Выбрать главу

– A co zrobicie, jeśli ktoś się zagubi w kopalni i nie znajdzie na czas drogi powrotnej? – padło kolejne pytanie.

– Będziemy musieli go zostawić – odparł Levant. – Są jeszcze pytania?

– Czy możemy zabrać tyle złota, ile znajdziemy? Rozległa się salwa śmiechu.

– Po zakończeniu akcji zrewiduję wszystkich starannie – oświadczył pogodnie Pembroke-Smythe. – Całe złoto, jakie znajdę, wyślę do mojej prywatnej skrytki w szwajcarskim banku.

– Kobiety też będzie pan rewidował? – odezwał się dźwięczny sopran.

– Zwłaszcza kobiety – odparł kapitan, uśmiechając się chytrze.

Levant, choć nadal śmiertelnie poważny, był zadowolony z tego momentu odprężenia.

– Dobrze – powiedział – podsumujmy to teraz. Pierwszą drużynę poprowadzę ja; naszym przewodnikiem będzie pan Pitt.Oczyścimy biura na górnym poziomie, potem zjedziemy na sam dół i zabierzemy więźniów z ich kwatery. Druga drużyna, pod dowództwem kapitana Smythe'a – z panem Giordino jako przewodnikiem – zjedzie na poziom kwater strażników i zneutralizuje ich. Porucznik Steinholm poprowadzi drużynę trzecią i zabezpieczy boczne chodniki na poziomie roboczym; chodzi o to, by uniknąć okrążenia. Drużyna czwarta, pod dowództwem porucznika Morrisona, zajmie się poziomami kruszenia i czyszczenia rudy. Pozostali, z wyjątkiem lekarzy, pilnują samolotu na lądowisku. Dalsze pytania proszę kierować do dowódców drużyn.Przerwał i rozejrzał się po twarzach ludzi, po czym ciągnął dalej.

– Bardzo żałuję, że nie mogliśmy przygotować się lepiej do tej operacji, ale myślę, że i tak mamy spore szansę. Jesteśmy dobrzy w tej robocie: w sześciu ostatnich akcjach nie straciliśmy ani jednego człowieka. Wiem, że jeśli zdarzy się coś, czego nie przewidzieliśmy, potraficie improwizować. Musimy tam po prostu wejść, uwolnić więźniów i uciec z nimi przed pościgiem malijskiego lotnictwa. Koniec odprawy. Życzę wszystkim szczęścia.

Levant odwrócił się na pięcie i spokojnym krokiem przeszedł do centrum dowodzenia.

46

Dane nawigacyjne z satelity płynęły do Airbusa nieprzerwanym strumieniem; komputer pokładowy przetwarzał je w instrukcje dla automatycznego pilota, kierując samolot bezbłędnie nad wielki płaskowyż Tebezzy. Kiedy maszyna pochyliła się na skrzydło i zaczęła krążyć, bezczynni dotąd piloci spojrzeli na monitor radaru. Lądowisko odcinało się od pustynnego otoczenia jedynie gładką, oczyszczoną z kamieni powierzchnią pasa startowego.Czterej spadochroniarze Levanta ustawili się w pełnym rynsztunku w głównej ładowni. Otworzyła się rampa wyładowcza. Po dwudziestu sekundach rozległ się brzęczyk; komandosi zbiegli po rampie i zniknęli w czarnej otchłani. Pilot zamknął rampę i systematycznie zmniejszając wysokość skierował samolot na drugi, duży krąg. Po dwunastu minutach Airbus ponownie zbliżył się do pustynnego lądowiska.Piloci obserwowali teren przez specjalne okulary, wrażliwe na promieniowanie podczerwone. Nie mając wyszkolenia pilotów helikopterów szturmowych, słabo rozpoznawali szczegóły krajobrazu w zielonym, rozmazanym obrazie. Natychmiast jednak dostrzegli latarnie emitujące podczerwień, rozstawione wzdłuż lądowiska przez spadochroniarzy. W regularnym, zgodnym rytmie błyskały przed dziobem Airbusa, nieco na prawo od kursu.

– Podwozie! – wydał rozkaz pilot.

Drugi pilot pociągnął dźwignię i zespoły podwozia wysunęły się spod skrzydeł z charakterystycznym tąpnięciem.

– Podwozie wysunięte i zablokowane – zameldował.

