Выбрать главу

– Rzeczywiście, wygląda to dość beznadziejnie.

– Więc jedźmy do granicy algierskiej.

– Nie starczy nam paliwa – Pitt potrząsnął głową. Ostatnie dwieście kilometrów do transsaharyjskiego szlaku motorowego musielibyśmy przejść pieszo. Umrzemy, zanim przejdziemy połowę tej trasy.

– Więc-co robimy?

– Jedziemy dalej na północ.

– Jak daleko?

– Aż znajdziemy to, czego szukamy.

– A więc jedno jest pewne – nasze kości ozdobią pejzaż Sahary.

– Coś jednak możemy uzyskać: wyeliminować przejechaną dotychczas część pustyni jako źródło skażenia – rzekł Pitt spokojnie.

– Słuchaj, Dirk, wiele rzeczy udało nam się zrobić razem w ciągu ostatnich kilku lat. Głupio byłoby skończyć w takim zapomnianym od Boga i ludzi miejscu.

– Taki stary lis nie powinien się łatwo poddawać – Pitt uśmiechnął się słabo.

– Już widzę tytuły w gazetach – Giordino był ciągle pesymistycznie nastrojony.

"Dwaj dyrektorzy Agencji Badań Morskich i Podwodnych zaginęli w samym środku Sahary. Kto mógłby się spodziewać…" – umilkł na chwilę. – Słyszałeś?

Pitt znieruchomiał.

– Tak…

– Ktoś śpiewa po angielsku. Boże, czy to już przedśmiertne omamy?

Wyraźnie słyszeli tony starej piosenki "My darling Clementine". Odróżniali nawet dochodzące już z bliska słowa. Porzuciłaś mnie na zawsze, obrzydliwa Clementine…

– Facet idzie w naszą stronę – szepnął Giordino, chwytając duży klucz samochodowy.

Pitt podniósł z ziemi kilka kamieni. Schowali się za samochód, gotowi do obrony.W tym kanionie, w tej kopalni, pośród różnych starych łajn, Żył raz sobie zacny górnik wraz z córeczką Clementine. W głębi wąwozu ukazał się człowiek prowadzący jakieś zwierzę. Śpiew nagle się urwał. Mężczyzna stanął jak wryty na widok kształtu przysypanego piaskiem. Przyglądał się zdumiony dziwnemu zjawisku. Podszedł bliżej, ciągnąc za sobą zwierzę. Stanął i zaczął strzepywać piasek z dachu samochodu.

Wyszli ze swego ukrycia i stanęli twarzą w twarz z nieznajomym. Wyglądał jak przybysz z innej planety. Nie był z pewnością Tuaregiem, a zwierzę nie było wielbłądem. Zupełnie nie pasowali do Sahary. Byli z innej epoki i z innej szerokości geograficznej.

– Może śmierć przestała już chodzić z kosą – szepnął do siebie Giordino.

Mężczyzna ubrany był jak traper ze starych westernów; wielki kapelusz Stetsona, stare dżinsy na szelkach oraz zniszczone długie, skórzane buty. Wokół szyi miał zawiązaną czerwoną chustkę, która jednocześnie osłaniała mu dół twarzy. Wszystko to sprawiało, że wyglądał jak bandyta z zamierzchłych czasów.Podobne do muła zwierzę obładowane było pakami prawie tak wielkimi, jak ono samo. Znajdowały w nich niezbędne do życia na pustyni rzeczy: duże kanistry z wodą, koce, puszki konserw, a także kilof, łopata i stary winchester.

– Już wiem – rzekł przerażony Giordino. – Jesteśmy na tamtym świecie. To postać z Disneylandu.

Nieznajomy opuścił chustkę odkrywając siwe wąsy i brodę. Miał zielone oczy, prawie tak jasne jak Pitt. Spod kapelusza wystawały szpakowate, z brązowym odcieniem włosy. Tego samego wzrostu co Pitt, był nieco od niego tęższy. Uśmiechał się przyjaźnie.

– Dobrze, chłopaki, że przynajmniej znacie mój język – rzekł serdecznie. – Bo stęskniłem się już za towarzystwem.

29

Popatrzyli niepewnie po sobie, potem znowu na starego pustynnego włóczęgę; obaj zaczęli podejrzewać, że umysł im się mąci.

– Skąd pan się tu wziął? – przerwał milczenie Giordino.

– Mógłbym was zapytać o to samo – odparł nieznajomy, wpatrując się w przykrytego piaskiem Voisina. – To pewnie was szukają te samoloty?

– A po co chce pan to wiedzieć? – spytał Pitt.

– No nie, chłopaki, jeśli mamy się bawić w dwadzieścia pytań, to lepiej sobie pójdę.

