Выбрать главу

– Ooo, bracie! – zaśmiał się Błazen. – Umiem obchodzić się z ludźmi w długich sukniach, wiem, z kim spośród nich mogę żartować, a z kim nie wolno. Nie lubię być pławiony w rzece, nie zamierzam też spłonąć na stosie! Twój Ezra mnie polubi!

Twarz Jona na moment spochmurniała, gdy słuchał Błazna, ale przy ostatnich słowach odprężyła się:

– No i o to chodzi, rozumiesz? O to chodzi. Dobrze, że to pojmujesz, gdyż wiele z naszych plemiennych spraw chyba cię jednak zadziwi.

Choć Jon proponował Błaznowi jednego z koni, twierdząc, że drugi uniesie ciężar dwojga osób, Błazen kupił sobie konia w Mieście.

Jechali teraz przez Puszczę, szybko pokonując bity, wygodny trakt, a Jon z Gają opowiadali o Wiosce. Jon zdziwił się, że aż tak wiele można o niej mówić: o mieszkańcach i domach; o brzegu Rzeki (tym właściwym, gdyż o drugim Jon nawet nie wspomniał); o łowieniu ryb; o polowaniach w Puszczy; o wioskowej świątyni i tak różnych dwóch kapłanach; o obyczajach Plemienia, częściowo zakorzenionych w minionym czasie, a po części zmieniających się za sprawą Cywilizacji. A na postojach, gdy rozpalali ognisko i posilali się tym, co mieli w sakwie lub co ich nowy towarzysz dokupił na straganach, Jon snuł nieskładną i niepełną opowieść o szamanie i Isaku.

Wieść o obecności szamana w Wiosce zadziwiła Błazna. Wyznał, że dużo podróżował po Miastach, Miasteczkach i Wsiach, a także po innych krajach, lecz nigdy jeszcze nie spotkał szamana.

– Cywilizacja – stwierdził Jon krótko – do nas dociera wolniej, gdyż żyjemy w głębi Puszczy. Ale to już ostatni szaman naszego Plemienia.

Błazen chciał wiedzieć, czy stary szaman umie czarować, lecz Jon stwierdził, że tego nie wie. W każdym razie nikt już nie czci bożąt, bóstw ani starych Bogów, zapewnił nowego przyjaciela.

– …a Oni milczą, choć nie ze szczętem pomarli – dokończył śpiewnie Błazen i Jon spojrzał na niego z ukosa.

– Czyje to słowa? – spytał.

– Moje – odparł Błazen. – Nigdy nie mówię cudzymi słowami.

– Skąd je bierzesz?

– Nie wiem, może z szumu drzew? Z trzaskania polan w ogniu? Z iskier w jej włosach? – dorzucił, patrząc na mieniące się od blasku ogniska kasztanowe pasma, okalające zamyśloną twarz Gai.

Może dlatego, że dużo rozmawiali, podróż zabrała im nie cztery, ale pięć dni. Na szczęście pierwsze mrozy cofnęły się, przedłużając oznaki jesieni. Jon zaś po drodze upolował sarnę, nie byli więc głodni ani nie marzli. Do Wioski wjechali piątego dnia pod wieczór i pierwszym, na co Jon zwrócił uwagę, było nikłe światełko, przebijające przez stojący samotnie nad Rzeką namiot szamana.

– Żyje – westchnął z ulgą.

Potem, gdy przejeżdżali obok świątyni, usłyszał człapiące, nierówne kroki w ogrodzie. Ezra chodził inaczej: z energią, długim, równym krokiem.

– Żyje – westchnął ponownie Jon.

– Oto nasz dom, a teraz także twój – powiedziała Gaja do Błazna, gdy dojechali wreszcie do rozłożystej, zbudowanej z ociosanych bali chaty.

– Niech zawsze płonie w nim ciepły ogień. Niech czuwa nad nim Dobry Bóg, a starzy Bogowie, bożęta i bóstwa niechaj mu nigdy nie czynią krzywdy – rzekł z powagą Błazen, przekraczając próg.

Jon pomyślał, że wybór nowego, w dodatku pierwszego i jedynego przyjaciela był trafny. Poczuł to od pierwszej chwili, gdy tylko ujrzał smutną, mądrą twarz Błazna i usłyszał brzęczenie dzwoneczków na jego dziwacznej czapce.

