– Gdybym był właścicielem tej łódki – rzekł Pitt – umieściłbym centrum łączności radiowej na górnym pokładzie z przodu, zyskując jednocześnie wspaniały widok znad dziobu.
– A ja ożeniłbym się z pianistką.
– Może później – mruknął Pitt. – Idziemy dalej. Musimy sprawdzić kolejne drzwi.
Przyszło im to łatwo, ponieważ na drzwiach kabin umieszczone były mosiężne tabliczki. Na jednej z nich widniał napis: "Prywatne biuro Mr. Massarde'a".
– To pewnie właściciel tego pałacu – rzekł Giordino.
Pitt nacisnął klamkę. Każdy dyrektor wielkiej firmy zachodniej zzieleniałby z zazdrości na widok tak luksusowo urządzonego biura w samym sercu pustyni. Środek gabinetu zajmował wielki stół konferencyjny w hiszpańskim, starym stylu, otoczony dziesięcioma krzesłami pokrytymi kosztowną materią, tkaną ręcznie przez Indian Navajo. Większość dekoracji ściennych pochodziła z południowo-zachodnich części Ameryki. W specjalnych niszach tkwiły rzeźby plemienia Hopi, wykonane z potężnych korzeni amerykańskiej topoli. Pitt zapomniał na chwilę, że znajduje się na statku.Na długich półkach, umieszczonych za ogromnym biurkiem, stała kolekcja wspaniałej porcelany i rzadkich kamieni. Cały system łączności wbudowany był w stylowy XIX-wieczny kredens.Pokój był pusty, ale musieli się spieszyć. Pitt szybkim krokiem podszedł do pulpitu z telefonem i zaczął studiować skomplikowany system przycisków. Wystukał wreszcie długi numer Sandeckera w Waszyngtonie. Po "klik-klik" i dłuższej chwili milczenia odezwał się sygnał amerykańskiej centrali. Przez pewien czas nikt nie odpowiadał.
– Boże, dlaczego nie podnosi słuchawki? – denerwował się Pitt.
– Lepiej, żeby się pośpieszył – rzucił Giordino. – Ktoś może wypatrzyć nasze mokre ślady na korytarzu.
– Zatrzymaj go w miarę możliwości – rzucił Pitt.
– A jak będzie miał broń?
– Wtedy będziemy się martwić.
Giordino rozglądał się po ścianach z kolekcją sztuki indiańskiej.
– Zatrzymaj go w miarę możliwości – przedrzeźniał Pitta. – Łatwo powiedzieć.
– Biuro admirała Sandeckera – odezwał się wreszcie kobiecy głos.
– Julie? – Pitt mocniej ścisnął słuchawkę.
Julie Wolf, prywatna sekretarka Sandeckera, wstrzymała oddech.
– Panie Pitt, to pan?
– Tak. Nie spodziewałem się pani zastać o tej porze w biurze.
– Nikt z nas stąd nie wychodzi, odkąd straciliśmy z wami kontakt. Dzięki Bogu, żyjecie. Wszyscy w NUMA niepokoją się o was. A pan Giordino i pan Gunn?
– W porządku. Czy admirał jest gdzieś blisko?
– Jest właśnie na konferencji z ludźmi z ONZ. Może przy ich pomocy uda mu się wyciągnąć was z Mali. Zaraz go dam do telefonu.
Po chwili odezwał się głos Sandeckera:
– Dirk?
– Nie mam czasu na dłuższe sprawozdanie. Niech pan nagrywa to, co powiem.
– Nagrywam.
– Rudi wykrył tę chemiczną substancję. Ma wszystkie wyniki badań przy sobie. Jest teraz w drodze na lotnisko Gao. Może stamtąd uda mu się jakoś dostać do Stanów. Znamy już miejsce, gdzie trucizna przedostaje się do Nigru. Rudi ma dokładne dane. Problem w tym, że właściwe źródło skażenia jest gdzieś na północy. Obaj z Alem chcemy tam dotrzeć. Aha, zniszczyliśmy Calliope.
– Ktoś chce się tu dostać – krzyknął Giordino, przytrzymując potężnym ramieniem drzwi, do których dobijano się z drugiej strony.
– Gdzie jesteście? – spytał Sandecker.
– Słyszał pan o bogatym Francuzie, który nazywa się Yves Massarde?
– Coś słyszałem. To francuski magnat przemysłowy. Ale co to ma do rzeczy?
Zanim Pitt zdążył odpowiedzieć, drzwi ustąpiły i na Giordina wpadło sześciu silnych mężczyzn. Udało mu się położyć pierwszych trzech, ale znalazł się na dnie kłębowiska coraz liczniej napływających ludzi.
