25
Być może miejsce nie było aż tak eleganckie, jak klub polo w Beverley Hills Hotel. Ale komuś, kto dwukrotnie skąpał się w brudnej rzece, kogo prawie ugotowano w łaźni parowej, i kto przez dwie godziny krążył helikopterem po ciemku nad pustynią, trudno było wyobrazić sobie coś przyjemniejszego. Pittowi nigdy nie zdarzyło się oglądać równie obskurnej knajpy, która wyglądałaby zarazem tak sympatycznie.Mieli wrażenie, że wchodzą do jaskini o glinianych ścianach i brudnym klepisku. Długi pulpit służący za bar wspierał się na cegłach. Uginał się tak bardzo, że wydawało się, iż stojące na nim szklanki same będą zjeżdżać do środka. Za barem na półkach z cegły stało kilka puszek i słoików z różnymi gatunkami kawy i herbaty oraz pięć napoczętych już butelek dość podłego alkoholu. Widocznie czekały na rzadkich w tych stronach turystów, trudno bowiem przypuszczać, by opróżniali je miejscowi muzułmanie.Pod ścianą stał mały piecyk. Promieniowało z niego przyjemne ciepło, wraz z ostrym zapachem czegoś, co jak się potem okazało, było wielbłądzim łajnem. Krzesła przypominały stare graty z magazynów Armii Zbawienia, podobnie jak stoły o poprzypalanych papierosami blatach. Te ostatnie, sądząc po wytartych rzeźbach i inkrustacjach, pamiętały jeszcze czasy kolonialnej świetności. Dwie słabe żarówki, wiszące samotnie na drucie u sufitu, zasilane jedynym w mieście dieslowskim generatorem, stanowiły całe oświetlenie.
Usiedli przy pustym stole przenosząc wzrok z umeblowania baru na jego klientelę.
Na szczęście nie było tu ludzi w mundurach. Na oko publiczność stanowili okoliczni rybacy, trochę ludności z miasta i kilku farmerów. Nie było także kobiet. Niektórzy z zebranych pili piwo, większość jednak sączyła słodką kawę lub herbatę z małych filiżanek. Obrzuciwszy przybyszów obojętnymi spojrzeniami wrócili do swoich rozmów i do gry, przypominającej domino.
Giordino przechylił się przez stół do Pitta.
– Czy to jest twój pomysł na dzisiejszą noc?
– W czasie burzy każdy port jest dobry – odparł Pitt.
Właściciel baru, duży mężczyzna o gęstej, wełnistej czarnej czuprynie i wielkich wąsach zbliżył się do stolika, czekając w milczeniu na zamówienie.
– Piwo – rzekł Pitt, pokazując dwa palce.
Właściciel kiwnął głową. Wrócił za bar i wyjął dwie butelki ze starej lodówki.
Giordino spojrzał na Pitta pytająco.
– Czy mógłbyś mi powiedzieć, czym zapłacisz?
Pitt uśmiechnął się, po czym schylił się pod stół i zdjął lewy but. Jednocześnie wodził wzrokiem po knajpie, obserwując twarze zebranych gości. Na szczęście nikt nie patrzył w ich stronę.
Otworzył zamkniętą dłoń i oczom Giordina ukazał się spory zwitek malijskiej waluty.
– Franki Konfederacji Afryki Francuskiej – wyjaśnił spokojnie. – Admirał pomyślał o wszystkim.
– Rzeczywiście, niczego nie zapomniał – zgodził się Giordino. – Ciekawe jednak, dlaczego zawierzył tobie, a nie mnie.
– Po prostu mam większy numer butów.
Właściciel baru postawił piwo na stole.
– Dix francs – rzekł.
Pitt wręczył mu banknot. Właściciel przez chwilę oglądał go pod światło, jednocześnie sprawdzając nadruk dużym palcem. Wreszcie skinął głową i odszedł.
– Dlaczego dałeś mu dwadzieścia franków? Chciał tylko dziesięć – rzekł Giordino. – Pomyśli, że jesteś taki bogaty i pół miasta będzie nas chciało obrobić po wyjściu z baru.
– Właśnie o to mi chodzi – rzekł Pitt – Przecież oni tu marzą, żeby z kimś pohandlować.
– Będziesz kupował, czy sprzedawał?
– Raczej będę kupował. Potrzebny jest nam jakiś środek transportu.
– Ja muszę przede wszystkim coś zjeść. Jestem głodny jak niedźwiedź po śnie zimowym.
– Jeśli chcesz, spróbuj tutejszej kuchni. Ja wolę się przegłodzić.
Byli właśnie przy trzecim piwie, kiedy do baru wszedł wysoki, lekko przygarbiony młodzieniec. Mógł mieć osiemnaście lat. Miał dość miłą twarz i melancholijne spojrzenie. Jak większość tubylców był prawie czarny, o grubych, wełnistych włosach. Pod białym, luźno narzuconym strojem przypominającym prześcieradło nosił żółty T-shirt i spodnie koloru khaki. Obrzucił szybkim spojrzeniem Pitta i Giordina.
– Cierpliwość jest cnotą żebraków – mruknął Pitt. – Oto nadchodzi nasz ratunek.
Młody człowiek zatrzymał się przy ich stole i skinął głową.
– Bonjour,
– Dobry wieczór – odparł Pitt.
Smutne oczy błysnęły z zadowolemiem.
– Jesteście Anglicy?
– Nowozelandczycy – skłamał Pitt.
– Nazywam się Mohammed Digna. Może chcecie zmienić pieniądze?
– Mamy tutejszą walutę.
– A może potrzebny warn przewodnik, lub ktoś; kto pomoże w sprawach celnych, ułatwi kontakt z policją lub jakimś urzędem?
