Выбрать главу

– Dwójeczka to liczba boża. Tak u nas pod Gnieznem uważają. Jak jest dwójka, to może być zaraz więcej, a naród nasz przez wojnę wykrwawiony, trzeba być patriotą…

– Oj, coś mi się widzi, że pan Kokeszko to chciałby być w dzień młynarzem, a w nocy patriotą – chichotała Jadźka.

– Zgadła panna Jadzia… Witia to i owo z tych przekomarzanek przez płot uchem złowił i aż się zatrząsł w środku z tłumionej wściekłości: ten „patriota” jak nic omota dziewczynę pięknymi słówkami. I tak u Pawlaków stanie pierwszy w Rudnikach piec, na którym będzie można spać – a u Karguli odbędzie się pierwsze w Rudnikach wesele! Gnębiła go ta obawa do tego stopnia, że przeklinał w duchu sukces swego ojca, któremu za flaszkę spirytusu udało się zdobyć rzekomego weterynarza. Emaliowany piec mókł na deszczu pod płotem, a tymczasem w kuchni Pawlaków wznosiła się potężna bryła, przypominająca przewróconą na bok ogromną szafę. Na wierzchu pieca było miejsce do leżenia, w sam raz na miarę babci Leonii obliczone. Kiedy glina, spajająca cegły i szamot wyschła, w piecu przepalili, rozesłali na wierzchu kożuch po Kacprze i Kaźmierz podsadził matkę.

– No i jak tam, mamo? Zadowolona?

– Ot, widzisz synu, teraz to i uwierzyć łatwiej, że my w domu – pogładziła stary kożuch jak coś żywego.

– Przyjdzie spokojniej czekać na dożywocie. Żeb' jeszcze tej elekstryki nie było, to by ja była do cała spokojna. Patrzyła nieufnie na wiszącą lampę, która do tej pory nigdy nie zabłysła, bo elektrownia w miasteczku jeszcze była nieczynna. Wolałaby nie doczekać się jej uruchomienia, pamiętała bowiem opowieści o tragedii w Trembowli, gdzie trzech ludzi prąd poraził i zeszli z tego świata, nawet odpuszczenia grzechów nie uzyskując.

– Aj, mamo, należy sia przyszłościowo myśleć – Kaźmierz odruchowo przekręcił kontakt przy drzwiach.

– Taż Niemce, choć za Hitlerem poszły, to nie do cała takie głupie były. Tę dyskusję przerwał Witia. Wpadł z impetem wskazując przez okno Kokeszkę, który podsadzał Jadźkę na drabinę.

– A to chwost złodziejski! Tato młynarza za swój spirytus dla społeczeństwa kupił, a ten Kargul go sobie na prywatnego zięcia zacharapczył. Marynia, huśtając na ręku Pawełka, podeszła do okna.

– Iiii, choć z Kargula kałakunio, taż chyba nie pierekiniec jakiś. Za obcego córki by nie wydał.

– Choć on z Gniezna, ale w portkach – rzeczowo ocenił sytuację Kaźmierz, zerkając przez okno.

– A ten murmyło Kargul chce mieć choć o jedne portki w rodzinie więcej.

– A to drań sobaczy! – wykrzyknął nagle Witia, zobaczywszy przez okno, jak Kokeszko stara się dźwignąć ponad płotem „angielski” piec Pawlaków. W chwili, gdy czerwony z wysiłku Kokeszko oparł piec o sztachety, Witia dopadł do płotu i w ostatniej chwili zdołał chwycić za nóżki pieca.

– Wasze?

– Przecieście wyrzucili. A nam się przyda.

– Wam? Komu „wam”?

– Przecie wiadomo, że na dwie rodziny jeden piec za mało – wyjaśnił Kokeszko, nie puszczając zdobyczy.

– Każda rodzina musi mieć swój piec i na nim swoje garnki.

– Od szabru nowe życie pan zaczyna?!

– Jaki szaber? – obruszył się Kokeszko, ciągnąc piec ku sobie.

– Jako osadnik mogę brać wszystko, co wolne stoi. Jego pewność siebie stopniała szybko, gdy ujrzał zbliżającego się drobnym kroczkiem Pawlaka. Kaźmierz stanął przy płocie i przeszył Kokeszkę takim wzrokiem, że ten natychmiast puścił swoją zdobycz. Kargul, podejrzewając Pawlaka o próbę przekroczenia płotu, wyszedł przed ganek i demonstracyjnie zawijał rękawy koszuli. Ten płot, na którym teraz z jednej strony suszyły się uprane przez Marynię koszule, a z drugiej widniały nadziane dnem do góry gliniane garnki Kargulowej, był linią demarkacyjną. Kargul czekał na jakiś gest Pawlaka, ten zaś, wsparłszy się pod boki, patrzył wyzywająco. W tej sytuacji wystarczył byle pretekst, by doszło do kolejnej potyczki tej wiecznej wojny. I wtedy właśnie zjawił się na podwórzu Kargula Wieczorek. Podsunął mu na otwartej dłoni jajko.

