– Daję panu pełną swobodę poczynań, admirale. Proszę informować mnie o wszystkich postępach prac; może pan dzwonić o każdej porze, nawet w nocy. A pan – prezydent zwrócił się do Willovera – niech jak najszybciej zawiadomi o tym Sekretarza Stanu i Krajową Radę Bezpieczeństwa. Jeśli to rzeczywiście wycieka z Fort Foureau, a Francja i Mali nie zechcą nam pomóc, będziemy musieli zająć się tym zakładem na własną rękę.
Willover aż podskoczył z wrażenia.
– Panie prezydencie, stanowczo doradzałbym więcej cierpliwości w tej sprawie. Jestem przekonany, że ta plaga, czy jakkolwiek to nazwiemy, cofnie się sama; to jest opinia wybitnych, powszechnie szanowanych uczonych, do których można mieć zaufanie.
– A ja mam zaufanie do admirała Sandeckera – odparował prezydent. – Przez wszystkie te lata, które spędziłem w Waszyngtonie, nie popełnił żadnego błędu.
– Dziękuję, panie prezydencie – rzekł Sandecker. – Ale jest jeszcze jedna sprawa.
– Tak?
– Jak wspomniałem, Pitt i Giordino przedostali się do Fort Foureau. Gdyby, nie daj Boże, schwytała ich służba bezpieczeństwa – wszystko jedno, malijska czy francuska – musimy zrobić wszystko, żeby ich uwolnić! Uzyskane przez nich informacje są dla nas bezcenne.
– Panie prezydencie, błagam! – interweniował Willover. – Jeśli dla ratowania tych ludzi wyśle pan naszych marines albo grupę "Delta" na obce terytorium, a choćby słówko przecieknie do prasy, możemy mieć paskudne kłopoty polityczne.
Prezydent pokiwał głową w zamyśleniu.
– Bardzo mi przykro, admirale, ale w tej sprawie zgadzam się z Earlem. Będziemy musieli wymyślić coś innego dla ratowania pańskich ludzi.
– Wspomniał pan, że jednego z nich, tego, który zbierał dane o skażeniu Nigru, wyciągnął z Afryki oddział ONZ – zauważył Willover.
– Tak, Hala Kamil bardzo mi pomogła, kierując do tej akcji Taktyczną Grupę Szybkiego Reagowania.
– Więc może przekonają pan, aby jeszcze raz użyła tego oddziału, gdyby Pitt i Giordino wpadli.
– Ukrzyżują mnie, jak Bóg na niebie – przyłączył się do argumentacji Willovera prezydent – jeśli wyślę na pustynię amerykańskich chłopców, żeby zabijali Francuzów.
Na twarzy Sandeckera odmalowało się rozczarowanie.
– Wątpię, czy zdołam ją przekonać, by zrobiła to po raz drugi.
– Zwrócę się do niej w tej sprawie osobiście – powiedział prezydent.
– Nie zawsze może być tak, jak pan chce, admirale! – triumfował Willover.
Sandecker westchnął ciężko, zrezygnowany. Najwyraźniej cały jego wykład o straszliwych skutkach ekspansji czerwonych glonów nie zapadł dostatecznie głęboko w świadomość rozmówców. Jego zadanie stawało się coraz trudniejsze, coraz bardziej niewdzięczne. Wstał i popatrzył lodowatym wzrokiem na prezydenta i Willovera. Lodowaty był także ton, jakim przemówił.
– Przygotujcie się, panowie, na najgorsze. Bo jeśli nie zdołamy zatrzymać ekspansji glonów, zanim dotrą do północnego Atlantyku i do Oceanu Indyjskiego, zagłada jest pewna.
Odwrócił się i w milczeniu opuścił owalny gabinet.
Tom Greenwald siedział w swojej pracowni w Pentagonie przed wielkim ekranem. Komputer powiększał kolejne zdjęcia, przekazane przez satelitę szpiegowskiego Pyramider. Wczoraj Greenwald zmienił nieznacznie jego orbitę, tak aby przebiegała nad tą częścią Sahary, gdzie przedtem na zdjęciach ze starego GeoSata zauważył samochód i dwóch ludzi. Nikt z przełożonych nie dał mu zgody na tę kosmiczną interwencję, ale nie przejmował się tym; jeśli tylko zdoła skierować Pyramidera z powrotem na starą orbitę – nad Ukrainę, gdzie trwa wojna domowa – nikt się nie połapie. Zresztą na Ukrainie nie dzieje się nic ciekawego. Ot, małe lokalne potyczki z powstańcami. Chyba tylko wiceprezydent interesuje się zdjęciami z tamtych okolic. Prezydencka Rada Bezpieczeństwa ma dziś całkiem inne problemy, takie choćby jak tajemnicze wojskowe instalacje nuklearne w Japonii.Greenwald naruszył obowiązującą go instrukcję wyłącznie z ciekawości. Chciał dokładniej przyjrzeć się ludziom, których dostrzegł na pustyni. Użycie Pyramidera pozwoliło mu nie tylko upewnić się, że to Pitt i Giordino, ale także dokładnie śledzić ich pomyślną podróż pociągiem do zakładów Fort Foureau.Z najnowszych zdjęć wynikało jednak, że wydarzenia przybrały tragiczny obrót. Greenwald widział dwóch mężczyzn, prowadzonych pod eskortą do helikoptera. Mimo iż zdjęcia zrobiono z odległości kilkuset kilometrów, twarze Pitta i Giordino były na nich niemal równie wyraźne, jak na paszportowych fotografiach, przysłanych z NUMA przez Chipa Webstera. Wstał, podszedł do biurka i zadzwonił do Chipa.
