Zatrzymał się jeszcze na chwilę na szczycie schodków. Widział stąd bez trudu oddaloną zaledwie o półtora kilometra na zachód rzekę Niger i wąskie pasma roślinności wzdłuż brzegów. Ale ku północy i wschodowi, tuż za miastem, rozciągał się bezmiar skalisto-piaszczystej pustyni.
Gdzie są teraz? Czy w ogóle jeszcze żyją?
Oderwał wzrok od posępnego, złowrogiego krajobrazu i wszedł do samolotu. Fala chłodnego, klimatyzowanego powietrza uderzyła go jak wodospad. Po chwili samolot wystartował. Zapylone piaskiem oczy bolały go dokliwie.Siedzący obok pułkownik z zaciekawieniem przyglądał się jego zatroskanej twarzy. W końcu Gunn odwrócił ku niemu oczy.
– Wyrwał się pan z takiego piekła, a nie wygląda pan na specjalnie ucieszonego – zauważył Levant.
– Myślę o ludziach, których tu zostawiłem.
– Pitt i Giordino to pańscy przyjaciele?
– Od wielu lat.
– Dlaczego nie uciekli razem z panem?
– Mają tutaj pewną robotę do skończenia.
Levant pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Muszą być albo bardzo odważni, albo kompletnie zwariowani.
– Zwariowani? Nie, ani trochę.
– Przecież to się nie może dobrze skończyć.
Gunn uśmiechnął się blado.
– Nie zna ich pan – rzekł z nagłym przypływem wiary i ufności. – Jeśli jest na świecie ktoś, kto potrafi wejść do piekła i wrócić stamtąd ze szklanką tequili z lodem w ręku, to tym kimś jest właśnie Dirk Pitt.
27
Sześciu żołnierzy osobistej ochrony generała Kazima czekało, aż łódź Massarde'a dobije do przystani. Gdy Francuz znalazł się na nabrzeżu, dowódca oddziału zastąpił mu drogę i zasalutował.
– Monsieur Massarde?
– O co chodzi?
– Generał Kazim chce się natychmiast z panem widzieć.
– Czy generał nie wie, że muszę jechać do Fort Foureau i bardzo się spieszę?
Major skłonił się uprzejmie.
– Chyba chodzi o coś bardzo ważnego.
– Niech pan prowadzi – rzekł Massarde, westchnąwszy w iście francuski sposób.
Ruszyli brudnym nabrzeżem w stronę dużego budynku. Massarde szedł za majorem otoczony przez straż.
– Proszę tędy – major wskazał boczną alejkę okalającą budynek.
Minęli pilnie strzeżoną przez uzbrojonych żołnierzy ciężarówkę mercedes-benz z przyczepą, osobisty pojazd generała Kazima do nadzwyczajnych celów wojskowych. Massarde wszedł po schodach do budynku. Ciężkie, masywne drzwi zamknęły się za nim.
– Generał Kazim jest w swoim biurze – rzekł major, przepuszczając Massarde'a przez następne drzwi i zostając nieco z boku.
W porównaniu z upałem, panującym na zewnątrz, powietrze w biurze wydawało się arktyczne. Klimatyzacja musiała być włączona na maksimum. Zasłony w kuloodpornych oknach sprawiały, że w pomieszczeniu panował półmrok. Massarde przez chwilę przyzwyczajał wzrok do ciemnego wnętrza.
– Usiądź, Yves – rzekł Kazim zza biurka, odkładając jednocześnie słuchawkę jednego z czterech telefonów.
Massarde uśmiechnął się, wciąż na stojąco.
– Po co tu tyle straży? Boisz się zamachu? Kazim uśmiechnął się również.
– Po tym, co zdarzyło się w ciągu ostatnich paru godzin, żadne środki ostrożności nie są przesadne.
– Odnalazłeś mój helikopter? – spytał Massarde wprost.
– Jeszcze nie.
– Jak może helikopter zginąć na pustyni? Przecież miał paliwo tylko na pół godziny lotu.
– Ci dwaj Amerykanie, którym pozwoliłeś uciec…
– Mój jacht nie jest przeznaczony do tego, żeby trzymać w nim więźniów – przerwał Massarde. – Trzeba ich było od razu zabrać.
– Zgoda, popełniłem błąd. Otóż ci dwaj agenci NUMA dolecieli twoim helikopterem do Bourem. Tam, jak sądzę, utopili go w rzece, doszli pieszo do miasta i ukradli mój samochód!
– Tego starego Voisina?
– Tak – odparł Kazim przez zaciśnięte zęby. – Te amerykańskie skurwiele zabrały mi mój unikalny, bezcenny samochód.
– I nie znalazłeś ich jeszcze?
– Nie.
Dopiero teraz Massarde usiadł. Poczuł coś na kształt zadowolenia. Nie tylko on poniósł straty.
– A co z tym helikopterem ONZ, który miał ich zabrać spod Gao?
– Niestety, daliśmy się nabrać. Moi żołnierze czekali w tym miejscu na próżno. Radary też nic nie zaobserwowały. Zamiast tego na lotnisku w Gao wylądował samolot ONZ, oznaczony jako zwykły samolot pasażerski.
– Bez twojej wiedzy i zgody?
– Nikt nie podejrzewał zagrożenia – odparł Kazim. – Mniej więcej godzinę przed świtem urzędnik Air Afrique w Gao zameldował, że jeden z ich samolotów chce lądować, ponieważ grupa turystów ma ochotę zwiedzić miasto i przejechać się po rzece.
– I ten urzędnik uwierzył w to?
– Dlaczego miał nie uwierzyć? Dosyć często przedstawiciele Air Afrique proszą o taką zgodę w siedzibie ich linii w Algierze, i zawsze ją dostają.
– I co się potem stało?
