Выбрать главу

Pitt patrzył przez chwilę na wąski sierp księżyca. Lepsza byłaby oczywiście pełnia, ale i ta odrobina światła bardzo pomagała prowadzić ciężarówkę w trudnym, zdradliwym terenie. Jakby pod wpływem jego myśli droga przed samochodem nagle stała się idealnie gładka; w świetle reflektorów zamigotały tysiące drobnych iskierek.Pitt zrozumiał, że jadą po powierzchni dużego wyschniętego jeziora, tworzące ją kryształki soli działały jak mikroskopijne pryzmaty, rozszczepiając białe światło reflektorów na wszystkie kolory tęczy. Z wyraźną przyjemnością nacisnął mocniej pedał gazu, przeszedł na najwyższy bieg i rozpędził ciężarówkę do dziewięćdziesięciu kilometrów.Nie trwało to niestety zbyt długo. Wkrótce znaleźli się na lekko pofałdowanym, kamienistym terenie, nieznośnie monotonnym. W ciągu następnej godziny dostrzegli tylko jeden bardziej charakterystyczny fragment krajobrazu: spore wzniesienie na północy, na lewo od ich trasy.Słońce wyskoczyło zza horyzontu nagle, niczym pocisk armatni. Szybko znalazło się wysoko na niebie. To też była osobliwość Sahary. Słońce wiszące, zdawałoby się, nieruchomo nad głową, by pod wieczór runąć nagle za widnokrąg jak spadający kamień, bez żadnych stanów pośrednich.

Pitt zatrzymał samochód, wysiadł i zaczął szperać w schowkach pod skrzynią. W końcu znalazł stalową rurkę, metrowej długości.Wbił ją pionowo w piasek, potem podniósł dwa kamyki i położył je w miejscu, gdzie kończył się cień rurki.

– To jest ten twój harcerski kompas? – spytał Giordino, obserwując czynności kolegi z ocienionego miejsca pod ciężarówką.

– Patrz i ucz się! – powtórzył swoją ulubioną formułkę Pitt, po czym również usiadł w cieniu samochodu. Po kilkunastu minutach wstał, przełożył jeden z kamyków w miejsce, w które tymczasem przewędrował cień końca rurki, nakreślił na piasku prostą linię łączącą kamyki i przedłużył ją o pół metra w prawo. Potem stanął w rozkroku, tak że palce obu stóp znalazły się na nakreślonej linii, i wskazał prawą ręką przed siebie.

– Tam jest północ, a tam… – przesunął wyprostowaną rękę o dziewięćdziesiąt stopni w prawo – tam jest wschód; i to jest najkrótsza droga do szlaku transsaharyjskiego.

Giordino popatrzył we wskazanym kierunku.

– Dobra, widzę wysoką diunę, możemy się na nią kierować.

Teraz on poprowadził ciężarówkę. Co godzinę stawali, by powtórzyć pomiary. Około dziewiątej z południowego wschodu zaczął dąć silny wiatr, wznosząc w powietrze tumany piasku i ograniczając widoczność do dwustu metrów. O dziesiątej wiatr był już tak silny, że wciskał piasek do szoferki mimo dokładnie zakręconych szyb. Małe wiry powietrzne unosiły przed nimi sugestywne widma z piasku.

W kabinie, jakkolwiek skromnie wyposażonej, był jednak termometr. W ciągu trzech ostatnich godzin temperatura skoczyła od piętnastu do trzydziestu pięciu stopni. Pitt wiedział, że to jeszcze nie wszystko: wczesnym popołudniem może dojść nawet do pięćdziesięciu. Ale już teraz czuli się obaj jak w piecu; ciężko było oddychać gorącym, suchym, zapylonym powietrzem.Strzałka temperatury silnika zbliżała się do czerwonej kreski, ale nie przekroczyła jej. Także chłodnica nie zdradzała objawów przegrzania: nawet zawór bezpieczeństwa na zbiorniku wyrównawczym nie wypuszczał pary. Pitt sprawdzał to, ilekroć zatrzymywali się dla ustalenia dalszego kierunku. Musieli to robić częściej, bo unoszący się w powietrzu pył chwilami całkiem zasłaniał słońce – a wtedy tracili orientację.

W czasie kolejnego postoju Pitt otworzył jedną z litrowych manierek, które dostali od Hoppera.

– Czas zwilżyć gardło – powiedział, podając manierkę Giordinowi. – Wypij połowę, dla mnie reszta. Jutro tak samo podzielimy się drugą.

Giordino wypił szybko swój przydział i oddał manierkę Pittowi. Uruchomił silnik i ruszył ostro do przodu.

– O'Bannion pewnie wysłał już pościg – powiedział.