– Nie, wszystko w porządku. – Pitt wskazał ręką krzesło. – Napije się pan z nami?
– Tak, z przyjemnością. – Digna rzucił barmanowi parę słów po francusku.
– Mówi pan doskonale po angielsku – rzekł Giordino.
– Chodziłem do podstawowej szkoły w Gao, a do college'u w stolicy kraju, Bamako, gdzie byłem najlepszy – odparł dumnie. – Znam cztery języki, licząc razem z moim własnym, językiem bambara. Oprócz tego znam francuski, angielski i niemiecki.
– To jest pan lepszy ode mnie -.rzekł Giordino. – Ja znam tylko angielski.
– Czym się pan zajmuje? – spytał Pitt.
– Mój ojciec jest wodzem sąsiedniej wioski. Zajmuję się jego interesami i handlem z zagranicą.
– I czasem odwiedza pan bary i proponuje swe usługi turystom – dodał Giordino złośliwie.
– Lubię porozmawiać z cudzoziemcami, ćwiczę w ten sposób języki.
– A jak pana ojciec eksportuje te towary? – pytał dalej Pitt.
– Ma kilka ciężarówek.
– Czy można by jedną z nich wynająć?
– Chcecie wziąć jakiś towar?
– Nie, mój przyjaciel i ja chcieliśmy zrobić małą wycieczkę na północ. Chcemy zobaczyć wielką pustynię, zanim wrócimy na Nową Zelandię.
Digna potrząsnął przecząco głową.
– To niemożliwe. Ciężarówki ojca wyjechały dziś po południu do Mopti, z tekstyliami i innymi towarami. Zresztą cudzoziemcy nie mogą podróżować po pustyni bez specjalnego zezwolenia.
Pitt odwrócił się do Giordina z wyrazem rozczarowania na twarzy.
– A to pech. Sądziliśmy, że po przejechaniu pół świata uda nam się zobaczyć przynajmniej karawanę wielbłądów na pustyni.
– Nie będę mógł spojrzeć w oczy mojej siwej matce – żalił się Giordino. – Dała mi wszystkie swoje oszczędności, żebym mógł zobaczyć życie na Saharze.
Pitt poruszył się na krześle.
– No, musimy już wracać do Timbuktu.
– Macie samochód? – pytał Digna.
– Nie.
– To jak dostaliście się tu z Timbuktu?
– Autobusem – odrzekł niepewnie Giordino.
– To znaczy tą ciężarówką, która wozi pasażerów?
– Tak, tą ciężarówką – skwapliwie potwierdził Giordino.
– Nie znajdziecie żadnego środka lokomocji do Timbuktu przed jutrzejszym południem – rzekł Digna.
– Przecież musi być w Bourem jakiś samochód, który można by wynająć.
– Bourem to biedne miasto. Większość ludzi porusza się tu na motorowerach. Tylko nieliczne rodziny mogą sobie pozwolić na samochód, który nie wymagałby ciągłych reperacji. Jedyny naprawdę dobry samochód w Bourem należy do generała Kazima.
Pitt i Giordino pomyśleli to samo. Jakby mózgi ich pracowały na tych samych falach.
Obaj nadstawili uszu i obaj uśmiechnęli się nieznacznie.
– A skąd tu się wziął jego samochód? – spytał Pitt niewinnie. – Widzieliśmy generała wczoraj w Gao.
– Generał podróżuje zwykle helikopterem lub wojskowym odrzutowcem – odpowiedział Digna. – Ale w każdym mieście lubi się poruszać swoim własnym autem z szoferem. Jego szofer właśnie przeprowadzał samochód z Bamako do Gao i miał awarię kilka kilometrów od Bourem. Przyholowali go tu do reperacji.
– I już go naprawili? – spytał Pitt z obojętnym wyrazem twarzy.
– Wczoraj wieczorem. Miał tylko pękniętą chłodnicę.
– A szofer wrócił do Gao? – Giordino udał zdziwienie. Digna pokręcił przecząco głową.
– Droga stąd do Gao nie jest jeszcze gotowa. Jazda nocą byłaby niebezpieczna. Szofer nie chciał ryzykować wypadku. Zamierza ruszyć jutro o świcie.
Pitt przyglądał się rozmówcy.
– Skąd pan to wszystko wie?
– Garaż, w którym reperuje się samochody, należy do mojego ojca i ja sam osobiście dopilnowałem tej naprawy – wyjaśnił z dumą Digna. – Razem z szoferem poszliśmy potem na kolację.
– A gdzie jest teraz szofer?
– Teraz jest gościem mojego ojca.
Pitt zmienił temat rozmowy na kwestie lokalne.
– Jest tu jakiś przemysł?
Digna roześmiał się.
– Te okolice są zbyt biedne, żeby produkować coś więcej niż figurki i makatki dla turystów.
– To ma też dobre strony – nie macie śmietnisk przemysłowych.
– Rzeczywiście. Jest tylko spalarnia odpadów, ale też daleko; w Fort Foureau, kilkaset kilometrów na północ.
Rozmowa urwała się na chwilę. Nagle Digna spytał:
– Dużo macie malijskich pieniędzy?
– Nie mam pojęcia – odparł Pitt. – Nie liczyłem.
Kątem oka dostrzegł, że Giordino wpatruje się w stolik na końcu sali, przy którym siedziało czterech mężczyzn. Kiedy na nich spojrzał, szybko odwrócili głowy. Zrozumiał, że to pułapka. Spojrzał z nadzieją na barmana, który z zainteresowaniem czytał gazetę. Na niego nie można było liczyć. Szybki rzut oka na pozostałych klientów przekonał go jednak, że są całkowicie zajęci rozmową i dominem. Pięciu na dwóch; mogło być gorzej, pomyślał.
Dokończył piwo i wstał.