Chapman rzucił niepewne spojrzenie na Yaegera.
– Zdaje się, że nic już z tego nie rozumiem. Kamil przeniosła na niego wzrok.
– Kilka lat temu – wyjaśniła – ci trzej ludzie wyrwali mnie z rąk terrorystów. Nawet dwukrotnie. Za pierwszym razem w Breckenridge w Colorado, za drugim w opuszczonej kopalni nad Cieśniną Magellana. Admirał ma prawo oczekiwać, że teraz spłacę dług wdzięczności.
– Pamiętam tę historię nad Cieśniną Magellana – powiedział Yaeger. – Szukaliśmy tam zaginionych skarbów Biblioteki Aleksandryjskiej.
Sandecker wstał, przeszedł parę kroków i usiadł obok pani Kamil.
– Pomoże nam pani? – spytał cicho.
Kamil trwała nieruchomo jak posąg. Wreszcie zwróciła powoli twarz ku Sandeckerowi.
– Dobrze – rzekła cicho. – Postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby uratować naszych przyjaciół. Mam nadzieję, że żyją jeszcze, że nie jest za późno…
Sandecker odwrócił głowę. Nie chciał, by dostrzegła w jego twarzy radość, której nie potrafił ukryć.
– Dziękuję pani – rzekł oficjalnie. – Jestem pani nieskończenie wdzięczny. Teraz ja będę pani dłużnikiem.
16
– Żadnych śladów życia – powiedział Grimes, obserwując z daleka starą, rozsypującą się wioskę Asselar. – Nic, nawet psa czy kozy.
– Tak – przyznała Eva, osłaniając oczy od przeraźliwie jaskrawego słońca.
Stali na małym skalistym wzniesieniu na pustyni, skąd widzieli jak na dłoni starą oazę.
Jedynym śladem obecności człowieka były płytkie koleiny, prowadzące do wioski z północnego wschodu. Przyglądając się ruinom na peryferiach wsi, Eva doszła do wniosku, że mieszkańcy opuścili swoje siedziby już dawno. Panująca wokół cisza miała w sobie coś upiornego. Eva poczuła się niespokojna i napięta.
– To bardzo uprzejme z pana strony, kapitanie – Hopper zwrócił się do Batutty – że zgodził się pan nam towarzyszyć i pozwolił nam pan tu wylądować. Mam jednak wrażenie, że to miasto jest opuszczone.
Siedzący za kierownicą otwartego terenowego mercedesa Batutta wzruszył przepraszająco ramionami.
– Karawany z kopalni soli w Taoudenni donosiły o jakiejś epidemii w Asselar. Nic więcej na ten temat niestety nie wiem.
– Obejrzyjmy to z bliska – zaproponował Grimes.
– Dobrze – skinęła głową Eva. – Zbadam przynajmniej wodę ze studni.
– Może pójdą państwo dalej pieszo – zaproponował Batutta. – Ja tymczasem wrócę do samolotu po resztę ekipy.
– Świetnie, kapitanie, jeśli tylko chce pan nam pomóc… – odparł Hopper. – I proszę wziąć przy okazji nasz sprzęt.
Batutta ruszył bez słowa, zawrócił energicznie, wzniecając chmurę piaszczystego pyłu, i pomknął w stronę samolotu.
– Nagle zrobił się dziwnie uczynny – mruknął Grimes.
– Podejrzanie uczynny – dodała Eva.
– Nie bardzo mi się to podoba – rzekł Grimes, przypatrując się uważnie wsi, z której nie dobiegał żaden odgłos. – Przypomina mi to zasadzkę z westernu.
– Niewykluczone, że to zasadzka – zgodził się Hopper – ale nie przekonamy się o tym, jeśli tam nie wejdziemy. Może jednak znajdziemy jakichś mieszkańców.
