Pitt popatrzył z odrazą w kubek, potem takim samym wzrokiem spojrzał na strażnika.
– Oryginalny pomysł: koktajl na mysich szczynach!
Tuareg nie zrozumiał słów, ale doskonale pojął wymowę spojrzenia Pitta. Wyrwał mu kubek z ręki i wylał wodę.
– Masz nauczkę: darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda – powiedział Giordino, po czym sam wylał na ziemię całą zawartość swojego kubka.
Przeszli jeszcze kilka metrów tunelem, zanim znaleźli się w swoim nowym "mieszkaniu". Podziemna komora miała dziesięć metrów szerokości i trzydzieści długości. Oświetlały ją cztery słabe żarówki. Wzdłuż ścian stały drewniane czteropiętrowe prycze. Loch – bo tak trzeba było to nazwać – nie miał żadnej wentylacji, toteż wnętrze wypełniał stężony smród spoconych ciał oraz odchodów. Za toaletę służyło kilka dziur wykutych pod ścianą w głębi pieczary. Pośrodku stał długi stół, a przy nim ławy z surowych desek. W lochu tłoczyło się co najmniej trzysta wynędzniałych istot ludzkich.Ludzie leżący na najbliższych pryczach wyglądali jak w stanie śpiączki. Ich twarze były pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Przy stole siedziało ciasno około dwudziestu mężczyzn: sięgali niemrawo rękami do stojącej na środku miski z resztkami jedzenia. Nie byli agresywni ani zdenerwowani; nie zdradzali objawów żadnych emocji – na ich twarzach malowało się jedynie bezgraniczne wyczerpanie.
Ręce poruszały się mechanicznie, oczy martwo i beznadziejnie wpatrywały się w stół. Nikt nie zwrócił uwagi na Pitta i Giordina, przebijających się przez tę dżunglę ludzkiego nieszczęścia.
– Nastrój raczej nie karnawałowy – mruknął Giordino.
– Daj spokój – skarcił go Pitt. – Tu nie liczą się nawet elementarne prawa ludzkie. Jest znacznie gorzej, niż się spodziewałem.
– Zdaje się, że tu jest coś do zjedzenia.
Pitt spojrzał na resztki brei na dnie miski i odwrócił twarz z obrzydzeniem.
– Chyba zupełnie straciłem apetyt.
Tłum parujących ciał i brak wentylacji powodowały nieznośną wilgotność, duchotę i upał. Ale Pitta przeszył nagle lodowaty dreszcz: postać klęcząca przy jednej z prycz była ponad wszelką wątpliwość znajoma. Jednym susem znalazł się obok kobiety pochylonej nad chorym dzieckiem i ukląkł obok.
– Eva… – powiedział cicho.
Wyglądała na śmiertelnie wyczerpaną i zagłodzoną. Twarz miała bladą, poznaczoną siniakami i obtarciami a jednak jej oczy błyszczały niezwykłą energią.
– Czego chcesz?
– Eva, to ja, Dirk!
Nie zrozumiała.
– Daj mi spokój – szepnęła. – Ta dziewczynka jest strasznie chora.
Chwycił jej dłoń i przysunął bliżej twarz.
– Popatrz na mnie. Jestem Dirk Pitt.
Dopiero teraz otworzyła szeroko oczy.
– Dirk? To naprawdę ty?
Pocałował ją, potem delikatnie dotknął dłonią jej pokaleczonej twarzy.
– Jeśli to nie ja – powiedział – to ktoś robi sobie z nas okrutne żarty.
Do klęczącej pary przyłączył się Giordino.
– Znasz ją? – spytał.
– Tak, to doktor Eva Rojas, ta, którą poznałem w Kairze.
– Jak się tu dostała?! – wykrzyknął Giordino ze zdumieniem.
– No właśnie, jak? – Pitt skierował pytanie do Evy.
– Generał Kazim uprowadził nasz samolot i zesłał całą ekipę WHO tutaj, do kopalni.
– Dlaczego? Po co? – dopytywał się Pitt. – Czy stanowiliście dla niego jakieś zagrożenie?
– Chyba tak. Byliśmy bliscy rozpoznania przyczyny choroby, która zabija mieszkańców wiosek na pustyni. Wracaliśmy do Kairu z próbkami do analizy.
Dopiero teraz Pitt coś sobie przypomniał.
– Pamiętasz? – zwrócił się do Giordino. – Massarde pytał nas, czy współpracujemy z zespołem doktora Hoppera z WHO.
– Tak, pamiętam. Widocznie wiedział już, że Kazim trzyma ich tutaj.
