Wpatrywali się z niedowierzaniem w wyschnięte, kamieniste dno dawnego dopływu Nigru. Płytkie koryto biegło zakolami na północ i ginęło pośród niskich diun na horyzoncie.
Milczeli przez chwilę. Pitt wyłączył silniki i pozwolił jachtowi swobodnie dryfować.
– Nie ma toksyn powyżej tego miejsca? – spytał.
– Praktycznie żadnych – powtórzył Gunn – a tej naszej już ani śladu. Jak dopływamy z dołu do tej wyschniętej rzeki, stężenie toksyny przekracza skalę moich instrumentów, a parę metrów dalej – nic, jak nożem uciął.
– Może to jakiś naturalny składnik tutejszej gleby? – zaryzykował Giordino.
– Wykluczone. Taki zajzajer nie może być dziełem natury – odparł Gunn.
– A co sądzisz o podziemnym kanale, odprowadzającym ścieki chemiczne z jakichś zakładów za tymi wydmami? – nie rezygnował Giordino.
– Nie wiem. Trzeba by to zbadać. Ale to już chyba nie nasza rola. Czas zwijać kramik.
Pitt spojrzał za rufę i zobaczył wreszcie śledzącą ich kanonierkę, do której zbliżyli się w dryfie. Był to staroświecki wprawdzie, ale mocno uzbrojony ścigacz rzeczny.
– Nie powinni wiedzieć, że coś znaleźliśmy – rzekł cicho. – Płyńmy dalej, tak jakby nic się nie zdarzyło, i podziwiajmy widoki.
– Ładne mi widoki! – parsknął Giordino. – Dolina Śmierci to w porównaniu z tym rajski ogród.
Pitt włączył ponownie silniki. Calliope ruszyła ostro do przodu. W ciągu niespełna dwóch minut malijski ścigacz został daleko z tyłu.
Teraz dopiero, pomyślał Pitt, zacznie się zabawa.
18
Generał Kazim siedział w skórzanym fotelu przy długim konferencyjnym stole w towarzystwie dwóch ministrów malijskiego rządu i wysokiego rangą oficera. Pokryte jedwabną materią ściany i gruby dywan na podłodze nadawały pomieszczeniu wygląd eleganckiego, nowoczesnego biura.Było to jednak wnętrze samolotu, co można było poznać po łukowatym suficie i stłumionym dźwięku silników odrzutowych. Elegancki aerobus Industrie A300 był tylko jednym z wielu prezentów, które generał otrzymał od Massarde'a za zgodę na rozległą działalność francuskiego przemysłowca w Republice Mali. Yves Massarde nie musiał tracić czasu na wchodzenie w nudne szczegóły malijskiego prawa. Na cokolwiek miał ochotę, otrzymywał to od Kazima. Warunek był tylko jeden: zagraniczne konto generała miało rosnąć, a on sam miał być otoczony kosztownymi przedmiotami luksusu.Supernowoczesny aerobus, będący prywatnym środkiem transportu Kazima i jego przyjaciół, wyposażono w wojskowy, elektroniczny system wczesnego ostrzegania.
Miało to bronić generała przed zarzutami o prywatę, wysuwanymi co pewien czas przez słabą, lecz jednak widoczną opozycję w rządzie prezydenta Tahira.Kazim słuchał w milczeniu szczegółowego sprawozdania pułkownika Sghira Cheika z walki, jaką stoczyły ścigacze i helikopter marynarki benińskiej. Obejrzał także dwie fotografie superjachtu, wpływającego z morza w deltę Nigru.
– Na pierwszym zdjęciu – objaśniał Cheik – jacht jest pod francuską banderą. Ale odkąd wpłynął na nasze terytorium, flaga została zmieniona na piracką.
– Co za pomysł? – zdziwił się Kazim.
– Nie mam pojęcia – wyznał Cheik. – Ambasador Francji przysięgał, że jest to łódź nie zarejestrowana, nieznana władzom francuskim. Co do pirackiej flagi, nie wiem, o co tu chodzi.
