Odpiął pas bezpieczeństwa – choć samolot wciąż jeszcze stromo się wznosił – i podszedł do stołu, na którym przypięte było duże satelitarne zdjęcie płaskowyżu Tebezzy.
Wziął ołówek i postukał nim w fotografię.
– Oczywiście najlepiej byłoby wylądować śmigłowcami na płaskowyżu i spuścić się na linach do wąwozu. Na pewno łatwiej byłoby ich zaskoczyć. Niestety, są istotne przeciwwskazania.
– Domyślam się – rzekł Pitt. – Zasięg lotu helikopterów nie pozwala na pokonanie trasy do Tebezzy i z powrotem. A rozmieszczenie baz z zapasowym paliwem na pustyni oznaczałoby dalszą zwłokę.
– Dokładnie trzydzieści dwie godziny według naszych rachunków – potwierdził Levant. – Rozważaliśmy też możliwość, że jeden z naszych śmigłowców będzie wiózł tylko paliwo, a cała eskadra będzie posuwać się skokami i tankować w miarę potrzeby. Ale i tu pojawiły się komplikacje.
– To też by za długo trwało? – włączył się Giordino.
– No właśnie. Argument szybkości przesądził o użyciu odrzutowca. Były też inne argumenty. Do samolotu mogliśmy wziąć pojazdy, mamy też na pokładzie mały szpital – a z waszego raportu wynika, że będą tam osoby wymagające natychmiastowej pomocy lekarskiej.
– Ilu ma pan ludzi? – spytał Pitt.
– Trzydziestu ośmiu żołnierzy i dwóch lekarzy. Czterech ludzi zostaje na lądowisku, dla ochrony samolotu. Zespół medyczny idzie z nami.
– A więc w transporterach nie zostanie zbyt wiele miejsca dla uwolnionych więźniów.
– Jeśli część moich ludzi pojedzie na dachach i błotnikach, to możemy ewakuować około czterdziestu osób.
– Być może nie ma już tylu żywych – zauważył ponuro Pitt.
– Dla tych, którzy pozostali przy życiu, zrobimy wszystko, co w naszej mocy – zapewnił Levant.
– A co z Malijczykami? – spytał Pitt. – Mam na myśli więźniów politycznych generała Kazima.
Levant wzruszył ramionami.
– Będziemy musieli ich zostawić. Jakoś sobie poradzą; będą mieli do dyspozycji zapasy żywności kopalni i broń strażników.
– Kazim to sadysta; gdy dowie się, że jego najcenniejsi więźniowie uciekli, może kazać wymordować ich wszystkich.
– Takie mam rozkazy – Levant rozłożył bezradnie ręce. – Nie ma w nich w ogóle mowy o ratowaniu Malijczyków.
Pitt przyjrzał się satelitarnym fotografiom okolic Tebezzy.
– A więc ma pan zamiar wylądować Airbusem po ciemku na pustyni, przejechać w nocy bez świateł trasę, która jest trudna nawet w dzień, zaatakować kopalnię, zabrać stamtąd wszystkich więźniów obcokrajowców, wrócić na lądowisko i odlecieć do Algieru. Czy to nie za wiele, jak na skromne siły, jakimi pan dysponuje?
Levant nie wyczuł w głosie Pitta dezaprobaty ani sarkazmu – raczej głęboką troskę.
– Czy to, co pan widział – spytał – rzeczywiście ocenia pan jako "skromne siły"?
– Nie kwestionuję kwalifikacji bojowych pańskich ludzi, pułkowniku. Ale spodziewałem się większego i lepiej wyposażonego oddziału.
– Niestety, ONZ niezbyt hojnie finansuje swoją grupę taktyczną; nie stać nas ani na tylu ludzi, ani na taki nowoczesny sprzęt, jakim dysponują służby specjalne niektórych krajów. Budżet ONZ jest ograniczony – i musimy mieścić się w tych granicach.
– Więc dlaczego zdecydowano się na grupę UNICRATT? – spytał Pitt, lekko zirytowany. – Dlaczego nie przysłano jakiegoś oddziału brytyjskich czy amerykańskich sił specjalnych, albo francuskiej Legii Cudzoziemskiej?
– Bo żaden rząd, łącznie z pańskim, nie chciał brudzić sobie rąk tą sprawą – wyjaśnił Levant z goryczą. Zdecydowała się na to tylko pani Kamil, Sekretarz Generalny ONZ.
Rzucone przypadkowo nazwisko wywołało w pamięci Pitta dawne wspomnienia. Dwa lata wcześniej, w akcji poszukiwania skarbów Biblioteki Aleksandryjskiej, spotkał Halę Kamil na pokładzie statku badawczego, zakotwiczonego w Cieśninie Magellana. Przez chwilę jego myśli błądziły gdzieś daleko. Widząc jednak zdziwioną minę Levanta i ironiczny uśmiech Giordina, który odgadł przyczynę jego zamyślenia, Pitt szybko wrócił do aktualnego tematu.
