Выбрать главу

– Czy wie pan dokładnie, gdzie się znajdują?

– Wiem – odrzekł Sandecker. – Jeden z nich próbuje złapać w Gao jakiś samolot lecący do Ameryki. Dwaj pozostali są na jachcie Massarde'a na Nigrze.

– Ach, to ten sławny Skorpion.

– Zna go pan? – spytał Bock.

– Słyszałem o nim. Yves Massarde to międzynarodowy biznesmen, któremu udało się zgromadzić fortunę około dwóch miliardów dolarów. Nazywają go Skorpionem z powodu dziwnego znikania wszystkich jego konkurentów i partnerów. Ostatecznie został jedynym właścicielem wielu ogromnych i niezwykle dochodowych korporacji. Ma opinię człowieka bezwzględnego, jest też wielkim utrapieniem dla rządu francuskiego. Pańscy przyjaciele nie mogli gorzej trafić.

– Czy ma na swoim koncie jakąś działalność kryminalną? – spytał Sandecker.

– Można by rzec, że wyłącznie. Ale nigdy nie dał się złapać, nie można go więc postawić przed sądem. Jego dossier w Interpolu ma już co najmniej metr grubości.

– Jakim cudem pańscy ludzie tam się znaleźli? – spytał Bock.

– Gdyby znał pan Dirka Pitta i Ala Giordino, zrozumiałby pan – mruknął Sandecker.

– Właściwie ciągle nie wiem, co skłoniło panią Kamil do poparcia pomysłu wyciągnięcia tych ludzi z Mali – rzeki Bock. – Nasza formacja podejmuje akcje tylko w sytuacjach poważnych kryzysów międzynarodowych. Nie rozumiem, dlaczego życie tych trzech ludzi jest aż tak istotne.

Sandecker spojrzał Boćkowi prosto w oczy.

– Niech pan mi wierzy, generale, nigdy nie miał pan równie doniosłej misji do spełnienia. Wyniki badań, które prowadzili w zachodniej Afryce ci ludzie, muszą być dostarczone do laboratoriów w Waszyngtonie najszybciej, jak to możliwe. Rząd amerykański z niezrozumiałych powodów nie chce się w to mieszać. Na szczęście pani Kamil doceniła wagę sytuacji i zaprosiła panów do współpracy.

– Czy można wiedzieć, o jakie badania chodzi? – spytał Levant.

Admirał potrząsnął przecząco głową, Nie mogę tego ujawnić.

– Czy to są sprawy dotyczące tylko Stanów Zjednoczonych?

– Nie, dotyczą wszystkich mieszkańców Ziemi. Bock i Levant wymienili między sobą spojrzenia.

– Powiedział pan – Bock zwrócił się do Sandekera – że ci ludzie się rozdzielili. To bardzo utrudnia naszą akcję. Nie chcielibyśmy rozdrabniać sił. Nie da się ustrzelić dwóch ptaków jednym kamieniem.

– Czy chce pan przez to powiedzieć, że nie może pan wydostać tych ludzi? – spytał niecierpliwie Sandecker.

– Nie, wcale tak nie twierdzę – rzeki Bock.

– Generał jest tylko zdania, że podjęcie się dwóch akcji jednocześnie jest podwójnym ryzykiem – wyjaśnił Levant. – Podwójne jest niebezpieczeństwo i podwójne mogą być niespodzianki. Mogę panu dać przykład. Mamy spore szansę wydostać tych dwóch ludzi z jachtu Massarde'a, ponieważ nie sądzę, żeby byli tam mocno pilnowali przez uzbrojoną straż. Poza tym nietrudno jacht zlokalizować. Co innego lotnisko. Nie mamy pojęcia, gdzie ten pański człowiek…

– Rudi Gunn – podsunął Sandecker – nazywa się Rudi Gunn.

– …gdzie pan Gunn się ukrywa – ciągnął dalej Levant. – Nasz zespół będzie tracił cenny czas, żeby go znaleźć. Jest to lotnisko używane zarówno do celów cywilnych, jak wojskowych. Na pewno jest tam silna, dobrze uzbrojona ochrona. Prawdę mówiąc, wątpię, czy komukolwiek uda się wyfrunąć z lotniska w Gao bez szwanku…

– Czyli chcecie, żebym dokonał wyboru?

– Dla powodzenia naszych działań – rzekł Levant – musimy ustalić, który cel jest ważniejszy, a który jest na drugim miejscu.

Bock popatrzył na Sandeckera.

– Niech pan decyduje, admirale.

