Выбрать главу

Furgonetka zatrzymała się przed wejściem do jasno oświetlonego tunelu. Strażnicy zeskoczyli na ziemię. Posłuszni ich wymownym gestom, pod lufami pistoletów Pitt i Giordino szybko opuścili skrzynię pojazdu, choć łańcuchy, krępujące ręce i nogi, nie ułatwiały im ruchów. Strażnicy popchnęli ich w głąb tunelu. Poszli, nie stawiając oporu. Panujący w tunelu chłód podziemi wydawał się rajem po zewnętrznym upale.Tunel przeszedł w wąski korytarz; ściany były otynkowane, podłoga wyłożona terakotą. Minęli długi szereg łukowatych wejść, zamkniętych staroświeckimi, kasetonowymi drzwiami. Ostatnie drzwi były szersze od innych, dwuskrzydłowe. Tuaregowie wepchnęli więźniów do środka i weszli za nimi.Pitt i Giordino z najwyższym zdumieniem spostrzegli, że znajdują się w luksusowym wnętrzu biurowym, jakiego nie powstydziłaby się zamożna korporacja z siedzibą przy Piątej Alei w Nowym Jorku. Gruby niebieski dywan na podłodze idealnie harmonizował z nieco jaśniejszym błękitem ścian, ozdobionych fotografiami wspaniałych wschodów i zachodów słońca na pustyni. Ocienione lampy rzucały spod sufitu łagodne światło.Na środku pokoju stało biurko z akacjowego drewna, po bokach miękka sofa i fotele obite szarą skórą. W ścianie za biurkiem znajdowały się następne drzwi; po obu ich stronach, niczym kapłani pilnujący wejścia do sanktuarium, stały w dumnych pozach dwie figury z brązu. Naturalnej wielkości posągi przedstawiały mężczyznę i kobietę w tradycyjnych strojach Tuaregów. W pokoju było chłodno, ale sucho. W powietrzu unosił się delikatny zapach kwiatu pomarańczy.Za biurkiem siedziała młoda, piękna kobieta o niezwykłych szarofiołkowych oczach i długich czarnych włosach, które spływały po oparciu krzesła aż do jej bioder. Uroda dziewczyny była zdecydowanie śródziemnomorska, ale Pitt nie potrafił dokładniej określić kraju jej pochodzenia. Przez dłuższą chwilę przyglądała się obu Amerykanom obojętnie, jak handlarz taksujący kolejną partię towaru. Potem wstała z krzesła, prezentując podobną do klepsydry figurę, ciasno owiniętą w strój przypominający indyjskie sari. Otworzyła drzwi między rzeźbami i w milczeniu, gestem ręki skierowała ich do środka.Weszli do dużego pokoju z wysokim łukowatym sklepieniem. Cały pokój, obstawiony ze wszystkich stron regałami pełnymi książek, był właściwie jedną wielką rzeźbą, wykutą w litej skale. W głębi z podłogi pokoju wyrastało ogromne biurko w kształcie podkowy; leżały na nim w nieładzie jakieś szkice i diagramy techniczne. Bliżej drzwi, między dwiema kamiennymi ławami, znajdował się takiż stolik do kawy z misternie rzeźbionymi krawędziami. Oprócz książek i papierów na biurku jedynym przedmiotem nie wykutym z kamienia był miniaturowy drewniany model chodnika górniczego, z widocznymi stemplami i figurkami pracujących ludzi.

W odległym kącie pokoju stał niezwykle wysoki mężczyzna, zajęty przeglądaniem książki. Miał na sobie długą, powłóczystą, fioletową szatę pustynnych nomadów i biały zawój na głowie. Zupełnie jednak nie pasowało do tego stroju coś, co wystawało spod burnusa: wysokie kowbojskie buty z wężowej skóry. Pitt i Giordino musieli długo czekać, zanim oderwał wzrok od książki i omiótł ich przelotnym spojrzeniem. Zaraz zresztą znów zagłębił się w książce, jakby więźniów nie było już w pokoju.

– Ładnie tutaj – odezwał się głośno zniecierpliwiony Giordino; jego głos odbił się od ścian twardym echem. – Musiało to pana kosztować majątek.

– Chociaż przydałyby się jakieś okna – dodał Pitt, przebiegając wzrokiem długie szeregi książek na półkach. – Albo jeszcze lepiej świetlik z witrażem w suficie.

Mężczyzna odstawił książkę na półkę i popatrzył na nich z rozbawieniem.

