Nagle, tuż przed spodziewaną strzelaniną i masakrą, odezwał się spokojny głos Massarde'a.
– Generale, dokonuj swoich egzekucji gdzie indziej, nie w moim gabinecie.
– Ten wyższy musi umrzeć – syknął Kazim, utkwiwszy w Pitcie wzrok.
– W porządku, zdążysz – rzekł Massarde, nalewając sobie następny kieliszek koniaku. – Nie chciałbym jednak, żebyś zaplamił mi krwią ten drogocenny dywan Navajow.
– Kupię ci nowy – warknął Kazim.
– Czy wziąłeś pod uwagę, że ten człowiek woli zapewne szybką śmierć od tortur? Przecież tylko po to cię sprowokował.
Kazim opuścił powoli pistolet. Jego twarz przybrała sadystyczny wyraz.
– Masz rację; jeśli o to mu chodziło…
– To spryciarze – ciągnął dalej Massarde. – Chcą przed nami coś ukryć, jakąś ważną sprawę. Myślę, że jeśli zaczną mówić, obaj na tym skorzystamy.
Kazim wstał z krzesła, zbliżył się do Giordina i przytknął mu pistolet do prawego ucha.
– Zobaczymy, czy teraz okaże się bardziej rozmowny niż na łodzi.
– Na jakiej łodzi? – spytał Giordino naiwnie.
– Na tej, z której wyskoczyliście, zanim wyleciała w powietrze.
– Ach, na tej.
– Czego tu szukacie? Po co dopłynęliście Nigrem aż do Mali?
– Obserwujemy zwyczaje tutejszych ryb…
– A ta broń na pokładzie?
– Jaka broń? – Giordino rozłożył ręce. – Nie mieliśmy żadnej broni.
– Czy już zapomniałeś, co zrobiliście z benińskimi kanonierkami?
– Przepraszam, nie wiem o co chodzi – Giordino pokręcił przecząco głową.
– Parę godzin w mojej kwaterze w Bamako odświeży ci pamięć.
– Nie potrzebujemy cudzoziemców, którzy odmawiają współpracy – wtrącił Massarde.
– Daj spokój – rzucił Pitt, spoglądając na Giordina. – Lepiej powiedzieć im prawdę.
Giordino odwrócił się do niego gwałtownie.
– Zwariowałeś? – krzyknął przerażony.
– Może jesteś odporny na tortury, ale ja nie. Na samą myśl o tym robi mi się słabo. Jeśli nie powiesz wszystkiego generałowi Kazimowi, to ja to zrobię.
– Twój przyjaciel wreszcie zrozumiał – rzekł Kazim. – Radzę ci go posłuchać.
Przez chwilę Giordino wahał się, po czym rzucił się z wściekłością na Pitta.
– Ty skurwielu, ty cholerny zdrajco… – Giordino przerwał, ponieważ kolba pistoletu Kazima wylądowała na jego twarzy, raniąc go w brodę. Giordino cofnął się kilka kroków, po czym ruszył naprzód jak rozjuszony byk. Kazim podniósł automat i wymierzył między oczy Giordina.
Zaczyna się, pomyślał spokojnie Pitt. Szybko skoczył między Kazima i Giordina, po czym chwycił Giordina za ręce, usiłując przytrzymać mu je na plecach.
– Uspokój się na miłość boską!
Massarde nacisnął niepostrzeżenie guzik umieszczony w małym stoliczku obok skórzanej kanapy. Niemal natychmiast w pokoju znalazła się cała grupa jego goryli. Rzucili się na Amerykanów i powalili ich na ziemię. Pitt szybkim spojrzeniem zmierzył siły. Postanowił nie stawiać oporu. Wiedział, że to bezcelowe. Wolał oszczędzać siły na później. Giordino jednak szarpał się z ludźmi Massarde'a, wyrzucając z siebie przekleństwa.
– Zabierzcie go z powrotem do zenzy – rzekł Massarde, wskazując Giordina.
Ludzie Massarde'a dali spokój Pittowi i skupili wszystkie swoje wysiłki na osobie Giordina. Jeden z nich uderzył go mocno w tył głowy końcem policyjnej pałki. Pod wpływem silnego bólu i zmęczenia Giordino zmiękł. Dwaj strażnicy wzięli go pod ramiona i wywlekli z gabinetu.