Nie zwracając uwagi na południowe słońce i żar bijący z piaszczystej ziemi ruszył szybkim krokiem. Eva i Grimes po chwili wahania podążyli za nim. Dziesięć minut później szli już przez wąskie uliczki Asselar. Wszędzie widzieli niewiarygodny brud i nieład. Ostrożnie stawiali stopy między przykrywającymi niemal każdy centymetr kwadratowy ziemi śmieciami i odpadkami. Lekki powiew wiatru przyniósł im nagle wyraźny odór rozkładającego się mięsa. Z każdym krokiem smród stawał się coraz bardziej nieznośny.
Wydawało im się, że dochodzi z mijanych domów, ale nie wchodzili do nich, gdyż Hopper chciał jak najszybciej dotrzeć do centrum wioski.Doszli wreszcie do niewielkiego rynku ze studnią pośrodku. To, co ujrzeli, było tak przerażające, że przewyższało nawet najbardziej koszmarny sen. Porozrzucane szczątki ludzkich szkieletów; czaszki ułożone w równym rzędzie jak na wystawie sklepu z makabrycznymi osobliwościami; wyschnięta, sczerniała skóra wisząca na drzewie, która zdawała się poruszać, atakowana przez całe roje much.
Początkowo Evie zdawało się, że wszyscy ci ludzie padli ofiarą jakiejś wojennej masakry. Zmieniła jednak zdanie, kiedy uświadomiła sobie, że ktoś musiał zedrzeć skórę z człowieka i powiesić ją na drzewie, a czaszki nie ułożyły się w równą linię przypadkowo.
Ktoś działał tu świadomie i systematycznie. Tego nie zrobiliby najbardziej nawet okrutni wojownicy czy bandyci.Upewniła się w tym, gdy przyklękła, by obejrzeć leżącą na ziemi długą kość ramieniową. Podniosła ją do oczu – i przeszył ja nowy dreszcz przerażenia. Na kości wyraźnie odcisnęły się ślady ludzkich zębów.
– Kanibalizm – szepnęła w szoku, spotęgowanym przez upiorną ciszę pustynnej osady.
Grimes pochylił się nad nią i obejrzał kość.
– Ona ma rację – powiedział do Hoppera. – Tych nieszczęśników pożarli chyba jacyś szaleńcy.
– Sądząc po odorze, można tu pewnie znaleźć ciała, z których zostało coś więcej niż suche szkielety – rzekł Hopper. – Może nawet znalazłby się ktoś jeszcze żywy. Zaczekajcie tu oboje, pójdę to sprawdzić.
– Nie bardzo mi się to podoba – zaprotestował Grimes. – Osobiście byłbym za tym, żeby natychmiast wrócić do samolotu, zanim i my staniemy się pozycją w tutejszym menu.
– Chcesz uciec? – prychnął Hopper. – Teraz? Kiedy znaleźliśmy wreszcie przypadek patologicznych zachowań, i to w ekstremalnej formie? Przecież właśnie tego szukamy! Jeśli o mnie chodzi, nie ruszę się stąd, dopóki nie zbadam sprawy do końca.
– Pójdę z tobą – oświadczyła Eva.
Grimes, wychowany w starej dobrej szkole, która nie pozwala, by mężczyzna okazał się mniej odważny niż kobieta – wzruszył tylko ramionami.
– Dobrze, idę z wami – powiedział. Hopper klepnął go w plecy.
– W porządku, Grimes. Będę zaszczycony, jeśli znajdziemy się obaj w tym samym garnku.
W pierwszym domu, do którego weszli, znaleźli dwa ciała. Mężczyzna i kobieta. Musieli być martwi co najmniej od tygodnia. Upał sprawił, że ciała całkowicie wyschły. Została tylko skóra, ciasno opinająca szkielet. Po dokładniejszych oględzinach Hopper doszedł do wniosku, że ich śmierć nie była szybka; trucizna – bo niewątpliwie było to zatrucie – musiała działać długo, powodując straszliwe męczarnie. Bez analizy patologicznej nie potrafił jednak powiedzieć nic więcej. Spojrzał wyczekująco na Grimesa. Ten jednak pokręcił sceptycznie głową.
– Ci ludzie zbyt długo już są martwi. Miałbym większe szansę coś znaleźć, gdybym miał jakieś świeższe zwłoki.
