Выбрать главу

Po odpiaszczeniu pozostają dziury. Dochodzę do miejsca i kieruję dalszym przebiegiem operacji. Każda następna ciężarówka musi teraz objechać koleiny pozostawione przez Capone'a. Pomału wszyscy przejeżdżają, jeden po drugim. Ciężarówki kołyszą się na tym pofałdowanym terenie.

Chłopaki są spięci za kierownicą. Powietrze przesycane jest spalinami i pyłem. Wycie silników jest ogłuszające.

Następny utyka Albana. Pomocnicy natychmiast przystępują do roboty. Łopatami wykopują rowy, w które wsuwają podkłady. Przegrzane opony ślizgają się na blachach, wydzielając gęsty niebieski dym. Ciężarówka ślizga się w bok i pada. Wszystko trzeba zaczynać od nowa. Daję znak dwóm pozostałym, żeby przejechali z drugiej strony. Kiedy wreszcie wszyscy przejechali, szlak rozorany jest na całej szerokości.

Pięć kilometrów dalej wszystko zaczyna się od początku. Każę spuścić powietrze z opon, bo ciężarówka dużo lepiej przejeżdża, kiedy ciśnienie w ogumieniu jest niskie, dzięki czemu opony szerzej przylegają do podłoża zwiększając powierzchnię nacisku. W ten sposób wóz mniej się pogrąża. Szkopuł w tym, że takie flaki niszczą się na twardym gruncie i po trzydziestu kilometrach trzeba będzie poświęcić trochę czasu na ponowne napompowanie. Pomocnicy kucają przy kołach, każdy ma w ręku gwóźdź, którym naciska na zawór. Od czasu do czasu ci, którzy są przy podwójnych kołach, przerywają wypuszczanie powietrza i porównują oba koła. Ci ludzie nie potrafią odczytać ciśnienia z manometru. Dla nich wskaźnikiem jest to, że obie opony nie mogą się dotykać, bo grozi to wybuchem.

Mimo wszystko zyskujemy niewiele. Na odcinku pięćdziesięciu kilometrów każdy kierowca grzęźnie raz albo dwa. Tylko Wallid, który ma duże doświadczenie w tego typu przykrych sytuacjach, wychodzi bez szwanku. Inni stopniowo poznają nowe techniki.

Wszystko zasadza się na koordynacji wysiłków. Kierowcy i pomocnicy szybko łapią rytm pracy. Łopaty, podkłady, gaz, ciężarówka jedzie i nieco dalej grzęźnie ponownie, i wszystko trzeba zaczynać od początku. Noc jest już blisko, kiedy dojeżdżamy do słupków, oznaczających koniec miałkiego piachu.

Teraz zaczyna się twarde podłoże. Setki śladów opon, przemierzających piasek na szerokości przynajmniej kilometra, są prawie niewidoczne. Udaje mi się mimo wszystko odnaleźć trzy czy cztery najbardziej wyjeżdżone. Są to rodzaje korytarzy, o szerokości ciężarówki, nieco jaśniejsze i twarde jak kamień, miejscami pokryte blachą falistą.

Pompujemy opony za pomocą butli ze sprężonym powietrzem do hamulców. Kara sprawdza ciśnienie, przechodząc od wozu do wozu.

Jadę jeszcze jakąś godzinkę, po czym naciskam klakson i skręcam, zataczając koło, w którym wszyscy ustawiają się na noc. Zatrzymują się jeden po drugim, wykonując manewr w sposób doskonały.

***

Przed zapadnięciem zmroku pomocnicy oddalają się na modły. Zabierają ze sobą swoje małe dywaniki, niekiedy są to owcze skóry, oraz wielkie czajniki lub pordzewiałe puszki po konserwach, które służą im do mycia się. Zatrzymują się o jakieś sto metrów dalej, obmywają się i zaczynają swoje pokłony. Barwy nieba o tej porze, pomarańczowe i granatowe, nagła cisza i widok tej grupy ludzi pogrążonych w modlitwie, wszystko to tworzy całość, z której emanuje doskonały spokój.