Kazim lufą automatu wskazał leżącego na ziemi Pitta.
– Jeśli wolisz mówić niż umierać w powolnej agonii, to dlaczego nie podasz prawdziwego nazwiska?
Pitt podniósł się i usiadł na ziemi.
– Pitt. Dirk Pitt.
– Czy można ci wierzyć?
– Takie samo dobre nazwisko jak każde inne.
Kazim zwrócił się do Massarde'a:
– Czy kazałeś ich przeszukać? Massarde skinął głową.
– Nie mieli przy sobie żadnych papierów.
Kazim patrzył na Pitta z nienawiścią.
– Może w takim razie powiesz nam, dlaczego wjechaliście bez paszportów na teren Mali?
– To proste, panie generale – Pitt wyjaśniał szybko. – Jesteśmy archeologami. Mamy kontrakt z francuską fundacją na poszukiwanie na dnie Nigru antycznych statków. Straciliśmy wszystkie dokumenty, kiedy pańskie ścigacze zatopiły nasz jacht.
– Prawdziwi archeolodzy po dwóch godzinach spędzonych w komorze parowej byliby grzeczni jak dzieci. Z tego, jaki stawiacie opór, wynika raczej, że jesteście zawodowymi szpiegami…
– Jaka to fundacja? – przerwał rozważania Kazima Massarde.
– Francuskie Towarzystwo Badań Historycznych – odrzekł Pitt.
– Nigdy o nim nie słyszałem.
– Cóż na to poradzę? – Pitt rozłożył bezradnie ręce.
– Od kiedy to archeolodzy szukają starożytności w superłodzi, wyposażonej w wyrzutnię rakietową i karabiny maszynowe? – spytał złośliwie Kazim.
– Nigdy nie zaszkodzi być przygotowanym na piratów i terrorystów. – Pitt uśmiechnął się naiwnie.
Rozległo się pukanie, drzwi otworzyły się i ktoś z załogi wręczył Massarde'owi depeszę.
– Czy będzie odpowiedź, proszę pana?
Massarde uśmiechnął się zadowolony i skinął głową.
– Podziękuj w moim imieniu i poproś o dalsze informacje.
– Dobre wiadomości? – spytał Kazim, gdy marynarz wyszedł.
– Już wszystko wiemy – rzekł Massarde. – Mój człowiek w Waszyngtonie donosi, że ci ludzie są z Państwowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych. Badają chemiczne zanieczyszczenia Nigru, które podobno wywołały gwałtowny rozrost jakichś czerwonych glonów u wybrzeży zachodniej Afryki.
– To tylko fasada, nic więcej – skrzywił się Kazim. – Węszą wokół czegoś znacznie ważniejszego niż zanieczyszczenie wody. Czuję, że szukają tu nafty.
– To samo przypuszcza mój agent z Nowego Jorku. Według niego to tylko przykrywka, chociaż jego informator twierdzi, że im rzeczywiście o to chodzi.
– Czy to nie Fort Foureau? – Kazim spojrzał na Massarde'a podejrzliwie.
– Nie, to wykluczone – odparł Massarde bez wahania. – Moje przedsiębiorstwo jest zbyt daleko od Nigru. To może być jedna z tych twoich inwestycji, którymi nie lubisz się chwalić.
– Jeśli ktokolwiek jest odpowiedzialny za skażenie środowiska w Mali, to tylko ty, przyjacielu – zauważył Kazim ze źle ukrywaną złością.
– Wykluczone – powtórzył spokojnie Massarde, po czym zwrócił się do Pitta.
– Pewnie uważa pan, że mówimy o ciekawych rzeczach, panie Pitt?
– Nie mam pojęcia, o czym mówicie.
– Musicie być bardzo ważni, pan i pana przyjaciel.
– Nie tak bardzo. Teraz jesteśmy po prostu pańskimi więźniami.
– Co miałeś na myśli mówiąc: "bardzo ważni"? – spytał Kazim.
– Mój agent donosi również, że ONZ wysłała specjalny oddział, żeby ich uratować.
Przez chwilę Kazim wydawał się przerażony. Szybko jednak wrócił do równowagi.
– Ma tu przybyć specjalny oddział?
– Przypuszczalnie są już w drodze, ponieważ pan Pitt zdążył porozumieć się ze swoim przełożonym.