Eva ułożyła wilgotną chustkę na czole chorej dziewczynki i nagle, niespodziewanie, przytuliła głowę do piersi Pitta.
– Po coś tu przyjeżdżał! – załkała. – Teraz umrzesz tutaj, jak my wszyscy.
– Przecież umówiliśmy się na randkę, nie pamiętasz?
Zajęty całkowicie Eva, Pitt nie zauważył trzech ludzi, ostrożnie zbliżających się do nich przejściem między pryczami. Jako pierwszy szedł wysoki mężczyzna z ogorzałą twarzą i gęstą rudą brodą. Dwaj pozostali wyglądali nędznie i słabowicie. Na nagich torsach rysowały się krwawo liczne ślady batów. Ich twarze przybrały jednak groźny wyraz; Giordino uśmiechnął się mimowolnie. Byli w tak kiepskiej kondycji fizycznej, że bez trudu położyłby wszystkich trzech na raz.
– Masz jakieś kłopoty? – spytał rudobrody opiekuńczym tonem.
– Nie, wręcz przeciwnie – odparła Eva. – To jest Dirk Pitt; ten, który uratował mi życie w Egipcie.
– Ten facet z NUMA?
– Tak – odezwał się Pitt – ten sam. A to mój przyjaciel, Al Giordino.
– Jestem Frank Hopper – przedstawił się rudobrody, po czym wskazał wynędzniałego człowieka po lewej. – A to Warren Grimes.
– Domyślam się. Eva dużo mi o was mówiła w Kairze.
– Cieszę się, że pana poznałem, chociaż szkoda, że w tak ponurych okolicznościach.
– Hopper popatrzył na głębokie rany na obu policzkach Pitta, potem dotknął długiej blizny na swoim własnym policzku.
– Zdaje się, że obaj rozgniewaliśmy Melikę.
Trzeci mężczyzna wysunął się zza jego pleców i wyciągnął dłoń do Pitta.
– Major Ian Fairweather – przedstawił się, Anglik? – zdziwił się Pitt.
– Tak jest. – Fairweather skinął służbiście. – Z Liverpoolu.
– A jak pan tutaj trafił?
– Jestem przewodnikiem, prowadziłem wycieczki po Saharze.
– Ostatnią z nich zmasakrowali tubylcy, w wiosce ogarniętej jakąś zarazą powodującą obłęd. Sam ledwo uszedłem z życiem, ale jakoś przebrnąłem przez pustynię i wylądowałem w szpitalu w Gao. Tam aresztował mnie generał Kazim, żebym nie ujawnił sprawy przed światem, i zapakował mnie tutaj, do Tebezzy.
– Przeprowadziliśmy analizę patologiczną w tej wiosce, o której mówi major Fairweather – dodał Hopper. – Wszyscy tubylcy zmarli, zatruci jakąś dziwną substancją chemiczną.
– Związek organometaliczny, połączenie syntetycznego aminokwasu z kobaltem… – mruknął pod nosem Giordino.
– Jakim cudem dowiedział się pan tego? – Hopper nie wierzył własnym uszom.
– Nie było cudu. Po prostu w czasie, gdy pański zespół badał to skażenie na pustyni, my badaliśmy wodę w Nigrze.
Pitt opowiedział krótko o katastrofalnej ekspansji glonów na oceanie i o ekspedycji NUMA w górę rzeki. Kiedy dodał, że Rudi Gunn przypuszczalnie dotarł do Waszyngtonu z próbkami i wynikami analiz, Hopper odetchnął z ulgą.
– Dzięki Bogu, udało wam się przekazać wyniki…
– Ale źródło, gdzie jest źródło? – niecierpliwił się Grimes.
– W Fort Foureau – stwierdził krótko Giordino.
– To niemożliwe… – Grimes wyglądał na zawiedzionego. – Miejsca, gdzie wystąpiło skażenie, są odległe od Fort Foureau o setki kilometrów.
– Trucizna przenosi się wodami podskórnymi – wyjaśnił Pitt.
– Zanim nas złapali, mieliśmy możliwość obejrzeć sobie zakłady w Fort Foureau. To prawda, że palą tam dużo odpadów chemicznych i nuklearnych, ale dziesięć razy tyle zrzucają do podziemnych magazynów. A stamtąd różne świństwa przeciekają do wód gruntowych.
– Muszą się o tym natychmiast dowiedzieć światowe organizacje ekologiczne – oświadczył Grimes. – Szkody powodowane przez śmietnik w Fort Foureau mogą być niewyobrażalne…