Dookoła naszego kręgu, utworzonego na wzór pionierów Dzikiego Zachodu, nie ma nic. Piaszczysta równina ciągnie się aż po horyzont. Szybko załatwiamy sprawy organizacyjne i kolacja przebiega w rozluźnionej atmosferze.

Moi ludzie są pod wrażeniem tej ogromnej otaczającej nas przestrzeni, a trudne chwile dziesieJszego ranka spodobały im się. Przejechaliśmy względnie szybko i to napawa ich otuchą. Pustynia już nie wydaje im się trudna. Nie wiedzą jeszcze, co ich czeka.

Na zewnątrz kręgu palą się jeszcze ogniska pomocników, a jeszcze dalej biwakują pasażerowie. Mój klient z Reggane, hadżi, który chce zarejestrować swoją ciężarówkę w Mali, dołączył do nas peugeotem 403. Jeden za drugim ludzie idą spać. Ja idę odwiedzić pomocników.

W nocy prawie nie śpią. Drzemią w ciągu dnia, czekając, aż będzie dla nich jakaś robota. Wystarcza im parę godzin nocnego snu. Korzystają z chłodu i spokoju, prowadzą długie rozmowy.

Siadam z Karą i paroma innymi. Te chwile spędzane w towarzystwie tych spokojnych facetów to jedna z moich przyjemności. Palę i puszczam w obieg parę skrętów, słuchając ich opowieści i odpowiadając na ich pytania. Dziś wieczór Kara mówi o jednej ze swoich podróży. Zna pustynię na pamięć i któregoś dnia zapuścił się aż do Oranu. Widział tam morze i tłumaczy pozostałym, co to jest. Najwyraźniej mają kłopoty ze zrozumieniem. Nie potrafią wyobrazić sobie dużej powierzchni wody. Kara wymachuje swoimi długimi rękami, poziomo, starając się przedstawić nieskończoność. Mówię im, że jest to jak Tanezruft, ale bez piasku, tylko niebieska woda. Powoli do naszej grupki dołączają inni pomocnicy i słuchają, jak wielki Kara opowiada o morzu.

***

Budzimy się ze świtem. Wcześnie rano jest prawie chłodno. Pomocnicy odmawiają pierwszą modlitwę dnia. Moi ludzie jedzą śniadanie. W szlafroku i wysokich butach siedzę czekając, aż Capone skończy mnie golić. Nie spieszę się. Pierwsze godziny afrykańskiego dnia to rozkosz. Jest akurat wystarczająco ciepło, by zapomnieć o chłodzie nocy i przygotować się do późniejszego upału.

Dla zabawy pytam chłopaków, w którym kierunku trzeba teraz jechać. Ustawiając się na noc zatoczyliśmy koło. Nie ma żadnych punktów odniesienia, poza śladami na szlaku. Ale w którym kierunku za nimi podążać? Capone rozgląda się na wszystkie strony mrucząc: "Coś takiego!", tak samo zagubiony jak pozostali. W rzeczywistości wystarczy spojrzeć na słońce, ale żaden Europejczyk nigdy o tym nie pomyśli. Na szlaku częste są anegdoty o facetach, którzy po przebudzeniu ruszyli w drogę z powrotem. Mój mały kawał dał im odczuć, do jakiego stopnia są zdezorientowani.

***

W momencie kiedy dochodzę do mojej ciężarówki, wydawszy polecenie odjazdu, natykam się na zrozpaczonego Karę. Z szacunkiem odpowiada jednemu z pasażerów mojego wozu, staremu, ubranemu na biało facetowi, bardzo czystemu, z ogoloną głową. Ten zwyczajnie go opieprza.

– Czego od ciebie chce ten stary?

– On marabut, szefie. On bardzo się gniewa, wszystkie jego naczynia potłuczone.

– I co z tego?

– On mówi, to twoja wina. Niedobrze załadowane.

