– W porządku – dobiegła odpowiedź Kokeszki.
– Leży? – upewniał się zadowolony Pawlak, zsuwając baranią czapkę na tył głowy.
– Uciekł – poinformował z ulgą Kokeszko, rad z chybionego strzału.
– No i takeśmy się obronili…
Rozdział 22
Kruk, co kracze nad domem twego wroga, niekoniecznie tylko jemu przepowiada zły los. To nieszczęście równocześnie spadło i na Pawlaka, i na Kargula. Ledwie Kargul popieścił wzrokiem marcowe oziminy, które pokryły zieloną runią położone za stodołą pola, a już w kwietniu patrzył na to samo pole z bezmierną rozpaczą. Wśród zielonej runi biegły kręte labirynty spulchnionej ziemi, zewsząd ziały dziury, którymi myszy przenikały do swych korytarzy, biegnących pod korzeniami wyrastającego zboża. Wydawało się, że ziemia puchnie w oczach, rusza się, jakby pod cienką warstwą gruntu płynęły wartkie potoki, bił jakiś puls. Że Kargula pole plaga myszy obsiadła – to Pawlaka tylko mogło cieszyć. Gorzej, że i jego pole tak wyglądało, że tylko siąść i zapłakać.
– Kaźmierz – usłyszał dobiegające ze stodoły wołanie babci Leonii – Taż to koniec świata. Na klepisku stały wypełnione zbożem worki, przygotowane do młyna. Sypało się z nich ziarno, wyciekało srumyczkiem z wyciętych przez myszy dziur. Gryzonie bezczelnie tańczyły między workami, potrącając się w tłoku jak tłum na deptaku. Nic sobie nie robiły z tego, że babcia Leonia rzuciła w nie chodakiem.
– Ty widział, jak nas niebo bezlitośnie doświadczyło? U Karguli nie lepiej – pocieszał matkę Kaźmierz.
– Znaczy, że Pan Bóg nas wysłuchał i zesłał wreszcie te straszliwe plagi na Kargulowy ród.
– Tylko, że się czut-czut za bardzo rozpędził i na naszą miedzę nie zważał – Kaźmierz podstawił dłoń pod wyciętą przez myszy dziurę w worku i patrzył, jak jego trud i znój wycieka z worka niczym krew z rannego.
– Że Kargulowy siew ta zaraza wyżarła, to sprawiedliwie, ale że nasz? Ot i nastał koniec na samym początku. Babcia utknęła między workami, a myszy bezczelnie deptały jej po nogach. Westchnęła, wznosząc oczy do góry.
– Jakże ty mógł, dobry Panie Boże, tak pomylić sia? Mały Pawełek, trzymany za ręce przez Marynię, próbował stawiać pierwsze kroki na klepisku stodoły. Jego uwagę zwróciły żywe jak rtęć gryzonie: śmieje się do nich bezzębnymi ustami.
– Ot, człowiecze – westchnął szczerze Pawlak.
– Jednemu do śmiechu, drugiemu do zdechu. I cóż tu na te plage poradzić? – Bez kota nie ma dla nas życia – zdecydowała Marynia – Nawet w sadzie myszy po drzewach spacerują. Bez kota ani owocu, ani chleba nie będzie. Popatrzył Kaźmierz na klepisko, na sypiące się z dziurawych worków ziarno, popatrzył na podminowane mysimi korytarzami pole i na sad opanowany przez stada gryzoni.
– Witia – zdecydował.
– Jutro w mieście targ. Bierz rowera i bez kota nie wracaj.
– A bez bumagi dadzą?
– A tobie na co bumaga? Weźmierz na ramę dwa kwintale pszenicy i kota kupisz…
– A ja myślał, że jego z UNRRY dostaniemy, jak Kargul.
– Co Kargul? – Pawlak postawił czujnie uszy.
– Co on znów knuje, łapciuch jeden?
– Podanie złożył i konia od UNRRY dostał. Jutro się wybiera odebrać. Kaźmierz podszedł bliżej do syna i zajrzał mu prosto w oczy.
– Ty może od Jadźki to wiesz, a?
– Od wójta. Przez niego to Kargul załatwił, że za szesnaście tysięcy na raty konia dostanie.
– Ot, namolny – nastroszył się Kaźmierz i spojrzał z nienawiścią na sąsiada, który właśnie wyszedł na ganek i oporządzał końską uprząż.
– To on brata mego do Ameryki przegnał, a teraz wstydu nie ma od Amerykańców konia brać? Takiemu nic, tylko muchomora zadać! Kargul, chcąc rozdrażnić Pawlaka, demonstracyjnie smarował lejce sadłem. Jutro miał nastąpić dla niego wielki dzień: posiądzie wymarzonego konia, bo cóż to za gospodarz, co nie ma czego do pługa zaprząc?