– Poznaje pan? – spytał Wieczorek i swoim zwyczajem potarł wierzchem dłoni ogromny nochal.

– Jajko-stwierdził Kargul, wyraźnie zaskoczony tym pytaniem. Wieczorek przyczłapał bliżej płotu i podsunął otwartą dłoń z jajkiem przed oczy Pawlaka.

– Jajko – Kaźmierz przyjrzał mu się z bliska i dorzucił: – Kurzęce.

– Znalazłem na drodze – Wieczorek trzyma wciąż jajko na dłoni jak na tacy, przenosząc wzrok z Pawlaka na Kargula, jakby oczekiwał jakiegoś wyroku.

– Człowiecze, a cóż ty taki zdziwiony, jakby ty jajka nie widział?

– Kaźmierz był wyraźnie rozbawiony zachowaniem Wieczorka.

– Ja już dawno nie widział, bo ja swoje kury już latem zjadł. Podszedł Kargul bliżej, wziął ostrożnie jajko w swoje ogromne łapsko, obejrzał je uważnie,jakby było ze złota, i z powrotem położył na dłoni znalazcy.

– Weźcie sobie, Wieczorek.

– Tak, tak, weź je, chłopie – łaskawym gestem Kaźmierz potwierdził akt darowizny. Zdezorientowany Wieczorek patrzył to na zwalistego Kargula, to na przysadzistego Pawlaka, nie wiedząc, którego z nich właściwie ma uważać za swego dobroczyńcę.

– To znaczy… komu mam dziękować?

– Mnie – Kaźmierz nie miał najmniejszych wątpliwości, że jajko pochodzi od jego kury i on ma prawo nim dysponować. Chciał już odwrócić się na pięcie i zająć pojeniem kobyły, kiedy nagle smagnęły go niczym bat słowa Kargula.

– A czego ty, Pawlak, moim jajkiem rozporządzasz sia?

– Ot tobie na! A ty skąd wiesz, że to nie moja kura je zniosła? Pawlak wziął się pod boki, niczym tancerz szykujący się do figury w krakowiaku. Kargul znów zaczął podwijać rękawy koszuli.

– Skąd? Bo ja by twojego zbuka do ręki nie wziął!

– Zbuka? Jak powiedział?!

– Jak słyszał.

– Zbuk to ty jesteś! – wrzasnął Pawlak.

– Niezdały chachoł! – To ty do cała niezdały jesteś – zahuczał Kargul.

– Twoje nogi nawet do pedałów rowera nie sięgają! Słysząc to Kaźmierz grzebnął obcasami, jakby szykował się do szarży na wroga. Łyknął haust powietrza, niczym bokser trafiony celnym ciosem. Wydawało się, że za chwilę wyda z siebie jakiś przeraźliwy, wojenny okrzyk. Wieczorek stał między nimi, wciąż trzymając przedmiot sporu na wyciągniętej dłoni. Pawlak postanowił załatwić sprawę jednym ruchem: porwał z ręki Wieczorka jajko. Zamach, rzut – jajko rozplaskało się na ścianie domu Karguli. Widząc rozczarowanie na twarzy Wieczorka, poklepał go uspokajająco po ramieniu.

– A cóż tak jemu oczy dęba stanęli jak u czerepachy? Za to jedno dostanie on u mnie trzy!

– Ale przedtem sam to ze ściany zliżesz! – zagrzmiał basem Kargul. Sposobiąc się do walki, zawijał rękawy powyżej łokcia. Kaźmierz wyciągnął z kieszonki kamizelki swój cebulasty zegarek, żeby uchronić go od skutków nieuniknionego starcia.

– Widzisz go, gadzinę – syknął przez zęby.

– Już raz brat mój, Jaśko, wziął na ciebie bicz boży w swoje ręce.

– Ty mi tu kosy nie przypominaj, bo ja mam teraz karabin.

– I ja mam – obejrzał się przez ramię i z satysfakcją stwierdził, że Witia jest na posterunku. Stał na ganku z karabinem, czekając na znak ojca.

– Ano patrony dawaj! – rozkazał synowi Kaźmierz i szyderczo wykrzywiając się do Kargula dorzucił: – Wystarczy w powietrze strzelić, a taki tchórz jak Kargul pod spódnicę żoniną schowa sia! Kargul szukał przez chwilę jakiegoś słowa, które by najboleśniej ugodziło Pawlaka.

– Ty wyplutku! – ryknął wreszcie na całe gardło.

– Co taki mikrus jak ty może mnie zrobić, jak ty możesz przejść pod brzuchem swojej kobyły, kapelusza nie zdejmując. Konus jeden!