– Skąd ci się to wszystko lęgnie w głowie? A może jesteś z rodziny wróżek?
– Zawsze lubiłem bawić się w rebusy – rzucił Pitt krótko.
– Powinieneś chyba wynajmować się jako przepowiadacz przyszłości na odpustach – mruknął trochę już zły Giordino.
– Przyznaj jednak, że wyciągnąłem cię z tej łaźni.
– Po to, żeby lecieć teraz przez Saharę, aż spadniemy z powodu braku paliwa. A potem spacer pieszo przez największą pustynię świata w poszukiwaniu trującego Bóg-wie-czego. Aż wreszcie umrzemy z wycieńczenia albo wpadniemy w ręce malijskich żołdaków, żeby mieli kogo torturować.
– Masz dziwny talent do wymyślania najczarniejszych scenariuszy.
– To mnie trzyma w pogotowiu.
– A, to cię usprawiedliwia – przyznał Pitt. – Jak dolecimy do miejsca, gdzie trucizna wpływa do rzeki – dodał rzeczowo – pozbywamy się helikoptera. Utopimy go w rzece.
– Znowu będziemy się taplać – jęknął Giordino. – Chyba masz fioła na punkcie kąpieli.
– Malijczycy wyślą wszystkie swoje samoloty, żeby nas złapać. Ale jeśli helikopter będzie pod wodą, nie będą mieli punktu zaczepienia dla swoich poszukiwań. Ostatnią rzeczą, która Kazimowi przyjdzie do głowy będzie myśl, że ruszymy na pustynię, na północ, w poszukiwaniu źródeł zatrucia.
– Cholerny cwaniak – mruknął ze złością Giordino. Pitt pochylił się i wyjął mapę z kieszeni fotela.
– Przejmij stery, ja tymczasem sprawdzę, gdzie jesteśmy.
– Już się robi – odparł Giordino i ujął umieszczoną między fotelami dźwignię.
– Pójdź jeszcze sto metrów w górę, potem przez pięć minut trzymaj kierunek nad rzeką, a potem weź kurs dwa-sześć-zero.
Giordino prowadził helikopter zgodnie z instrukcjami Pitta. Okrążyli Gao i skręcili nad ląd, w kierunku Bourem. Szybki helikopter Massarde'a przecinał powietrze jak niewidzialny duch – lecieli bez świateł pozycyjnych. Pitt pełnił rolę nawigatora, podczas gdy Giordino trzymał cały czas stery. Teren pod nimi wydawał się zupełnie martwy. Czasem tylko pojawiały się cienie skał czy niewielkich zabudowań. Wreszcie znowu ujrzeli czarne wody Nigru.
– Co to za światła? – spytał Giordino.
Pitt utkwił oczy w mapie.
– Po której są stronie rzeki?
– Po północnej.
– To powinno być Bourem. Zaraz za miastem, jak pamiętam, skończyło się to skażenie wody. Nie leć za daleko.
– Gdzie chcesz wodować?
– Jeszcze trochę dalej w górę rzeki, ale tylko tyle, żeby nikt z miasta nas nie usłyszał.
– Dlaczego właśnie tu? – spytał podejrzliwie Giordino.
– Jest sobota wieczór. Pójdziemy do miasteczka i rozejrzymy się.
Giordino zrezygnował z komentarza. Całkowicie skupił się teraz na prowadzeniu śmigłowca. Znalazłszy się nad powierzchnią wody zmniejszył moc silnika. Zwrócona dziobem w stronę rzeki maszyna zaczęła się opuszczać.
– Wziąłeś kamizelkę ratunkową? – spytał Giordino.
– Jasne, nigdzie się bez niej nie ruszam – odparł Pitt. – Zejdź jeszcze niżej.
Dwa metry nad wodą Giordino wyłączył silniki, a Pitt odciął dopływ paliwa i prądu. Piękny helikopter Massarde'a siadł na powierzchni rzeki jak ogromna ważka, po czym zaczął się zanurzać.Zdążyli jeszcze otworzyć drzwi i uważając na obracające się wciąż powoli śmigło wydostali się na zewnątrz. Kiedy woda przez otwarte drzwi dostała się do wnętrza i wypełniła je prawie zupełnie, maszyna, wydając odgłos przypominający westchnienie olbrzyma, skryła się całkowicie pod gładką powierzchnią rzeki.
Nikt z brzegu nie słyszał odgłosu zniżającego się śmigłowca, nikt nie widział, jak tonie w rzece. Podobnie jak szczątki Calliope, znalazł wieczny spoczynek w miękkim szlamie dna Nigru.