Dla Evy zabrzmiało to strasznie chłodno i technicznie. Odwróciła głowę i przeżyła kolejny szok. W mrocznym kącie izby dostrzegła stos małych kości i czaszek. Czyżby ta para ludzi przetrwała dłużej od innych, żywiąc się ciałami własnych dzieci? Myśl była tak straszna, że Eva wypchnęła ją natychmiast ze świadomości i zataiła swoje odkrycie.Przeszła do domu po przeciwnej stronie ulicy. Był zamożniejszy od innych; świadczyły o tym rzeźbione drzwi i czyste, posprzątane podwórko w kształcie litery "L".
Odór był tam wyjątkowo silny. Zwilżyła chusteczkę wodą z plastikowej manierki, którą nosiła przy pasku, i zasłoniła twarz i usta. Ostrożnie przemierzała kolejne pokoje. Były wysokie i jasne. Duże okna wychodziły na podwórko.Niewątpliwie był to jeden z największych domów we wsi. Być może należał do jakiegoś kupca. Panował tu względny porządek. Krzesła i stoły nie były, jak w innych domach, poprzewracane i połamane: stały na swoich miejscach. Weszła do dużego, kwadratowego pomieszczenia i skamieniała. Z kuchennego piecyka wystawały na wpół upieczone kończyny ludzkie.Przemogła odruch wymiotny i szybko przeszła do sąsiedniej izby, która okazała się sypialnią. Widok, który tu znalazła, przeraził ją jednak jeszcze bardziej. Leżący w łóżku mężczyzna sprawiał wrażenie żywego. Ręce ułożone były równo wzdłuż ciała; spoczywająca na poduszce głowa, nieznacznie przekrzywiona na bok, wpatrywała się w Evę szeroko otwartymi oczyma. Twarz przypominała diabła ze średniowiecznych obrazów. Białka jego oczu były różowe, tęczówki natomiast intensywnie czerwone. Cofnęła się w panice, chcąc uciec przed zagrożeniem, dostrzegła jednak, że pierś leżącego nie porusza się, nieruchome są też szeroko rozwarte powieki.Zdobyła się na odwagę, podeszła do łóżka i położyła palce na tętnicy szyjnej leżącego. Nie było pulsu. Próbowała podnieść jego rękę, ale rigor mortis usztywnił już mięśnie. Nagle usłyszała za sobą jakieś kroki. Odwróciła się szybko i zobaczyła nadchodzących kolegów.
Stanęli obok niej i w milczeniu przypatrywali się zwłokom. Nieoczekiwanie Hopper roześmiał się głośno.
– Ty to masz szczęście – rzekł do Grimesa. – Ledwie zażyczyłeś sobie świeżych zwłok do autopsji, od razu się znalazły!
Odwiózłszy do wioski resztę ekipy ONZ i sprzęt badawczy, kapitan Batutta wrócił na pustynię i zaparkował mercedesa w cieniu skrzydła samolotu. Pod drugim skrzydłem siedzieli piloci; wygnała ich tam piekielna temperatura wnętrza.Batutta uśmiechnął się do pierwszego pilota, w typowym uniformie kapitana lotnictwa cywilnego, z paskami na rękawie koszuli.
– Świetny aktor z pana, poruczniku Djemaa. Doktor Hopper dał się kompletnie nabrać; jest przekonany, że to linia lotnicza przysłała tu pana na zastępstwo.
– To dzięki mojej matce. Pochodzi z RPA, nauczyła mnie angielskiego.
– Chciałbym teraz porozmawiać z pułkownikiem Mansą.
– Tak jest, panie kapitanie. – Djemaa wstał. – Ustawię panu nadajnik.
W samolocie było gorąco jak w piecu. Mimo iż Djemaa otworzył w kabinie pilotów boczne okienka, Batutta miał wrażenie, że za chwilę się upiecze. Porucznik połączył się ze sztabem pułkownika Mansy, po czym przekazał mikrofon Batutcie i z ulgą opuścił rozpalone wnętrze samolotu.