Sandecker pochylił się nad rozłożoną na stole mapą Mali. Przyglądał się linii znaczącej kurs Calliope na Nigrze. Właściwie nie musiał się zastanawiać. Ważne były przede wszystkim analizy chemiczne. Jednocześnie przeraziły go ostatnie słowa Pitta, który obiecywał dotrzeć do źródeł zatrucia. Wyjął ze skórzanego pudełka cygaro i zapalił. Przez długą chwilę przyglądał się mapie, po czym podniósł wzrok na Boćka i Levanta.

– Trzeba przede wszystkim ratować Gunna – rzekł wreszcie.

– Zgoda – skinął głową Bock. – Ale skąd możemy mieć pewność, że nie udało mu się dostać na jakiś samolot i opuścić Mali?

Levant podniósł głowę znad mapy.

– Moi ludzie sprawdzili rozkład lotów. Najbliższy samolot leci z Gao poza granice Mali dopiero za cztery dni. Albo jeszcze później, jeśli lot będzie skasowany; a to się tam dość często zdarza.

– Cztery dni – powtórzył Sandecker; jego nadzieje zachwiały się. – Wątpię, żeby udało mu się ukrywać przez cztery dni. Może 48 godzin; potem malijskie służby go wywęszą.

– Chyba że wygląda jak tubylec i mówi po arabsku lub po francusku.

– Nic z tych rzeczy – rzeki Sandecker. Bock stuknął palcem w mapę.

– Pułkownik Levant z grupą specjalną czterdziestu ludzi może być w Gao za dwanaście godzin.

– Oczywiście, to jest wykonalne – potwierdził Levant – ale zbyt ryzykowne. Za dwanaście godzin w Mali będzie południe.

– Ma pan rację – zgodził się Bock. – Nie możemy ryzykować takiej wyprawy w środku dnia.

– Im dłuższa zwłoka – zauważył Sandecker – tym większe niebezpieczeństwo, że Gunn zostanie złapany i zginie.

– Przyrzekłem panu pomóc i zrobimy wszystko, żeby tego człowieka uratować – odparł poważnie Levant – ale nie kosztem naszych ludzi.

– Bardzo liczę na pana – Sandecker spojrzał surowo na Levanta. – Gunn wiezie informacje, od których zależy życie nas wszystkich.

Twarz Boćka wyrażała sceptycyzm. Obrzucił Sandeckera twardym spojrzeniem.

– Uprzedzam pana, admirale. Bez względu na to, co sądzi o tym wszystkim Sekretarz Generalny ONZ, jeśli moi chłopcy zginą w tej absurdalnej misji po to tylko, żeby ratować jednego z pańskich ludzi, to ja tego nie daruję. Na Boga, ktoś będzie musiał wtedy mieć ze mną osobiście do czynienia.

To "ktoś" aż nadto wyraźnie skierowane było do Sandeckera. Jego twarz nawet nie drgnęła. Admirał dużo wiedział o grupie UNICRATT. Informacje te uzyskał od starego przyjaciela, pracującego w jednej z agencji wywiadowczych. Ponieważ byli nieustraszeni i gotowi na wszystko, nazywano ich powszechnie "szaleńcami". Nie bali się własnej śmierci, byli też bezlitośni dla innych. Każdy z nich działał również na rzecz swego kraju, któremu przekazywał istotne informacje dotyczące trudnych misji ONZ. Sandecker przeczytał też uważnie życiorys Boćka oraz opinie o nim i wiedział z grubsza, z kim ma do czynienia.

Przechylił się przez stół w kierunku Boćka i spojrzał na niego ostrym jak nóż wzrokiem.

– Niech pan spróbuje zrozumieć, generale, chociaż zamiast głowy ma pan wielki, zardzewiały luger. Nic mnie nie obchodzi, ilu pańskich ludzi zginie przy wyciąganiu Gunna z Mali. Wiem tylko, że ten człowiek ma być uratowany. Mam w dupie całą resztę!

Bock zacisnął pięści, ale pozostał na miejscu. Ze swymi sterczącymi, krzaczastymi brwiami nad rzucającymi wściekłe iskry oczyma, wyglądał jak niedźwiedź szykujący się do skoku. Admirał, choć sięgał Boćkowi zaledwie do pasa, miał także wygląd człowieka gotowego do walki. Po chwili jednak wielki jak góra Niemiec roześmiał się serdecznie.

– No, skoro porozumieliśmy się już w kwestiach zasadniczych, zabierzmy się wspólnie do opracowania szczegółowego planu.

Sandecker uśmiechnął się także i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Poczęstował Boćka jednym ze swych ogromnych cygar.