Ten będzie mi tu zawracał głowę jakimiś potłuczonymi naczyniami! Mówię do marabuta, żeby zabierał swoje rzeczy i złaził z wozu. Kara wybałusza szeroko oczy, ale tłumaczy. Stary nie wierzy własnym uszom.

Marabut to czarownik, osoba, która wzbudza lęk i szacunek. Mruczy coś, nie rozumiejąc. Nie zostawia się kogoś pośrodku Tanezruftu! Mam to gdzieś. Niech mu Allach pomoże.

Wśród ogólnej ciszy każę znieść jego rzeczy i daję rozkaz odjazdu. Stary stoi nieruchomo i wygląda, jakby nie wierzył.

W moim lusterku wstecznym biała nieruchoma sylwetka szybko znika w tumanie pyłu, jaki podnosi nasza kolumna. Czuję wśród pomocników zaskoczenie, niedowierzanie i lęk. Nigdy nie rozumieją, jak daleko może posunąć się moje szaleństwo. Jadę piętnaście kilometrów, zatrzymuję wozy i czekam pół godziny, zanim wreszcie zawracam. Ta lekcja powinna wystarczyć.

Stary nadal tkwi w miejscu, gdzie go zostawiłem, stoi nieruchomo. Zataczam szerokie koło wokół niego. Kara wysiada.

– Przetłumacz mu: tutaj jedynym, któremu wolno wrzeszczeć, jestem ja.

Kara tłumaczy.

– Chcesz wsiąść z powrotem, stary?

Uśmiech starego rozciąga się od ucha do ucha. Widać ulgę, radość prostego człowieka: zostawiam go pośrodku pustyni, a on uśmiecha się do mnie, kiedy po niego zawracam.

– Ty rozumieć? Ty już nie krzyczeć?

Szeroki uśmiech. Twarz przepoławia mu się od prawej do lewej.

– Nie, proszę pana, już nie krzyczę, jestem grzeczny, zesrałem się ze strachu.

– Kara, ładuj jego rzeczy.

***

Ciężarówki jadą tyralierą. Pracujące na pełnych obrotach silniki słyszalne są zapewne o kilometry stąd, o ile jest tam ktoś, żeby słuchać. Za konwojem wzbija się w górę ogromny tuman białego pyłu. Tworzymy nieregularną linię na całej szerokości szlaku. Karoserie lśnią w słońcu.

Na naczepach stosy towarów i tabuny ludzi, pasażerów i pomocników, wzmagają jeszcze wrażenie nadmiaru. Dwanaście potworów rozpędzonych na szlaku pożera piasek. Upajam się potęgą, jaka emanuje z tej małej armii prącej do przodu. Wszyscy odpowiadają na moje długie, wesołe trąbienie klaksonami. Nic nas nie powstrzyma, Doprowadzę wszystkich na drugi brzeg. Jacky i ja zgarniemy fortunę, która się nam należy.

***

W swojej norze celnik Rabah krztusi się pewnie z wściekłości. Myślał, że potrafi mnie powstrzymać. U pompiarza w Adrarze zostawiłem dla niego małą karteczkę. Ehszisz Fizokak, "mam cię w dupie", celniku. I podpisałem. Celniku, celniku, wściekły jesteś, co? Charlie jeszcze raz cię wykołowal.

Lubię tego Rabaha. On też jest częścią tej przygody.

Chłopaki trzymają się dobrze. Są zadowoleni, że są tutaj. Od czasu do czasu Capone podjeżdża do mojej ciężarówki i głośno trąbi albo posyła mi wielkie znaki ręką. Z naczepy na naczepę pokrzykują do siebie pomocnicy. Lubię ich. Dobrze zrobiłem, że zabrałem aż tylu.

Obok mnie Kara zasnął. To prawdziwy kumpel, prosty i inteligentny. Dobrze się o mnie troszczy. Co wieczór przygotowuje mi łóżko. Pomaga mi zdjąć buty i założyć szlafrok. Lubię go.