Intruz nie wyglądał na lojalnego obywatela Republiki Mali. Mówił żargonem chłopa ze środkowych Stanów i chyba to właśnie zaskarbiło mu nagłą, irracjonalną sympatię Pitta.

– Nazywam się Dirk Pitt, a to jest Al Giordino. Tak, ci Malijczycy rzeczywiście nas ścigają.

– Nic szczególnego – stary wzruszył ramionami. – Oni tu w ogóle nie bardzo lubią cudzoziemców. – Jeszcze raz spojrzał na Voisina. – Jak, u diabła, udało wam się przejechać taki kawał po bezdrożu?

– Rzeczywiście, nie było łatwo, panie…

Nieznajomy zbliżył się i wyciągnął na powitanie żylastą, spracowaną dłoń.

– Wszyscy nazywają mnie "Kid".

Pitt mimowolnie uśmiechnął się.

– "Dzieciak"? Jak to możliwe? W pańskim wieku?

– W dawnych czasach, w Jerome w Arizonie, jak wracałem z jakiejś wyprawy, waliłem prosto do mojej ulubionej knajpy. A kumple od razu wołali: "patrzcie, Kid znowu jest w mieście". I jakoś tak już zostało.

– Muł nie jest chyba najlepszy w tych okolicach – Giordino zainteresował się towarzyszem podróży starego. – Nie byłoby praktyczniej wędrować z wielbłądem?

– Po pierwsze – rzekł Kid wyniośle, jakby lekko urażony – Pan Periwinkle nie jest mułem, ale osłem, tyle że dużym. Po drugie, to prawda, że wielbłądy dłużej wytrzymują bez wody, ale osły też są stworzone do życia na pustyni. Znalazłem Pana Periwinkle osiem lat temu, jak brykał sobie wolno w Nevadzie. Okiełznałem, oswoiłem, a gdy przyszło jechać na Saharę – załadowałem na statek, no i jesteśmy tu razem. Nie jest tak kapryśny jak wielbłądy, zjada mniej, a potrafi udźwignąć tyle samo ładunku.

– Fakt, wspaniałe zwierzę – rzekł pojednawczo Giordino.

– Wyglądacie, jakbyście się szykowali do drogi. Szkoda; miałem nadzieję, że pogadamy trochę. Już kawał czasu nikogo nie spotkałem, z wyjątkiem Araba, który prowadził wielbłądy na targ do Timbuktu. A i to było trzy tygodnie temu. Teraz chyba tysiąc lat będę tu łaził, zanim spotkam następnych Amerykanów.

– Może rzeczywiście posiedźmy tu jeszcze trochę – zaproponował Giordino. – Pan na pewno mógłby nam powiedzieć coś ciekawego o tej okolicy.

Pitt zgodził się bez wahania. Otworzył szeroko tylne drzwi samochodu, zapraszając starego do środka. Kid przyglądał się skórzanym siedzeniom, jakby były pokryte szczerym złotem.

– Boże, zapomniałem już, jak wygląda miękka kanapa. Z przyjemnością skorzystam – powiedział, dał nurka do wnętrza i rozparł się wygodnie.

– Mamy tylko puszkę sardynek, ale chętnie się z panem podzielimy – zaproponował Giordino z podejrzaną hojnością.

– Nie, nie ma mowy! Mam całą kupę konserw. Będziecie moimi gośćmi. Co byście powiedzieli na gulasz wołowy?

Pittowi aż oczy wyszły na wierzch z radości. Miał stanowczo dość sardynek.Słońce zniknęło już za horyzontem, ale niebo wciąż było jasne. Powietrze nad pustynią szybko stygło; znowu można było nim oddychać. Stary wędrowiec spętał Pana Periwinkle'a, który tymczasem znalazł na pozornie martwym zboczu wąwozu kępkę cherlawej trawy i żuł ją ze smakiem. Kid otworzył puszkę z gulaszem, dodał trochę wody i podgrzał na kuchence olejowej, po czym rozłożył apetyczną potrawę na blaszane talerze, które też wyciągnął ze swoich zapasów.Jedli gulasz, przegryzając sucharami. Kończąc swoją porcję Pitt gotów był przysiąc, że jeszcze nigdy w życiu nic mu aż tak nie smakowało. Niewielka w gruncie rzeczy ilość pożywienia znakomicie poprawiła jego samopoczucie. Kiedy skończyli, Kid wyciągnął z tobołów w połowie wypełnioną złocistym płynem butelkę Old Overholt. Puścił ją w kółko.

– No, chłopaki – rzekł – myślę, że teraz moglibyście już powiedzieć staremu, co robicie w tak paskudnej części świata, i to z gablotą, która jest chyba równie stara jak ja.

– Szukamy źródła skażenia, zatruwającego Niger i Atlantyk – odparł Pitt szczerze.