– Świetlik? Trzeba by przewiercić sto dwadzieścia metrów litej skały, żeby dostać się na powierzchnię. Chyba szkoda pieniędzy.A i moi pracownicy mają bardziej użyteczne zajęcia.

– Chciał pan powiedzieć: niewolnicy – rzekł Pitt.

Olbrzym wzruszył ramionami.

– Co za różnica – robotnicy, niewolnicy, więźniowie? Tu, w Tebezzy, wszystkie te słowa znaczą to samo. – Ruszył wolno ze swego miejsca w kącie i podszedł do nich.

Nigdy jeszcze Pitt nie widział z bliska człowieka, który przerastałby go prawie o dwie głowy. Musiał odchylić się mocno do tyłu, by popatrzeć mu prosto w oczy.

– A my – powiedział – jesteśmy najnowszym uzupełnieniem tej armii termitów?

– Pan Massarde z pewnością poinformował panów, że praca w kopalni jest mimo wszystko mniej bolesna niż tortury, jakie niewątpliwie zafundowałby wam generał Kazim. Powinniście więc być wdzięczni.

– Nie sądzę, abyśmy mieli tu dużo większe szansę, panie…

– O'Bannion. Selig O'Bannion. Jestem szefem tej kopalni. A co do szans, to istotnie, nie ma żadnych. Kto raz zjedzie w te lochy, nie wychodzi z nich już nigdy.

– Nawet na własny pogrzeb? – spytał Giordino bez odrobiny strachu.

– Mamy tu podziemną kryptę dla tych, którzy padną.

– Więc jest pan takim samym mordercą jak Kazim – rzekł Pitt. – A może nawet gorszym.

O'Bannion puścił mimo uszu obraźliwe słowa Amerykanina.

– Czytałem dużo o pańskich podmorskich wyczynach, panie Pitt. – Pańskie raporty na temat kopalni podmorskich są fascynujące.To dla mnie wielka przyjemność poznać kogoś dorównującego mi intelektem. Mam nadzieję, że zechce pan od czasu do czasu zjeść ze mną obiad; porozmawiamy o naszych inżynierskich doświadczeniach.

Twarz Pitta przybrała lodowaty wyraz.

– Przywileje natychmiast po uwięzieniu? Nie, dziękuję. A obiady wolałbym jadać raczej w towarzystwie wielbłąda.

Wargi O'Banniona wygięły się nieznacznie.

– Jak pan uważa, panie Pitt. Może zmieni pan zdanie, jak popracuje pan parę dni pod opieką Meliki.

– Kto to jest Melika?

– Moja brygadzistka. Ma skłonności sadystyczne. Jesteście obaj, jak widzę, w niezłej kondycji, więc pewnie będzie musiała poświęcić warn trochę więcej czasu. Ale zapewniam was, że jak się znowu spotkamy, będziecie już tylko małymi, posłusznymi robaczkami.

– To jest kobieta? – spytał Giordino z niedowierzaniem.

– Kobieta. Ale takiej nigdy jeszcze nie widzieliście.

Pitt milczał, pogrążony w myślach. Cały świat słyszał o saharyjskich kopalniach soli. W wielu językach jest to nawet idiom, oznaczający szczególnie ciężką pracę. Ale saharyjska kopalnia złota, obsługiwana przez niewolników, to była absolutna nowość. Niewątpliwie zyski z tego zbrodniczego przedsięwzięcia czerpał generał Kazim, ale Pitt wyczuwał w tym także geniusz Massarde'a. Fałszywa spalarnia odpadów, katorżnicza kopalnia złota i Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze. To tylko niektóre elementy wielkiej międzynarodowej gry, rozgałęzionej jak macki ośmiornicy na wszystkie kontynenty; gry nie tylko o pieniądze, ale i o niewiarygodną władzę.

O'Bannion podszedł do biurka i nacisnął guzik. W otwartych drzwiach pojawili się dwaj strażnicy i stanęli za więźniami. Giordino spojrzał na Pitta, czekając na jakiś sygnał – skinienie czy choćby ruch oczu – do wspólnego ataku na strażników. Był gotów walczyć nawet z nosorożcem, jeśli tylko Pitt da znak. Ale Pitt stał nieruchomo i martwo, jakby ucisk kajdanek na rękach i nogach osłabił jego wolę życia. A przecież nie mógł pozwolić sobie na rezygnację: musiał, zanim umrze, przekazać Sandeckerowi tajemnicę Fort Foureau, musiał przynajmniej podjąć taką próbę.