25
Być może miejsce nie było aż tak eleganckie, jak klub polo w Beverley Hills Hotel. Ale komuś, kto dwukrotnie skąpał się w brudnej rzece, kogo prawie ugotowano w łaźni parowej, i kto przez dwie godziny krążył helikopterem po ciemku nad pustynią, trudno było wyobrazić sobie coś przyjemniejszego. Pittowi nigdy nie zdarzyło się oglądać równie obskurnej knajpy, która wyglądałaby zarazem tak sympatycznie.Mieli wrażenie, że wchodzą do jaskini o glinianych ścianach i brudnym klepisku. Długi pulpit służący za bar wspierał się na cegłach. Uginał się tak bardzo, że wydawało się, iż stojące na nim szklanki same będą zjeżdżać do środka. Za barem na półkach z cegły stało kilka puszek i słoików z różnymi gatunkami kawy i herbaty oraz pięć napoczętych już butelek dość podłego alkoholu. Widocznie czekały na rzadkich w tych stronach turystów, trudno bowiem przypuszczać, by opróżniali je miejscowi muzułmanie.Pod ścianą stał mały piecyk. Promieniowało z niego przyjemne ciepło, wraz z ostrym zapachem czegoś, co jak się potem okazało, było wielbłądzim łajnem. Krzesła przypominały stare graty z magazynów Armii Zbawienia, podobnie jak stoły o poprzypalanych papierosami blatach. Te ostatnie, sądząc po wytartych rzeźbach i inkrustacjach, pamiętały jeszcze czasy kolonialnej świetności. Dwie słabe żarówki, wiszące samotnie na drucie u sufitu, zasilane jedynym w mieście dieslowskim generatorem, stanowiły całe oświetlenie.
Usiedli przy pustym stole przenosząc wzrok z umeblowania baru na jego klientelę.
Na szczęście nie było tu ludzi w mundurach. Na oko publiczność stanowili okoliczni rybacy, trochę ludności z miasta i kilku farmerów. Nie było także kobiet. Niektórzy z zebranych pili piwo, większość jednak sączyła słodką kawę lub herbatę z małych filiżanek. Obrzuciwszy przybyszów obojętnymi spojrzeniami wrócili do swoich rozmów i do gry, przypominającej domino.
Giordino przechylił się przez stół do Pitta.
– Czy to jest twój pomysł na dzisiejszą noc?
– W czasie burzy każdy port jest dobry – odparł Pitt.
Właściciel baru, duży mężczyzna o gęstej, wełnistej czarnej czuprynie i wielkich wąsach zbliżył się do stolika, czekając w milczeniu na zamówienie.
– Piwo – rzekł Pitt, pokazując dwa palce.
Właściciel kiwnął głową. Wrócił za bar i wyjął dwie butelki ze starej lodówki.
Giordino spojrzał na Pitta pytająco.
– Czy mógłbyś mi powiedzieć, czym zapłacisz?
Pitt uśmiechnął się, po czym schylił się pod stół i zdjął lewy but. Jednocześnie wodził wzrokiem po knajpie, obserwując twarze zebranych gości. Na szczęście nikt nie patrzył w ich stronę.
Otworzył zamkniętą dłoń i oczom Giordina ukazał się spory zwitek malijskiej waluty.
– Franki Konfederacji Afryki Francuskiej – wyjaśnił spokojnie. – Admirał pomyślał o wszystkim.
– Rzeczywiście, niczego nie zapomniał – zgodził się Giordino. – Ciekawe jednak, dlaczego zawierzył tobie, a nie mnie.
– Po prostu mam większy numer butów.
Właściciel baru postawił piwo na stole.
– Dix francs – rzekł.
Pitt wręczył mu banknot. Właściciel przez chwilę oglądał go pod światło, jednocześnie sprawdzając nadruk dużym palcem. Wreszcie skinął głową i odszedł.
– Dlaczego dałeś mu dwadzieścia franków? Chciał tylko dziesięć – rzekł Giordino. – Pomyśli, że jesteś taki bogaty i pół miasta będzie nas chciało obrobić po wyjściu z baru.
– Właśnie o to mi chodzi – rzekł Pitt – Przecież oni tu marzą, żeby z kimś pohandlować.
– Będziesz kupował, czy sprzedawał?
– Raczej będę kupował. Potrzebny jest nam jakiś środek transportu.