Выбрать главу

– Samochód – powiedział głośno do siebie.

Po dokładniejszej analizie dostrzegł obok samochodu dwie mikroskopijne plamki. Dopiero teraz zaczęła go irytować niedoskonałość GeoSata. Gdyby to był nowoczesny satelita szpiegowski, mógłby nie tylko rozpoznać twarze siedzących przy samochodzie ludzi, ale nawet odczytać godzinę na ich zegarkach.

Odprężył się na moment, by przemyśleć swoje odkrycie. Potem sięgnął po słuchawkę i wystukał numer. Czekał cierpliwie, modląc się, by z tamtej strony nie zabrzmiał nagrany na taśmie głos: "Tu numer… Proszę zostawić wiadomość". Po piątym sygnale w słuchawce odezwał się zdyszany baryton.

– Halo?

– To ty, Chip?

– Cześć, Tom…

– Uprawiałeś jogging? O tej porze?

– Byliśmy z żoną w ogrodzie, rozmawialiśmy z sąsiadami – wyjaśnił Webster. – Gdy usłyszałem dzwonek, przybiegłem tu jak sprinter.

– Myślę, że znalazłem coś, co może cię zainteresować.

– Tych dwóch ludzi? Udało ci się ich wypatrzyć na zdjęciach z GeoSata!

– Są ponad sto kilometrów dalej na północ, niż się spodziewałeś. Webster milczał przez chwilę, zaskoczony.

– Jesteś pewien, że to nie nomadzi? – spytał w końcu. – Moi ludzie w żaden sposób nie zaszliby tak daleko przez dwie doby.

– Mogliby zajechać.

– Masz na myśli samochód? – Webster dziwił się coraz bardziej.

– Trudno to dokładnie rozpoznać, ale wygląda rzeczywiście jak samochód; przysypany piaskiem, żeby go w ciągu dnia nie wypatrzyły samoloty. To muszą być ci twoi dwaj chłopcy. No bo kto inny bawiłby się w chowanego na pustyni?.

– Myślisz, że próbują uciec za granicę?

– Nie, chyba że poplątały im się strony świata. Pakują się w sam środek północnej części Mali. Do najbliższej granicy mają jeszcze trzysta pięćdziesiąt kilometrów.

– Tak, to muszą być Pitt i Giordino – rzekł Webster po chwili zastanowienia. – Ale skąd, u diabła, wzięli ten samochód?

– Mam wrażenie, że to dość pomysłowi faceci.

– Powinni byli już dawno dać sobie spokój z szukaniem źródeł tego skażenia. Co ich opętało?

Na to pytanie Greenwald nie miał już odpowiedzi. Próbował jednak zgadywać.

– Może wybrali się na wycieczkę do Fort Foureau – zauważył raczej żartem niż serio.

– Masz na myśli ten francuski zakład utylizacji odpadów? – zainteresował się całkiem poważnie Webster.

– Tak, mają do niego już tylko pięćdziesiąt kilometrów. To jedyny przyczółek cywilizacji zachodniej w tym rejonie.

– Bardzo ci jestem wdzięczny, Tom – oświadczył szczerze Webster. – Chciałbym się jakoś zrewanżować. Może dasz się zaprosić na wspólną kolację; z żonami, rzecz jasna.

– Dobry pomysł. Zadzwoń do mnie, jak ustalisz restaurację i termin.

Greenwald odłożył słuchawkę. Jeszcze raz skupił wzrok na dziwnym obiekcie i ludziach, tkwiących w pustynnym krajobrazie.

– Wy, chłopaki, musicie mieć coś nie po kolei – rzucił głośno w pustą przestrzeń pokoju.

Potem wyłączył aparaturę i pojechał do domu.

32

Słońce wyszło zza horyzontu i wielka fala upału zwaliła się na pustynię jak z otwartego nagle pieca. Chłód nocy ustąpił równie szybko, jak cień pędzonej wiatrem chmury. Na rozpalonym niebie pojawiły się dwa kruki; wypatrzywszy coś, co nie pasowało do pustynnego krajobrazu, zaczęły krążyć coraz niżej w nadziei, że znajdą jakieś pożywienie. Z bliska okazało się jednak, że owo "coś" raczej nie da się zjeść. Był to żywy człowiek.Dirk Pitt leżał rozciągnięty na zboczu niewielkiej wydmy, tuż pod jej szczytem. Był niemal zagrzebany w piasku. Przez chwilę przyglądał się krukom, powoli odlatującym na północ. Potem znów przeniósł wzrok na rozciągającą się przed nim gigantyczną konstrukcję: zakład utylizacji odpadów Fort Foureau. Widok był fantastyczny nie tylko ze względu na niezwykłość techniki, ale także dlatego, że funkcjonowała w zupełnie martwym, nieludzkim otoczeniu.