– Według relacji kontrolerów lotniska i obsługi naziemnej samolot oznaczony jako Air Afrique podał właściwe dane identyfikacyjne. Ale kiedy już wylądował, wyjechał z niego samochód szturmowy. Zastrzelili wartowników, a potem zniszczyli osiem moich najnowocześniejszych myśliwców.
– A więc to właśnie słyszeliśmy z jachtu – rzekł Massarde. – Gdy zobaczyłem dym nad lotniskim, myślałem, że to katastrofa.
– To jeszcze nie wszystko… – westchnął Kazim.
– Czy zidentyfikowano zamachowców?
– Mieli jakieś nietypowe mundury bez żadnych oznaczeń.
– Ilu straciłeś ludzi?
– Tylko dwu strażników. Większość pracowników lotniska i piloci byli na szczęście w tym czasie na uroczystości religijnej.
Massarde spoważniał.
– Tu nie chodzi o żadne badanie skażeń. To mi wygląda na zamach stanu. Opozycja jest silniejsza, niż ci się zdaje.
– Opozycja? To tylko paru dysydentów z plemienia Tuaregów, z szablami i na wielbłądach. A tu był wyćwiczony oddział z nowoczesnym sprzętem bojowym!
– Opozycja mogła wynająć zawodowców.
– Za co? – spytał drwiąco Kazim. – To rzeczywiście byli zawodowcy; działali według planu. Po zabraniu tego amerykańskiego agenta zniszczyli myśliwce, żeby uniemożliwić pościg.
– Nie chcę więcej słyszeć o tych bzdurach – Massarde przybrał nagle ostry ton.
– Ludzie z obsługi lotniska twierdzą, ze szef oddziału wołał człowieka o nazwisku Gunn. Ten Gunn rzeczywiście wylazł nagle z jakiejś dziury na lotnisku. Zabrali go i polecieli prosto w kierunku północno-zachodnim, w stronę Algierii.
– To wszystko brzmi jak historyjka z kiepskiego filmu.
– To nie są żarty, Yves. – Głos Kazima był uprzejmy, lecz zdecydowany – Wygląda na to, że chodzi o coś znacznie poważniejszego, niż szukanie nafty. Mam wrażenie, że nasze wspólne interesy są zagrożone przez jakieś zewnętrzne siły.
Massarde zamyślił się nad hipotezą Kazima. Ich minimalne wzajemne zaufanie opierało się na szacunku dla sprytu i siły partnera. Massarde znał dobrze Kazima. Wiedział, że w razie konfliktu będzie to walka na śmierć i życie. Przez chwilę przyglądali się sobie. Massarde patrzył w oczy szakala, Kazim – w oczy lisa.
– Jakie masz powody, by tak sądzić?
– Wiemy już, że w łodzi, która wyleciała w powietrze, było trzech ludzi. Podejrzewam, że eksplozja miała zmylić nasz trop. Dwóch z nich dostało się na twój jacht, a trzeci, facet o nazwisku Gunn, dopłynął do brzegu i dostał się na lotnisko.
– Czy możliwe, żeby udało im się wszystko tak dobrze zgrać w czasie?
– Oczywiście, bo to są zawodowcy – powtórzył Kazim. – Zawiadomili komandosów o czasie i miejscu, z którego można zabrać Gunna. Zrobił to ten szpicel, który przedstawiał się jako Dirk Pitt.
– Skąd wiesz?
Kazim wzruszył ramionami.
– Łatwo się domyślić – spojrzał na Massarde'a. – Zapomniałeś już, że skorzystał z twojej radiostacji? Mógł się wtedy porozumieć ze swoim szefem, Sandeckerem. Właśnie po to on i Giordino weszli na twój jacht.
– Nie rozumiem jednak, dlaczego nie próbowali uciec z Gunnem.
– Po prostu dlatego, że ich złapałeś, zanim zdążyli z powrotem wskoczyć do rzeki i uciec na lotnisko.
– Po prostu? To dlaczego nie uciekli z kraju potem, jak już mieli helikopter? Do granicy Nigru jest stąd tylko sto pięćdziesiąt kilometrów. Mogli tam dotrzeć z tym paliwem, które mieli. Ucieczka w głąb kontynentu nie miała żadnego sensu, kradzież starego auta również. W tamtych okolicach nie ma mostów na rzece, nie mogą więc uciec przez południową granicę. Dokąd, u licha, oni jadą?
Stalowe oczy Kazima utkwione były w twarzy Massarde'a.
– Może tam, gdzie nikt się ich nie spodziewa.
– Na północ, na pustynię? – Massarde uniósł brwi.
– A gdzie by indziej?
– Bzdura.
– Jeśli masz lepszą teorię, chętnie posłucham.
Massarde potrząsnął sceptycznie głową.
– Po co mieliby kraść sześćdziesięcioletni samochód i jechać nim przez najbardziej bezludne miejsca na świecie? To czyste samobójstwo.
– Dotychczas wszystkie ich działania jakoś dawały się wytłumaczyć – zauważył Kazim. – To jakaś dziwna misja. Właściwie nie wiadomo, co się za tym kryje.
– Tajemnice wojskowe? Kazim zaprzeczył ruchem głowy.
– Wszystkie informacje o moich sprawach wojskowych są z pewnością w kartotekach CIA, KGB i MI6. Mali nie ma żadnych sekretnych planów wojskowych, które interesowałyby obce państwa; nawet naszych sąsiadów.
– Zapomniałeś o dwóch sprawach.
Kazim spojrzał zdziwiony.
– O czym?
– Fort Foureau i Tebezza.
Tak, pomyślał Kazim, to możliwe. Dla tych międzynarodowych rabusiów kopalnia złota i dochodowy zakład utylizacyjny to rzeczywiście łakome kąski.