– Jesteśmy nieproszonymi gośćmi na statku Massarde'a – zdążył jeszcze krzyknąć do słuchawki Pitt. – Przepraszam, admirale, muszę już kończyć.
Spokojnie odłożył słuchawkę na miejsce, obrócił się na krześle i spojrzał na człowieka, który właśnie pojawił się w drzwiach.Yves Massarde ubrany był w nieskazitelną białą marynarkę; zdobiła ją wetknięta w klapę róża. Rękę trzymał nonszalancko w kieszeni, odstawiając na bok łokieć. Obojętnie, tak jak mija się uliczne zamieszanie, minął szarpiących się na podłodze mężczyzn. Następnie zatrzymał się, spoglądając przez smugę niebieskiego dymu z gauloise'a, którego trzymał w kąciku ust. Za jego biurkiem siedział spokojnie jakiś człowiek i uśmiechał się bezczelnie.Massarde znał się na ludziach. Ocenił, że to niebezpieczny przeciwnik.
– Dobry wieczór – rzekł Pitt uprzejmie.
– Amerykanin czy Anglik? – spytał Massarde.
– Amerykanin.
– Co pan robi na moim statku?
Pitt uśmiechnął się lekko.
– Musiałem pilnie skorzystać z pana telefonu. Myślę, że nic tu nie zepsuliśmy. Zapłacę za połączenie oraz za zniszczenie drzwi w pańskim biurze.
– Mogli panowie wejść na mój statek legalnie i skorzystać z telefonu jak dżentelmeni.
Massarde powiedział to tak, jakby uważał Amerykanów za prymitywnych kowbojów.
– Czy tak wyglądających cudzoziemców wpuściłby pan w środku nocy do swojego biura?
Massarde na samą myśl o tym uśmiechnął się.
– Ma pan rację. Pewnie bym nie wpuścił.
Pitt wziął do ręki ozdobne wieczne pióro leżące na biurku i pośpiesznie napisał coś na kartce papieru, którą następnie wręczył Massarde'owi.
– Proszę wysłać rachunek pod tym adresem. Miło nam było pana poznać, ale musimy już się zbierać.
Massarde wyjął z kieszeni eleganckiej marynarki mały automatyczny pistolet i skierował lufę w kierunku głowy Pitta.
– Zmuszony jestem prosić panów o skorzystanie z mojej gościnności, zanim zwrócę się o pomoc do malijskich służb bezpieczeństwa.
Giordino z trudem trzymał się na nogach. Jedno oko miał podbite, z nosa ciekła mu strużka krwi.
– Chce pan założyć nam kajdanki? – spytał Massarde'a. Francuz spoglądał na Giordina
jak na niedźwiedzia w ogrodzie zoologicznym.
– Tak, strzeżonego Pan Bóg strzeże.
– Czułem, że to się tak skończy… – odezwał się ponuro Giordino.
21
Sandecker wrócił do sali konferencyjnej w głównej kwaterze NUMA w nastroju optymistycznym.
– Żyją – oświadczył krótko.
Przy stole z rozłożoną mapą zachodniej Sahary i z raportami na temat malijskich sił zbrojnych siedziało dwóch mężczyzn.
– Więc wracajmy do naszej misji ratowniczej – rzekł starszy z nich, ze szczeciniastą, siwiejącą czupryną i jasnoniebieskimi oczyma w dużej, okrągłej twarzy.
Generał Hugo Bock był człowiekiem dokładnym i przewidującym. Jako żołnierz miał niezliczoną ilość zalet. Między innymi był wprawnym zabójcą. Dowodził mało znaną formacją służb specjalnych, zwaną w skrócie UNICRATT, co oznaczało Taktyczną Grupę Szybkiego Reagowania przy ONZ. Była to grupa sprawnych i wyćwiczonych komandosów z dziewięciu krajów, która na zlecenie Organizacji Narodów Zjednoczonych podejmowała się wyjątkowo trudnych misji, często nie ujawnianych publicznie. Bock karierę swoją rozwinął w armii niemieckiej. Był też stałym doradcą krajów trzeciego świata, których rządy korzystały z jego usług w czasie wewnętrznych wojen czy konfliktów granicznych.Jego zastępcą był Marcel Levant, zasłużony i wysoko odznaczony weteran Francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Był to typ wojskowego arystokraty w starym stylu. Absolwent Saint Cyr, pierwszej szkoły wojskowej Francji, dał się poznać jako bohater wielu bojowych akcji, między innymi w krótkiej Wojnie Pustynnej w Iraku w 1991 roku. Twarz miał przystojną, inteligentną. Mimo 36 lat wyglądał bardzo młodo. Szczupła budowa, długie, ciemne włosy i szare oczy – wszystko to nadawało mu wygląd młodego człowieka, który ledwie opuścił mury uniwersytetu.