– Nu, ciekawość, czy jemu ten koń myszy wyłapie – rzucił Pawlak, z niechęcią przyglądając się przygotowaniom sąsiada.
– Tylko ty, Witia, żartego kota wybierz, co by był kat na myszy!!!
Rozdział 23
Każda podróż jest jak wojna: nieważne, ile trwa, ważne, byś z niej wrócił. A w tamtych czasach rzadko wracało się z drogi bogatszym, niż się wyruszało. Marynia bardzo się bała, że Witia, wybierając się na rowerze po kota, może wrócić i bez roweru, i bez kota. Pomagając synowi przywiązać sznurkami na ramie roweru pękate worki z pszenicą, ostrzegała go przed złodziejami i szabrownikami, którzy kłębili się na targu. W rok po wojnie targ w Lutomyślu był miejscem, gdzie wszystko chciano sprzedać, wszystko chciano kupić, ale najchętniej zamienić. Ten system wymiennego handlu rozpowszechniali żołnierze radzieccy i polscy szabrownicy: wyładowany poniemieckim dobrem wór lub waliza wymieniany był na inny wór bez sprawdzania zawartości. „Machniom?” – padało pytanie i obaj uczestnicy transakcji wymieniali worki, by po chwili, zajrzawszy do nich, przekonać się, czy wygrali na tym hazardzie, czy też stracili. „Machniom?” – Witia słyszał bez przerwy wokół siebie, gdy pchał przez targowisko obciążony pszenicą rower. „Machniom?” – zaproponował mu Kałmuk w furażerce, wskazując stojącą na ciężarówce trzydrzwiową szafę, wyładowaną poniemieckimi rzeczami i zamkniętą na klucz. Żołnierz liczył, że worki, przewieszone przez ramę roweru, zawierają nie byle jakie skarby. Głównie w cenie były suknie ślubne, które z ziem zachodnich wieziono do centralnej Polski. W tym czasie zawierano wiele ślubów i łatwiej było o narzeczoną niż o suknię ślubną. Kałmuk szarpał kierownicę roweru, oferując w zamian całą szafę wraz z zawartością. Kto wie, co mogła zawierać? „Warszawiak” opowiadał Wieczorkowej, że w jesieni w takiej zamkniętej na klucz szafie, którą ktoś wziął za walizkę pełną budzików, odkrył potem wśród futer i garniturów wiszącego trupa SS-mana w galowym mundurze.
– Machniom? – zatrzymał Witię na skraju targowiska brodaty szabrownik, wskazując owiązaną sznurkiem walizę u swoich stóp. Witia pokręcił przecząco głową:
– Kota szukam.
– Kota? – zaśmiał się rozbawiony handlarz, ubrany mimo majowego słońca w damskie futro z norek.
– A może tygrysa? Witia powoli pchał swój obciążony workami pszenicy rower przez kłębiący się tłum. Osadnicy w wypłowiałych mundurach mieszali się z Niemkami, które trzymając na ręku sukienki lub koce, zerkały łakomym wzrokiem na sprzedawców żywności. Na rozłożonych pałatkach namiotowych handlarze z Łodzi, Poznania czy Łomży oferowali słoiki z topionym masłem albo pokrojone na ćwierćkilowe kawałki połcie słoniny: leżały na ziemi, pokrojone na dziesięciodekowe kawałki, kaszanka i kiełbasa; poniemiecki dywan można było uzyskać za ćwierć kilo spyrki, stojący zegar szafkowy z mosiężnymi ciężarkami za torebkę cukru. Witia zagapił się na moment na plakat: – „Ziemie Odzyskane -twoja macierz i przyszłość”. Poczuł, że ktoś kładzie rękę na siodełku jego roweru. Obok niego stał ślepy na jedno oko mężczyzna, który miał na sobie trzy marynarki, a w ręku dzierżył brezentowy wór.
– Machniom? – zaproponował, potrząsając ciężkim worem.
– A co pan ma?
– Dziesięć damskich sukien, a do tego lakierki. Machniom? I wtedy właśnie Witia usłyszał dźwięk, który poderwał go jak trąbka kawaleryjskiego ogiera. Jastrzębim wzrokiem wypatrywał wśród kłębiącego się tłumu źródła tego dźwięku: tak, nie mylił się, to było miauknięcie prawdziwego kota! Tkwił w złotej klatce po jakiejś papudze i mrużył oczy, miaucząc z wściekłości, bo jakiś chłopak drażnił go wetkniętą między pręty króliczą łapą do ścierania kurzów. Barokowa klatka wisiała na końcu kija, który trzymał na ramieniu handlarz w kraciastej cyklistówce.