– Skąd pochodzi ten jacht?
– Nasz wywiad nie był w stanie ustalić, w jakim kraju został wykonany. Jego linia i model nie są znane ani w stoczniach Europy, ani Ameryki.
– Może to jacht japoński czy chiński – podsunął Messaoud Djerma, minister spraw zagranicznych Mali.
Cheik szarpnął nerwowo krótko przystrzyżoną brodę, po czym poprawił na nosie ciemne okulary.
– Nasi agenci pytali również w stoczniach Japonii, Hong Kongu i Taiwanu, specjalizujących się w budowie bardzo szybkich jachtów. Tam też nikt o tej łodzi nie słyszał.
– Może coś wiadomo o samej wyprawie lub o załodze? – dopytywał się Kazim.
– Zupełnie nic – Cheik rozłożył ręce. – Tak jakby Allach spuścił ich z nieba.
– Niewinny jacht, który wpłynąwszy do Nigru nagle zmienia banderę, jak kobieta sukienkę – zauważył chłodno Kazim – a następnie rozbija w puch połowę marynarki benińskiej i uśmierca ich admirała, po czym spokojnie przekracza naszą granicę, bez żadnych przeszkód ze strony władz celnych i imigracyjnych. A pan siedzi tu przy mnie i mówi mi, że mój wywiad nie potrafi stwierdzić, w jakim kraju jacht został zbudowany i kto jest jego właścicielem!
– Proszę wybaczyć, panie generale – rzekł nerwowo Cheik. Jego krótkowzroczne źrenice unikały lodowatego spojrzenia Kazima. – Gdyby pozwolił mi pan wysłać agenta na nabrzeże w Niamey…
– Wystarczająco dużo kosztowało nas przekupienie urzędników portowych na Nigrze, żeby nie zawracali głowy statkom, zatrzymującym się w celu nabrania paliwa. Widok jakichś podejrzanych agentów mógłby wywołać tylko niepotrzebne incydenty.
– A jak reagują na wezwania radiowe? Cheik zasępił się znowu.
– Niestety, nasze ostrzeżenia pozostają bez odpowiedzi. Zupełnie, jakby w ogóle nie mieli radia.
– Na Allacha, czego ci ludzie tu szukają? – denerwował się Seyni Gashi, szef Rady Wojskowej. Bardziej przypominał wielbłąda niż żołnierza. – Jakie mają zadanie?
– Wygląda na to, że ludzie z mojego wywiadu nie są w stanie rozwikłać tej zagadki – rzekł mocno już zirytowany Kazim.
– Teraz, kiedy są na naszym terytorium – rzekł minister Djerma – możemy ich po prostu zatrzymać i zarekwirować jacht.
– Próbował już tego admirał Matabu i leży na dnie rzeki.
– Łódź ma wyrzutnię rakietową – zwrócił uwagę Cheik. – Tak przynajmniej można sądzić po rezultatach walki.
– My też mamy odpowiednią siłę ognia – powiedział Djerba. – Możemy jej użyć…
– Po co? – przerwał Kazitn. – Przecież złapaliśmy ich w pułapkę. Nie mają odwrotu. Na pewno zdają sobie sprawę, że każda próba ucieczki spotka się z reakcją naszych myśliwców i artylerii przeciwlotniczej na lądzie. Teraz możemy spokojnie czekać. A jak skończy się im paliwo, nie będą mieli innego wyjścia, tylko się poddać. W ten sposób od razu uzyskamy odpowiedzi na wszystkie pytania.
– Czy uda nam się ich przekonać, żeby ujawnili cel swojej misji? – Djerma nie był do końca przekonany.
– Tak, jestem tego pewien – szybko odparł Cheik. – Powiedzą wszystko.
Z głośnika odezwał się głos drugiego pilota.
– Panie generale, widać już ten jacht.
– Możemy więc sami przyglądać się, co będzie dalej – rzekł Kazim. – Powiedz pilotowi, że chcemy ich dobrze widzieć.
