyzontem. Mimo to temperatura powietrza była o dziesięć stopni wyższa. Na krawędzi ekranu radaru wciąż majaczyła malijska kanonierka, zniknęły jednak myśliwce; prawdopodobnie odleciały do bazy, by uzupełnić paliwo. Strasznie są pewni siebie, pomyślał. W przeciwnym razie zastąpiliby jedne samoloty innymi. Wstał i przeciągnął się. Giordino bez pytania podał mu kubek z kawą.
– To cię powinno obudzić. Dobra, mocna kawa po egipsku, z fusami na dnie.
– Jak długo spałem?
– Miałeś dwugodzinną przerwę w życiorysie.
– Minęliśmy już Gao?
– Tak, jesteśmy już pięćdziesiąt kilometrów dalej. Straciłeś wspaniały widok: wielki jacht, istny pałac na wodzie. Cała grupa przepięknych dziewczyn w bikini przesyłała mi z pokładu gorące pocałunki.
– Ale mi tu kit wciskasz…
– Słowo skauta – Giordino podniósł w górę trzy palce. – To był najbardziej niezwykły pływający dom, jaki kiedykolwiek widziałem.
– Rudi nadal notuje wysokie stężenie tej toksyny?
– Tak. Twierdzi, że teraz jest już z każdym kilometrem większe.
– Czyli jesteśmy blisko?
– Rudi mówi, że nawet bardzo blisko.
Jakiś szczególny błysk pojawił się nagle w oczach Pitta. Giordino znał ten błysk; pojawiał się zawsze, ilekroć coś nowego przychodziło mu do głowy. Przenosił się wtedy myślą w całkiem inne rejony i stawał się nieobecny duchem.Tym razem ten stan przedłużał się ponad miarę.
– Co znowu wymyśliłeś? – spytał wreszcie zniecierpliwiony Giordino.
– Zastanawiam się – Pitt wrócił na ziemię – jakby tu wykiwać tego kacyka. Nie mam chęci zostawiać mu Calliope, aby miał gdzie urządzać sobie pijackie orgie.