Parę sekund później koła dotknęły piasku i żwiru, wznosząc za rozpędzoną maszyną wielki tuman pyłu. Pilot przełączył silniki na wsteczny ciąg, ale nawet ta, zwykle tak hałaśliwa operacja, w tym samolocie okazała się zadziwiająco cicha. Stanowcze użycie hamulca zatrzymało Airbusa niespełna sto metrów przed końcem lądowiska.Smuga pyłu za samolotem nie opadła jeszcze, kiedy po otwartej ponownie rampie wyładowczej zjechały na pustynię pojazdy; ustawiły się w kolumnę z odkrytym samochodem rajdowym na czele. Po chwili z samolotu wysypali się ludzie; sprawnie i w milczeniu ładowali się do transporterów. Z mroku wyłonił się dowódca grupy spadochroniarzy; mieli pozostać przy Airbusie, by go chronić i przygotować do ponownego startu.

– Teren jest czysty, sir – zameldował. – Nie było wartowników ani zabezpieczeń elektronicznych.

– Są tu jakieś zabudowania? – spytał Levant.

– Tylko mały ceglany barak z narzędziami i paliwem do diesli i do odrzutowców. Mamy go zniszczyć?

– Zaczekajcie z tym do naszego powrotu.

Levant wypatrzył w mroku sylwetkę Pitta i przywołał go ruchem ręki.

– Pan Giordino wspomniał, że uczestniczył pan w wyścigach samochodów terenowych.

– Tak, pułkowniku, to prawda.

Levant wskazał miejsce kierowcy w pojeździe szturmowym.

– Pan zna już drogę do kopalni. Poprowadzi pan kolumnę.

– Odwrócił się do stojącego obok oficera.

– Kapitanie!

– Tak, sir?

– Ruszamy. Pojedzie pan ostatnim transportem. Proszę zwrócić uwagę na niebo. Nie chcę, żeby wypatrzył nas jakiś przypadkowy samolot.

– Będę uważał, sir – zapewnił go Pembroke-Smythe.

Jeśli sprzęt, którym dysponował UNICRATT, odpowiadał "skromnym możliwościom budżetowym", to wielki budżet sił specjalnych USA musiał chyba zapewniać wyposażenie z filmów fantastycznych. Wszyscy ludzie Levanta – teraz także Pitt i Giordino – mieli na sobie panterki z ognioodpornej tkaniny, kamizelki przeciwkulowe, hełmy z wbudowanym walkie-talkie i okularami noktowizyjnymi. Wszyscy też byli uzbrojeni w pistolety maszynowe Heckler amp; Koch MP5.

Pitt dał znak ręką Giordinowi, siedzącemu już obok kierowcy pierwszego transportera, i nie bez trudu wcisnął się za kierownicę uzbrojonej rajdówki, pod ażurowy dach sześciu luf ciężkiego karabinu maszynowego Vulcan. Zsunął okulary na oczy. Przez chwilę musiał przyzwyczajać się do niezwykłej jasności obrazu. Dwustumetrową przestrzeń w polu widzenia wypełniała dziwna zielona pustynia, jakby z innej planety.

– Droga do kopalni zaczyna się jakieś trzydzieści metrów przed nami – stwierdził.

Levant, który usiadł obok niego, odwrócił się, by sprawdzić, czy cały oddział jest gotowy do drogi. Potem machnął ręką do przodu.

– Nie traćmy czasu, panie Pitt. Ruszamy!

Pitt włączył bieg. Pojazd skoczył do przodu, za nim ruszyły natychmiast trzy transportery. Ale wznoszona przez szerokie koła rajdówki chmura pyłu zmusiła kierowców transporterów do zmiany szyku. Już po chwili kolumna przypominała klucz samolotów, ustawiony w literę "V".

– Jak szybko to potrafi jeździć? – spytał Pitt.

– Po szosie nawet dwieście dziesięć kilometrów na godzinę – odparł Levant. – To przerobiona maszyna wyścigowa – wyjaśnił. – Wasi marines opracowali ją specjalnie na wojnę z Irakiem…

– Proszę ostrzec kierowców – przerwał Pitt. – Za chwilę skręcimy lekko w lewo, potem osiem kilometrów prosto.

Dla pojazdów jadących w ciasnym szyku i przy ograniczonej widoczności – informacja była ważna. Levant przekazał ją natychmiast przez radio.Szlak prowadzący do kopalni nie był zbyt wyraźnie oznaczony. Pitt musiał polegać raczej na swojej pamięci i intuicji, niż na tym, co rzeczywiście widział. Nocna jazda przez pustynię z tą szybkością – a musieli się spieszyć – była zajęciem ryzykownym i szarpiącym nerwy. Nawet cudowne noktowizyjne okulary nie pozwalały dostrzec tego, co kryje się za najbliższym pagórkiem – a mogła tam być jakaś dziura, z której już się nie wygrzebią. Tylko chwilami wątłe ślady opon na piasku, tam gdzie jeszcze nie zawiał ich wiatr, upewniały go, że jest na właściwej drodze.