Pitt czuł się zmęczony ciągłym napięciem. Był też mocno rozczarowany brakiem informacji na temat źródła toksycznych substancji. Jego niezmordowane siły i niespożyta inteligencja straciły swój zwykły wigor. Ciągle też był świadom stalowych kleszczy, które osaczały Calliope w wodzie i w powietrzu, i uniemożliwiały im odwrót. Giordino pierwszy usłyszał odległy pomruk silników odrzutowych. Spojrzawszy w górę, dostrzegł lecącą na wysokości dwustu metrów maszynę. Migała światełkami na tle niebieskiego nieba. Był to wielki, oznaczony malijskimi barwami narodowymi samolot pasażerski. Wystarczyłyby mu dwa myśliwce w charakterze eskorty, otaczało go jednak co najmniej dwadzieścia innych odrzutowców. Przez chwilę wydawało się, że pilot zamierza spaść na rzekę i zmiażdżyć Calliope, jednak w odległości około dwóch kilometrów zmienił kierunek lotu i zaczął wolno zataczać coraz mniejsze kręgi. Myśliwce eskorty wzbiły się wyżej i krążyły w pogotowiu.
Wielki odrzutowiec zniżył lot do stu metrów. Pitt mógł dostrzec gołym okiem dużą kopułę radaru na jego dziobie. Westchnął głęboko i pomachał ręką w kierunku samolotu; tamci na pewno dobrze go widzieli.
– Proszę bardzo, panowie – wykrzyknął z teatralnym gestem – oglądajcie piracki statek i jego wesołą bandę rzecznych szczurów. Podziwiajcie go, lecz nie niszczcie tego, co w nim się znajduje. To się warn nie opłaci!
– Szczera prawda – Giordino siedział na schodach maszynowni z ręką na wyrzutni.
Uważnie przyglądał się krążącemu odrzutowcowi. – Jeśli będzie tak nadal machał skrzydłami, rozwalę go na kawałki.
Gunn rozsiadł się leniwie na krześle, które wyciągnął spod pokładu. Zdjął czapkę w ukłonie przed przyglądającymi się z samolotu ludźmi.
– Ponieważ nie możemy stać się niewidzialni, musimy grać z nimi w tę grę. Nie mamy innego wyjścia.
– Zgoda, tę partię wygrali – rzekł Pitt, tym razem już bez śladu znużenia i depresji. – Teraz nie mamy nic do stracenia. Mają taką przewagę, że gdyby chcieli, zamieniliby Calliope w stertę wykałaczek.
– Nie ma sensu zatrzymywać się i uciekać z łodzi – rzekł Gunn, przyglądając się niskim brzegom rzeki i rozciągającej się za nimi pustyni. – Na tym otwartym pustkowiu nie uciekniemy dalej niż pięćdziesiąt metrów.
– Więc co robić dalej? – spytał Giordino.
– Poddać się. To nasza jedyna szansa – podsunął bez przekonania Gunn.
– Nawet schwytane szczury próbują uciekać – rzekł Pitt – Byłbym za tym, żeby jednak się bronić. Będzie to działanie czysto symboliczne, ale nie mamy nic lepszego do roboty. Pogrozimy im pięścią i przyciśniemy gaz do deski. Jeśli otworzą ogień, zrobimy z nich sieczkę.
– Raczej oni z nas – zauważył Giordino.
– Rzeczywiście masz taki zamiar? – spytał Gunn z niedowierzaniem.
– Nie bój się, nie życzę nam śmierci – odparł Pitt. – Założę się, że Kazim ma taką ochotę na tę łódź, że specjalnie opłacił urzędników imigracyjnych Nigru, żeby nas przepuścili na teren Mali. Mam wrażenie, że będzie dbał o to, by Calliope dostała się w jego ręce bez najmniejszego nawet zadrapania na kadłubie.
– Coś z twoją logiką na bakier – rzekł Gunn. – Jeśli zestrzelimy jeden samolot, będziemy mieli na karku wszystkie pozostałe. Kazim zrobi wszystko, żeby nas dopaść.