Выбрать главу

– Al! – krzyknął Pitt alarmująco.

Odpowiedział mu gwizd rakiety, wystrzelonej z wieżyczki przez Giordina. Pocisk pomknął w stronę tonącego ścigacza, zostawiając za sobą białą smugę spalin. Ale kołysanie jachtu, który wciąż jeszcze nabierał szybkości, nie pozwoliło na celny strzał.

Pocisk przeleciał nad ścigaczem i eksplodował wśród nadbrzeżnych drzew.

W tym momencie spod pokładu wynurzył się Gunn. Przyklęknął w kokpicie obok stanowiska Pitta i ponad rufą Calliope posłał w kierunku ścigacza długą serię z remingtona.

Widzieli gwałtowne rozbryzgi wody u podstawy działka, byli już jednak za daleko, by dostrzec, że część kul ugodziła w komandora Ketou, zabijając go na miejscu. Nie mogli też widzieć, jak jego bezwładna, martwa dłoń ciężko opada na przycisk spustowy.Dwa łańcuszki pocisków pobiegły w stronę Calliope, a złośliwy demon sterujący przebiegiem tej bitwy sprawił, że martwy strzelec osiągnął efekty lepsze, niż mógłby z tej odległości uzyskać człowiek żywy. Szeroki, przypominający skrzydło samolotu, plastikowy płat nad kokpitem, kryjący w sobie anteny radiowe, satelitarne i namiarowe, rozpadł się na kawałki i razem z resztkami zawartości runął do rzeki. Odłamki rozbiły też szybę przed stanowiskiem sternika. Gunn rzucił się płasko na pokład, ale Pitt nie mógł pójść w jego ślady. Skulił się tylko pod kołem sterowym, nie puszczając go z ręki, w nadziei, że uniknie śmiertelnej nawałnicy, a jednocześnie nie rozbije jachtu o brzeg. W ryku pracujących na najwyższych obrotach silników nie słyszeli pocisków, ale na własnej skórze doświadczyli ich skutków. Zewsząd sypały się na nich szczątki rozbitego osprzętu.Wreszcie Giordino zdecydował się na wystrzelenie ostatniej przygotowanej rakiety. Strzał był nie tylko celny, ale i skuteczny. Ognista eksplozja dosłownie urwała część rufy ścigacza razem z działkiem i leżącym na nim martwym komandorem. Chwilę później ostatnia jednostka floty rzecznej Beninu poszła na dno. W otwartym luku maszynowni pojawił się Giordino.

– Udało się! – krzyknął radośnie do Pitta.

– Nie jestem pewien. Na szczęście już za dwadzieścia minut opuścimy Benin.

– Może nie przeżył żaden świadek?

– Nie licz na to. Nawet jeśli zginęli wszyscy uczestnicy bitwy, na pewno ktoś ją widział z brzegu.

Hałas silników, pchających jacht do przodu z szybkością siedemdziesięciu węzłów, był nieznośny. Gunn chwycił Pitta za ramię i krzyknął mu do ucha:

– Jak tylko znajdziemy się na terytorium Nigru, zredukuj prędkość do trzydziestki. Muszę wznowić moje pomiary.

– Oczywiście – rzekł Pitt i rzucił szybkie spojrzenie w górę, gdzie jeszcze parę minut temu znajdował się aerodynamiczny płat z systemem anten. Dopiero teraz zauważył, że wszystko zniknęło. – Chociaż nie będziemy już mogli przekazywać wyników admirałowi.

– Nie opowiemy mu też – dodał ze złością Giordino – jak naprawdę wygląda jego "wycieczka po rzece".

– Niestety – rzekł z ponurą miną Pitt – ta droga powrotu jest już dla nas spalona. Będziemy musieli wymyślić inną.

Giordino nie wyładował jeszcze swojego gniewu na Sandeckera.

– Szkoda, że nie zobaczę miny admirała, kiedy się dowie, że porzuciliśmy jego cudowny jacht.

– Zobaczysz, na pewno zobaczysz! – rzucił optymistycznie Gunn i zniknął w kabinie łączności.

