– No i jak masz zamiar poskromić apetyt generała Kazima?
– Jego apetytów pewnie nie poskromię. Ale będzie musiał obejść się smakiem. – Pitt uśmiechnął się demonicznie.
Niemal dokładnie w chwili, kiedy ostatni skrawek czerwonej tarczy słońca znikał za horyzontem, spod pokładu rozległ się głos Gunna.
– Nie ma już tego skażenia! Właśnie przed chwilą się skończyło.
Zaczęli z wielką uwagą przypatrywać się obu brzegom. Rzeka na tym odcinku biegła niemal prosto na zachód. Ani na południowym, ani na północnym brzegu nie było widać żadnych zabudowań. Wydawało się, że pusta przestrzeń sięga we wszystkie strony, aż po linię horyzontu.
– Tu jest kompletnie pusto – zawołał Giordino przez otwarty luk w pokładzie. Po chwili pokazał się w nim Gunn.
– Naprawdę nic tam nie widać?
– Nic, tylko piasek, piasek i piasek.
– W północnym brzegu jest lekkie zagłębienie – rzekł Pitt, wskazując szeroki, płytki wąwóz. – Jakby płynęła tędy kiedyś woda.
– Nie za naszego życia – stwierdził Gunn, który też wyszedł na pokład. – Owszem, to mogło być koryto rzeki, ale w dawnych, wilgotniejszych czasach.
Giordino przyglądał się uważnie wąwozowi.
– Rudi ma chyba rację – powiedział. – Tędy z pewnością od dawna nie płynie żadna woda; ani czysta, ani skażona.
– Cofnijmy się i przepłyńmy ten odcinek jeszcze raz – zażądał Gunn. – Skontroluję moje pomiary.
Calliope zaczęła posuwać się do tyłu i do przodu, jak kosiarka po trawniku. Przeczesali w ten sposób najpierw prawą stronę nurtu, potem środek, wreszcie płycizny przy lewym, południowym brzegu. Z radaru wynikało, że płynąca za nimi kanonierka zatrzymała się; zapewne jej kapitan nie mógł pojąć celu dziwnych manewrów Calliope.
Wreszcie Gunn znowu wychylił się z luku.
– Nie mam już wątpliwości: największe stężenie toksyny jest przy ujściu tego martwego koryta na północnym brzegu!
Wpatrywali się z niedowierzaniem w wyschnięte, kamieniste dno dawnego dopływu Nigru. Płytkie koryto biegło zakolami na północ i ginęło pośród niskich diun na horyzoncie.
Milczeli przez chwilę. Pitt wyłączył silniki i pozwolił jachtowi swobodnie dryfować.
– Nie ma toksyn powyżej tego miejsca? – spytał.
– Praktycznie żadnych – powtórzył Gunn – a tej naszej już ani śladu. Jak dopływamy z dołu do tej wyschniętej rzeki, stężenie toksyny przekracza skalę moich instrumentów, a parę metrów dalej – nic, jak nożem uciął.
– Może to jakiś naturalny składnik tutejszej gleby? – zaryzykował Giordino.
– Wykluczone. Taki zajzajer nie może być dziełem natury – odparł Gunn.
– A co sądzisz o podziemnym kanale, odprowadzającym ścieki chemiczne z jakichś zakładów za tymi wydmami? – nie rezygnował Giordino.
– Nie wiem. Trzeba by to zbadać. Ale to już chyba nie nasza rola. Czas zwijać kramik.
Pitt spojrzał za rufę i zobaczył wreszcie śledzącą ich kanonierkę, do której zbliżyli się w dryfie. Był to staroświecki wprawdzie, ale mocno uzbrojony ścigacz rzeczny.
– Nie powinni wiedzieć, że coś znaleźliśmy – rzekł cicho. – Płyńmy dalej, tak jakby nic się nie zdarzyło, i podziwiajmy widoki.
– Ładne mi widoki! – parsknął Giordino. – Dolina Śmierci to w porównaniu z tym rajski ogród.
Pitt włączył ponownie silniki. Calliope ruszyła ostro do przodu. W ciągu niespełna dwóch minut malijski ścigacz został daleko z tyłu.
Teraz dopiero, pomyślał Pitt, zacznie się zabawa.