– Tu jest pewien istotny problem… – zaczął.
– O, jest ich sporo – przerwał Levant. – Ale ze wszystkimi można się chyba uporać.
– Z wyjątkiem tego jednego.
– Co ma pan na myśli?
– Nie wiemy, gdzie mieści się centrala łączności i nadzoru telewizyjnego kopalni.
Jeśli 0'Bannion zdąży zaalarmować Kazima.
– Zanim znajdziemy tę centralę, nie mamy szans wrócić cało do Algierii. Myśliwce Kazima dopadną nas albo na ziemi, albo w powietrzu.
– W takim przypadku na całą akcję w kopalni będziemy mieli tylko czterdzieści minut – stwierdził spokojnie Levant. – To jest wykonalne, pod warunkiem, że większość więźniów potrafi wyjść szybko na powierzchnię o własnych siłach. Jeśli trzeba będzie ich wynosić, pochłonie to wiele dodatkowego czasu.
W tym momencie w drzwiach pojawił się ponownie kapitan Pembroke-Smythe, niosąc dużą tacę z kawą i sandwiczami.
– Nasze menu nie jest wyszukane, ale na pewno pożywne – powiedział wesoło. – Macie wybór: sałatka z kurczaka albo tuńczyk.
Pitt spojrzał z przekąsem na pułkownika Levanta.
– Chyba rzeczywiście macie bardzo skromny budżet.
Kiedy Airbus połykał przestrzeń nad pustynią, Pitt i Giordino szkicowali z pamięci duże schematy chodników kopalni. Levant był pełen podziwu. Jak na krótki czas pobytu w podziemiach Tebezzy, zapamiętali zdumiewająco dużo. Potem, wraz z dwoma innymi oficerami, solennie przesłuchał pracowników NUMA, powtarzając niektóre pytania nawet po trzy, cztery razy, w nadziei, że przypomną sobie jeszcze jakieś istotne szczegóły. Szlak prowadzący do wąwozu, rozkład pomieszczeń, szybów i korytarzy kopalni, uzbrojenie strażników – wszystko to należało wbić sobie w pamięć.
Podstawowe dane wprowadzono do komputera; prymitywne szkice po przetworzeniu nabrały na ekranie pozorów trójwymiarowości. Nie zlekceważono żadnej informacji, uwzględniono prognozę pogody na kilka najbliższych godzin, obliczono czas niezbędny na przelot myśliwców Kazima z Gao, przygotowano rezerwowe plany odwrotu i trasę ucieczki, w razie gdyby Airbus został zniszczony na ziemi. Opracowano warianty postępowania na wszelkie dające się przewidzieć okoliczności.
Na godzinę przed lądowaniem Levant zebrał wszystkich swoich ludzi w głównej ładowni. Odprawę otworzył Pitt, mówiąc o strażnikach, ich uzbrojeniu i sprawności bojowej – obniżonej, być może, długim przebywaniem w kopalni, gdzie jedynym przeciwnikiem byli słabi, bezbronni więźniowie. Następnie Giordino zaprezentował powiększony plan kopalni, który uprzednio naszkicowali wraz z Pittem. Pembroke-Smythe podzielił komandosów na cztery drużyny i przekazał im wydrukowane przez komputer schematy korytarzy kopalnianych. Wreszcie głos zabrał Levant, by udzielić wszystkim szczegółowych instrukcji i wydać rozkazy.
– Niestety, nie mogliśmy tym razem przeprowadzić właściwego zwiadu – zaczął. – Nigdy jeszcze nie podejmowaliśmy tak trudnej misji, mając tak mało informacji. Schematyczne plany kopalni, które przed chwilą dostaliście, pokazują przypuszczalnie nie więcej niż dwadzieścia procent istniejących szybów, sztolni, chodników roboczych.Musimy szybko, zdecydowanie opanować biura i kwatery strażników.Dopiero potem zaczniemy szukać więźniów i wyprowadzać ich.Końcowa zbiórka w hali przed wejściem, dokładnie czterdzieści minut po rozpoczęciu akcji w kopalni. Są jakieś pytania?
Potężnie zbudowany mężczyzna podniósł rękę.
– Dlaczego tylko czterdzieści minut, panie pułkowniku? – spytał ze słowiańskim akcentem.
– Bo jeśli zostaniemy tam choć minutę dłużej, kapralu Wagliński, samoloty malijskie dopadną nas i zestrzelą, zanim znajdziemy się z powrotem w Algierii. Mam przy tym nadzieję, że większość więźniów zdoła dojść do naszych transporterów o własnych siłach. Jeśli wielu z nich trzeba będzie nieść przez niskie, wąskie tunele – spóźnienie jest nieuniknione.