Cóż za ironia losu, pomyślał Pitt. W ciągu zaledwie półtora dnia podróży zatopili dwa ścigacze, zestrzelili helikopter i zabili co najmniej trzydziestu ludzi – a wszystko po to, żeby ratować ludzkość. Tymczasem szansę odkrycia źródeł skażenia były coraz słabsze, a choćby nawet coś znaleźli, nie mieli pojęcia w jaki sposób wywiozą swoją wiedzę z terytorium Nigru lub Mali, państw zapewne równie życzliwie nastawionych do ich wyprawy, jak Ludowa Republika Beninu.

Spojrzał ponownie w górę. Osadzony na wysokim maszcie obrotowy talerz radaru był na swoim miejscu. Prawdziwy cud, pomyślał; bez radaru dalsza podroż po rzece – zwłaszcza w nocy lub we mgle – byłaby prawie niemożliwa.

Nadal nie zmniejszał szybkości, choć zdawał sobie sprawę, że ryzykuje rozbicie kadłuba o jakąś dryfującą po wodzie bańkę lub sterczącą z dna kłodę. Na szczęście jego obawy nie sprawdziły się; rzeka na tym odcinku była stosunkowo mało zaśmiecona, a tor wodny dobrze oznaczony i głęboki. Już po osiemnastu minutach zagłębili się w terytorium Republiki Nigru. Cztery godziny później, nie napotkawszy po drodze żadnych patroli wodnych ani powietrznych, dobili do nabrzeża paliwowego w stolicy kraju, Niamey. Po nabraniu paliwa i obowiązkowej w tych stronach wizycie w urzędzie imigracyjnym ruszyli w dalszą drogę. Kiedy budynki Niamey i most imienia J.F. Kennedy'ego zostały daleko za rufą, Giordino rzekł pogodnie:

– Całkiem dobrze idzie, jak na to, czegośmy się spodziewali.

– Wcale nie tak dobrze. Zanosi się na poważne kłopoty.

– Dlaczego? Nie wydaje mi się, by tubylcy chcieli przerobić nas na befsztyki. Powiedziałbym nawet, że są życzliwi.

– Właśnie, zbyt życzliwi – rzekł Pitt. – W tej części świata nigdy niczego nie załatwia się tak prosto. Zwłaszcza po takiej rozróbie, jaką urządziliśmy w Beninie. Zauważyłeś, że gdy poszliśmy pokazać dokumenty, to nigdzie – ani po drodze, ani w urzędzie – nie było żadnego uzbrojonego policjanta czy żołnierza?

– Przypadek – Giordino wzruszył ramionami. – Może po prostu lekko traktują te sprawy.

– Ani jedno, ani drugie – rzekł Pitt surowo. – Przysiągłbym, że ktoś tu gra z nami w ciuciubabkę.

– Myślisz, że wiedzą już o tej strzelaninie na Nigrze?

– Wiadomości idą tu szybko. Założę się, że dotarły tu przed nami. Przecież to wszystko działo się na granicznym odcinku rzeki. Władze w Niamey na pewno już o wszystkim wiedzą.

Giordino nadal nie był przekonany.

– To dlaczego nas nie zatrzymali?

– Może chcą uśpić naszą czujność.

– Po co?

– Może ktoś chce nam coś zabrać – rozważał głośno Pitt.

– A co my takiego wartościowego mamy? Wyniki badań? O których zresztą, z wyjątkiem Sandeckera i Chapmana, nikt nie wie.

– Więc może chodzi o coś innego – Pitt uśmiechnął się chytrze. – Na przykład o nasz jacht.

– Calliopell Mógłbyś wymyślić coś mądrzejszego.

– Nie masz racji – odparł Pitt. – Pomyśl. Piękny, szybki jacht, zdolny w ciągu trzech minut zestrzelić helikopter i zatopić dwa opancerzone ścigacze. Niejeden z tych afrykańskich kacyków miałby na coś takiego ochotę.

– W porządku, to ma sens – zgodził się Giordino. – Ale jeśli tak, to dlaczego nie zabrali nam jachtu w Niamey?