18
Generał Kazim siedział w skórzanym fotelu przy długim konferencyjnym stole w towarzystwie dwóch ministrów malijskiego rządu i wysokiego rangą oficera. Pokryte jedwabną materią ściany i gruby dywan na podłodze nadawały pomieszczeniu wygląd eleganckiego, nowoczesnego biura.Było to jednak wnętrze samolotu, co można było poznać po łukowatym suficie i stłumionym dźwięku silników odrzutowych. Elegancki aerobus Industrie A300 był tylko jednym z wielu prezentów, które generał otrzymał od Massarde'a za zgodę na rozległą działalność francuskiego przemysłowca w Republice Mali. Yves Massarde nie musiał tracić czasu na wchodzenie w nudne szczegóły malijskiego prawa. Na cokolwiek miał ochotę, otrzymywał to od Kazima. Warunek był tylko jeden: zagraniczne konto generała miało rosnąć, a on sam miał być otoczony kosztownymi przedmiotami luksusu.Supernowoczesny aerobus, będący prywatnym środkiem transportu Kazima i jego przyjaciół, wyposażono w wojskowy, elektroniczny system wczesnego ostrzegania.
Miało to bronić generała przed zarzutami o prywatę, wysuwanymi co pewien czas przez słabą, lecz jednak widoczną opozycję w rządzie prezydenta Tahira.Kazim słuchał w milczeniu szczegółowego sprawozdania pułkownika Sghira Cheika z walki, jaką stoczyły ścigacze i helikopter marynarki benińskiej. Obejrzał także dwie fotografie superjachtu, wpływającego z morza w deltę Nigru.
– Na pierwszym zdjęciu – objaśniał Cheik – jacht jest pod francuską banderą. Ale odkąd wpłynął na nasze terytorium, flaga została zmieniona na piracką.
– Co za pomysł? – zdziwił się Kazim.
– Nie mam pojęcia – wyznał Cheik. – Ambasador Francji przysięgał, że jest to łódź nie zarejestrowana, nieznana władzom francuskim. Co do pirackiej flagi, nie wiem, o co tu chodzi.
– Skąd pochodzi ten jacht?
– Nasz wywiad nie był w stanie ustalić, w jakim kraju został wykonany. Jego linia i model nie są znane ani w stoczniach Europy, ani Ameryki.
– Może to jacht japoński czy chiński – podsunął Messaoud Djerma, minister spraw zagranicznych Mali.
Cheik szarpnął nerwowo krótko przystrzyżoną brodę, po czym poprawił na nosie ciemne okulary.
– Nasi agenci pytali również w stoczniach Japonii, Hong Kongu i Taiwanu, specjalizujących się w budowie bardzo szybkich jachtów. Tam też nikt o tej łodzi nie słyszał.
– Może coś wiadomo o samej wyprawie lub o załodze? – dopytywał się Kazim.
– Zupełnie nic – Cheik rozłożył ręce. – Tak jakby Allach spuścił ich z nieba.
– Niewinny jacht, który wpłynąwszy do Nigru nagle zmienia banderę, jak kobieta sukienkę – zauważył chłodno Kazim – a następnie rozbija w puch połowę marynarki benińskiej i uśmierca ich admirała, po czym spokojnie przekracza naszą granicę, bez żadnych przeszkód ze strony władz celnych i imigracyjnych. A pan siedzi tu przy mnie i mówi mi, że mój wywiad nie potrafi stwierdzić, w jakim kraju jacht został zbudowany i kto jest jego właścicielem!
– Proszę wybaczyć, panie generale – rzekł nerwowo Cheik. Jego krótkowzroczne źrenice unikały lodowatego spojrzenia Kazima. – Gdyby pozwolił mi pan wysłać agenta na nabrzeże w Niamey…
– Wystarczająco dużo kosztowało nas przekupienie urzędników portowych na Nigrze, żeby nie zawracali głowy statkom, zatrzymującym się w celu nabrania paliwa. Widok jakichś podejrzanych agentów mógłby wywołać tylko niepotrzebne incydenty.
– A jak reagują na wezwania radiowe? Cheik zasępił się znowu.
– Niestety, nasze ostrzeżenia pozostają bez odpowiedzi. Zupełnie, jakby w ogóle nie mieli radia.
– Na Allacha, czego ci ludzie tu szukają? – denerwował się Seyni Gashi, szef Rady Wojskowej. Bardziej przypominał wielbłąda niż żołnierza. – Jakie mają zadanie?
– Wygląda na to, że ludzie z mojego wywiadu nie są w stanie rozwikłać tej zagadki – rzekł mocno już zirytowany Kazim.
– Teraz, kiedy są na naszym terytorium – rzekł minister Djerma – możemy ich po prostu zatrzymać i zarekwirować jacht.
– Próbował już tego admirał Matabu i leży na dnie rzeki.
– Łódź ma wyrzutnię rakietową – zwrócił uwagę Cheik. – Tak przynajmniej można sądzić po rezultatach walki.