– Jeśli jadą takim samym samochodem, to nie mają szansy, chyba żeby był tam kierowca "Formuły 1". Ale mogą mieć inną przewagę: zapas paliwa. Mogą nas dogonić, jak będziemy już szli pieszo.

– Nie mogliśmy i my pomyśleć o jakichś zapasowych kanistrach?

– Pomyślałem. Ale w pobliżu ciężarówek niczego nie było.

– Widocznie trzymają zapasy gdzieś indziej. Naprawdę nie było już czasu na poszukiwania.

– O'Bannion może także wezwać śmigłowiec – powiedział Giordino, redukując bieg, by pokonać niewielką piaszczystą diunę.

– Może go dostać od Massarde'a albo od Kazima. A to są, jak sądzę, ostatni ludzie, jakich O'Bannion chciałby informować o naszej ucieczce. Na pewno nie pochwaliliby go za to, że pozwolił uciec wrogom publicznym numer jeden i numer dwa, zaledwie parę godzin po tym, jak umieścili nas pod jego czułą opieką.

– Więc myślisz, że nie dopadnie nas przed granicą algierską?

– Na razie, w tej burzy piaskowej, ma mniej więcej takie szansę, jak policjant kanadyjski ścigający Eskimosa w zadymce. – Pitt wzkazał kciukiem do tyłu.

Giordino spojrzał w lusterko i zrozumiał. Wiatr był tak silny, że natychmiast rozwiewał ślady opon na piasku. Odprężył się i uśmiechnął ironicznie.

– Nie masz pojęcia – powiedział – jaki to komfort mieć za współtowarzysza podróży niepoprawnego optymistę. Ja jednak nie lekceważyłbym 0'Banniona. Jeśli dotrze do szlaku transsaharyjskiego szybciej niż my i zacznie patrolować tam i z powrotem – jesteśmy skończeni.

Pitt dopił resztę wody z manierki. Spojrzał przez tylną szybę. Związany strażnik ocknął się wreszcie. Siedział na skrzyni oparty o klapę i wściekłym wzrokiem przyglądał się ludziom w kabinie.

– Jak z benzyną?

– Już prawie nie ma – odparł Giordino.

– No, to czas na naszą małą mistyfikację. Zawróć i stań.

– Giordino posłusznie wykonał polecenie.

– Dalej idziemy pieszo? – upewnił się.

– Tak, ale najpierw wpakujemy tego Tuarega do kabiny i przeszukamy porządnie ciężarówkę. Może coś nam się przyda, choćby jakieś szmaty, żeby ochronić głowę przed słońcem.

Kiedy przenosili związanego strażnika do szoferki, w jego oczach malowała się dziwna kombinacja lęku i agresji. Posadzili go na miejscu pasażera i oddartymi z burnusa paskami tkaniny przywiązali mocno do fotela, tak żeby nie mógł dosięgnąć kierownicy ani pedałów.

W samochodzie, mimo starannych poszukiwań, nie znaleźli nic wartościowego – z wyjątkiem dwóch ręczników, z których natychmiast sporządzili sobie turbany. Wyrzucili z szoferki pistolety maszynowe i przysypali je piaskiem. Broń mogła się jeszcze przydać, gdyby dogonił ich O'Bannion – ale była ciężka i na pewno utrudniałaby marsz. A oni nie mogli sobie pozwolić na żadne dodatkowe utrudnienia: czekająca ich droga i tak wydawała się nie do pokonania.

W końcu Pitt kawałkiem szmaty przywiązał kierownicę tak, że nie mogła się obracać, uruchomił silnik, włączył drugi bieg i wyskoczył z kabiny. Renault potoczył się wolno naprzód, unosząc mimowolnego pasażera z powrotem na zachód, w kierunku Tebezzy.

Wkrótce zniknął im z oczu w tumanach wirującego piasku.

– Dajesz mu większe szansę przeżycia niż on dawał tobie – rzekł filozoficznie Giordino.

– Nie byłbym taki pewien.

– Jak myślisz, ile mamy do przejścia?

– Około stu osiemdziesięciu kilometrów – odparł Pitt lekko, jakby mówił o krótkiej przechadzce.

– To sto dwanaście mil – przeliczył szybko Giordino. – Z porcją wody, która nie starczy nawet dla kaktusa! Teraz już jestem pewien, że moje biedne, stare kości zostaną na pustyni!

– Ale nasza sytuacja ma też dobre strony – powiedział z uśmiechem Pitt, poprawiając prymitywny turban na głowie. – Możesz oddychać czystym, nie skażonym powietrzem, rozkoszować się ciszą, jednoczyć z naturą. Bez smogu, bez hałasu, bez tłumu. Czy może być coś piękniejszego?