– Mam strzelać? No dobra: myślę, że główny aktor tej gry czeka na nas dalej, w Mali.

– I dopiero tam spuści nam siekierę na łeb? To może by mu popsuć szyki i zawrócić?

– Zapomniałeś, że po tej hecy z flotą Beninu nasz bilet jest już tylko w jedną stronę.

Giordino podrapał się w głowę.

– Trudno. Będziemy się bawić dalej.

– Bawić? To chyba nie jest właściwe słowo w tej sytuacji. Tu już nie będzie żadnej zabawy – Pitt wskazał ręką na brzegi, na których bujna dotąd roślinność coraz bardziej ustępowała buremu piaskowi i kamieniom. – Jak tak dalej pójdzie, niedługo będziemy musieli sprzedać ten okręt i kupić wielbłądy.

– O Boże! – jęknął Giordino. – Ja miałbym jeździć na wielbłądzie? Na tym wybryku natury? Rozumiem: Bóg stworzył konie po to, żeby można było kręcić westerny. Ale wielbłądy…

Przerwał, wpatrzony w nurt rzeki daleko przed dziobem.

– A więc to tak wygląda.

– Co takiego?

– Legendarny przełom Nigru, na którym podobno najlepsi wioślarze łamią sobie wiosła.

Pitt zastanawiał się przez chwilę.

– Skoro i tak już nas znają, to może dajmy sobie spokój z tą francuską banderą i wywieśmy własną.

– Własną? Przecież Sandecker wyraźnie powiedział, że akcja jest nielegalna i nie możemy jej firmować gwiazdami i paskami.

– A kto tu mówi o gwiazdach i paskach?

Giordino nic już z tego nie rozumiał.

– To jaką właściwie flagę chcesz wywiesić?

– A taką. – Pitt sięgnął do szuflady pod pulpitem sternika, wyciągnął starannie złożony kawałek materiału i rozpostarł go w powietrzu. – Gwizdnąłem to parę miesięcy temu z jakiegoś balu kostiumowego.

Giordino spoglądał ze zdumieniem w uśmiechniętą twarz pirata, gapiącą się na niego z dużej czarnej, prostokątnej chusty.

– Wesoły Rodger?! Chcesz wywiesić piracką flagę?

– A dlaczego by nie? – zdziwił się szczerze Pitt, – Myślę, że świetnie pasuje do tego, czym się tu zajmujemy.

14

– Niezły z nas zespół detektywów do wykrywania skażeń – zauważył sarkastycznie Hopper, obserwując zachód słońca nad mokradłami górnego Nigru. – Wszystko, co udało nam się stwierdzić, to typowa obojętność trzeciego świata na kwestie zdrowotne.

Eva siedziała na kampingowym stołku, grzejąc się w wieczornym chłodzie Afryki przy małym piecyku olejowym.

– Nie znalazłam tu na razie żadnej ze znanych mi substancji toksycznych, która mogłaby wywoływać tę chorobę.

Siedzący obok Evy wysoki, postawny mężczyzna o siwiejących włosach i jasnoniebieskich oczach miał myślącą i zatroskaną twarz. Był to Nowozelandczyk, doktor Warren Grimes, epidemiolog.

– Mnie też nie udało się nic odkryć – stwierdził, wpatrując się w szklankę z wodą sodową. – Wiem tylko, że na przestrzeni pięciuset kilometrów nie znalazłem kultury bakteryjnej, która mogłaby być przyczyną tej choroby.

– Może coś przeoczyliśmy? – rzekł Hopper, sadowiąc się głębiej w składanym płóciennym fotelu.

Grimes wzruszył ramionami.

– Nie widziałem jeszcze ani jednej ofiary, żywej ani martwej. Nie mogłem przeprowadzić ani jednego wywiadu, ani nawet zrobić sekcji. Nie mam też najmniejszego strzępka chorej tkanki do analizy. A przecież poza tym wszystkim musiałbym jeszcze mieć grupę kontrolną ludzi, którzy nie ulegli skażeniu.