– Halo? – odezwał się już po drugim sygnale głos Webstera.
– Cześć, Chip. Mówi Tom Greenwald.
– Masz coś dla mnie?
– Złe wiadomości. Złapali twoich chłopaków.
– Cholera! Nie to chciałem usłyszeć.
– Załadowali ich do helikoptera, w kajdankach. Prowadziło ich co najmniej dziesięciu uzbrojonych ludzi.
– Dokąd poleciał ten helikopter?
– Dokładnie nie wiem. Mój satelita opuścił tę strefę zaledwie minutę po starcie śmigłowca. Wiem tylko, że ruszyli na północ.
– Jeszcze dalej na pustynię?!
– Na to wygląda.
– Admirał Sandecker nie będzie tym zachwycony.
– Domyślam się – rzekł Greenwald. – Będę dalej śledził tę sprawę. Jak zobaczę coś nowego, natychmiast zadzwonię.
– Dziękuję ci, Tom. Mój dług wdzięczności coraz bardziej rośnie.
Greenwald odłożył słuchawkę i jeszcze raz spojrzał na monitor.
– Nieszczęśni głupcy – mruknął. – Nie chciałbym być w ich skórze!
36
Na pustynnym lądowisku Tebezzy czekał już komitet powitalny. Nie składał się on jednak z lokalnych dygnitarzy. Zza celowników pistoletów maszynowych patrzyli na nich w milczeniu dwaj Tuaregowie, trzeci starannie zamknął na ich rękach i nogach ciężkie kajdanki, połączone łańcuchami. Stan łańcuchów i kajdanek wskazywał na wielokrotne, długotrwałe używanie.Potem popchnięto ich brutalnie w stronę małej, odkrytej ciężarówki. Jeden z Tuaregów zasiadł za kierownicą, dwaj inni ulokowali się na skrzyni, razem z więźniami. Trzymali broń w pogotowiu na kolanach i przez szczeliny błękitnych zawojów, spowijających ich głowy, czujnie obserwowali Pitta i Giordina.Gdy ciężarówka ruszyła z pustynnego lądowiska, Pitt oderwał wzrok od strażników. Helikopter, który ich tu przywiózł z Fort Foureau, wystartował w drogę powrotną i szybko rozpłynął się w rozpalonym, migotliwym powietrzu. Pitt zastanawiał się nad szansami ucieczki z tego miejsca. Rozejrzał się w koło. Nie było widać żadnych ogrodzeń, drutów, wież strażniczych. Oczywiście, nie były potrzebne. Wszelkie próby pieszej ucieczki przez setki kilometrów pustyni były z góry skazane na niepowodzenie. Mimo takiej konkluzji postanowił nie poddawać się pesymizmowi. Musiały być jakieś szansę ratunku.Jechali przez nagą pustynię bez śladu roślinności. Niskie, bure pagórki wystawały tu i ówdzie z morza olśniewająco białego piasku. Przed nimi, na zachodzie, rysowała się stroma skarpa skalistego płaskowyżu. Był to krajobraz nieludzki, złowrogi, a jednak nacechowany jakimś szczególnym, trudnym do określenia pięknem. Pitt przypomniał sobie, że już coś takiego widział. Wiele lat temu, w kinie, na starym filmie "Pieśń pustyni"; tyle że tam była to tylko malowana dekoracja.Oparty plecami o burtę ciężarówki, wychylił lekko głowę, by zobaczyć drogę przed kabiną. To, co ujrzał, nie zasługiwało na nazwę drogi. Jedynie ślady kół na piasku, prowadzące prosto w stronę płaskowyżu. Zdziwiło go, że w zasięgu wzroku nie ma żadnych śladów działalności ludzi: ani budynków, ani pojazdów czy maszyn, ani nawet hałd, jakie zawsze towarzyszą kopalniom. Zaczął się nawet zastanawiać, czy cała ta "kopalnia w Tebezzy" nie jest jakąś kolejną wielką mistyfikacją Massarde'a.Po dwudziestu minutach jazdy samochód zwolnił i wjechał w ciasny wąwóz, wcinający się w płaskowyż. Już po chwili koła zagrzebały się w miękkim piasku pokrywającym dno wąwozu. Strażnicy i więźniowie wspólnym wysiłkiem przepchnęli ciężarówkę na twardy grunt. Potem przejechali jeszcze prawie kilometr, zanim wąwóz przeszedł w tunel. Był tak ciasny, że ciężarówka niemal ocierała się o skalne ściany. Po chwili dotarli do wielkiej podziemnej hali.