Gdy usłyszał za sobą szelest piasku, obrócił nieznacznie głowę. Giordino, niczym jaszczurka, wpełzał na szczyt diuny.

– Podziwiasz widoki? – spytał.

– Chodź bliżej. Zapewniam cię, że jest na co popatrzyć – stwierdził Pitt.

– Jedyna rzecz, na jaką mam teraz ochotę popatrzyć, to brzeg morza i wielkie chłodne fale – jęknął Giordino.

– Nie wystawiaj tak tej swojej czupryny – przestrzegł go Pitt. – Taki czarny łeb na tle piasku cholernie rzuca się w oczy.

Giordino chwycił garść piasku i posypał nim sobie włosy, robiąc przy tym minę wioskowego głupka. Przyczołgał się do Pitta i wyjrzał poza krawędź diuny.

– Cholera! – mruknął z podziwem. – Gdybym nie wiedział, że to Sahara, powiedziałbym, że jesteśmy na Księżycu.

– Tak – przyznał Pitt. – Ten jałowy krajobraz… Brakuje tylko szklanej kopuły nad wszystkim.

– Ależ gigant, prawie jak Disneyland.

– Tak. Będzie ze trzydzieści kilometrów kwadratowych.

– Masz właśnie kolejny transport – zauważył Giordino, wskazując na długi sznur wagonów ciągnięty przez cztery dieslowskie lokomotywy. – To musi być wielki biznes!

– Trujący kondukt pogrzebowy Massarde'a – zadrwił Pitt. – Co najmniej sto dwadzieścia wagonów wypełnionych świństwem.

Giordino przeniósł wzrok na rozległą przestrzeń pokrytą lśniącymi korytami wklęsłych luster.

– To są te reflektory słoneczne? – spytał.

– Kondensory – poprawił Pitt. – Skupiają promieniowanie słoneczne do temperatury rozpadu protonów. Ta energia cieplna wędruje do centralnego reaktora i tam całkowicie niszczy odpady.

– Widzę, że mamy tu eksperta od energii słonecznej – zakpił Giordino. – Gdzieś się tego wszystkiego nauczył?

– Miałem romans z pewną panią, inżynierem w Solar Energy Institute. Kiedyś pokazała mi ich instalacje badawcze. To było wiele lat temu: robili dopiero pierwsze kroki w dziedzinie wykorzystania energii słonecznej do niszczenia toksycznych odpadów przemysłowych. Okazuje się, że Massarde bardzo rozwinął tę technologię.

– Czegoś tu nie rozumiem – powiedział Giordino.

– Czego mianowicie?

– Dlaczego tutaj? Dlaczego włożyli tyle trudów i kosztów, i zbudowali katedrę systemu sanitarnego w środku wielkiej, niedostępnej pustyni? Gdybym ja ją budował, zrobiłbym to bliżej jakiegoś dużego centrum przemysłowego. Wozić całe paskudztwo przez ocean, a potem jeszcze przez 1600 kilometrów pustyni! Przecież to musi kosztować majątek!

– Bardzo trafna uwaga – przyznał Pitt. – Mnie też to dziwi. Jeśli w Fort Foureau można tak doskonale niszczyć toksyczne odpady, a eksperci twierdzą, że technologia jest stuprocentowo bezpieczna, nieszkodliwa dla otoczenia, można przecież było umieścić zakład w jakimś dogodniejszym miejscu.

– Nadal sądzisz, że właśnie stąd bierze się skażenie?

– Nic innego nie znaleźliśmy.

– Teoria tego starego włóczęgi o podziemnej rzece potwierdzałaby to.

– Tylko że w tej teorii coś się nie zgadza – stwierdził surowo Pitt.

– Ee, zawsze byłeś cholernym niedowiarkiem.

– Nie, nie mam nic przeciwko podziemnej rzece. Ale dlaczego jest skażona?

– Rozumiem… – Giordino pokiwał głową. – Co do niej przecieka, skoro podobno wszystko jest spalane?

– Właśnie.

– A więc Fort Foureau nie jest tym, za co się podaje?

– Moim zdaniem – nie.

Giordino odwrócił się i popatrzył na Pitta podejrzliwie.

– Mam nadzieję, że nie wybieramy się tam w roli inspektorów ekologicznych.

– Raczej w roli włamywaczy.

– Ach tak! Ciekawe, jak masz zamiar pokonać bramę?