Stary szaman i równie stary kapłan byli do tej pory drogowskazami dla Jona. Gaja była żoną, kochanką, matką przyszłego syna i najbliższą osobą. Ale Jon nigdy nie miał przyjaciela. Mężczyźni z Plemienia lubili go i szanowali, lecz – nazywając Jonem w Drodze – równocześnie podkreślali jego obcość i samotność, a także swoją niechęć do zbliżenia z nim. Jakby trochę się go bali. Jego i losu, który mu przypadł w udziale. Błazen był pierwszym człowiekiem, któremu Jon pragnął zwierzyć się ze swych trudnych tajemnic, wytłumaczyć, skąd wziął się przydomek Jona w Drodze i gdzie ta Droga go wiodła. Ale mimo chęci – nie zrobił tego. Zdecydował jednak, że gdyby nowy przyjaciel zadawał mu trudne pytania, nie okłamie go w odpowiedzi.

Już następnego dnia Błazen obszedł Wioskę, pożartował z jej mieszkańcami i zaskarbił sobie ich względy. Początkowo wzbudzał ciekawość i onieśmielający chłód – zarówno swym strojem, jak i sposobem bycia – ale gdy ze swobodą opowiadał, czym się zajmuje, każdy mieszkaniec Wioski wybuchał śmiechem, który przełamywał lody. Tutaj bowiem, w Puszczy, najlepszym żartem Błazna okazało się wyznanie, iż w dalekim, cywilizowanym świecie są ludzie gotowi płacić za okazję do śmiechu.

Wieczorem drugiego dnia pobytu w Wiosce Błazen zaproponował, że może zacząć uczyć swych nowych przyjaciół pisać i czytać. Ze swej podróżnej sakwy wyjął grubą księgę, podobną do tych, jakie miał Ezra, choć z całkiem innymi obrazkami: były tu warowne zamki, zdobne pałace, strojni ludzie, dziwne budowle, rzeki z pływającymi długimi łodziami o nieznanych kształtach, morza i oceany, po których pływały domy.

– To księga o krajach i miejscach, które zwiedziłem – powiedział. – Gdy poświęcimy na naukę trochę czasu, już w niecały miesiąc przeczytacie podpisy pod tymi obrazkami.

Gaja wyraziła entuzjastyczną radość z propozycji Błazna.

– I będę rozumieć te znaczki malutkie jak mrówki?! – ucieszyła się.

– Tak. To wcale nie jest tak trudne, jak myślisz. Nawet dzieci potrafią posiąść tę sztukę – wyjaśnił Błazen. – Kiedyś dbano o to, by czytać umieli tylko wybrańcy i wybrano ludzi w długich sukniach. Potem jednak niektórzy z nich zrozumieli, że nauka czytania i pisania musi trafić do zwykłych ludzi, nie może być tylko sekretną umiejętnością. I oni pierwsi, zakonnicy, mnisi, kapłani, zaczęli nauczać sztuki pisania i czytania. Nie wszystkich, bo nie każdemu wydaje się ona potrzebna, są to nadal ludzie wybrani, lecz jest ich coraz więcej.

– Cywilizacja – podpowiedział Jon.

– Cywilizacja – przyznał Błazen. – Ludzie w długich sukniach niosą Cywilizację do różnych światów i chwała im za to. Dzięki nim coraz więcej ludzi umie czytać księgi, a i ksiąg wciąż przybywa. Choć… hm… nie wszystkie księgi podobają się mnichom. Są takie, które chętnie palą, by nie oglądały ich oczy zwykłych ludzi.

– Palą księgi? – zdziwił się Jon. – Na stosie? Myślałem, że palą tylko żywych ludzi…

– Księgi to też żywi ludzie. To przecież ludzie je stworzyli, oni spisywali je z mozołem i iluminowali. Gdy palisz księgę, to tak, jakbyś palił człowieka – odparł zamyślony Błazen i dodał: – Moja księga też nie wszystkim by się spodobała, bo pokazuje świat takim, jaki jest, z jego słabościami, umiłowaniem złota i uciech, to grzeszny, to znowu święty, to okrutny, to znów dobry. Dlatego będziemy ją chować przed obcymi.

Gaja od razu zaczęła oglądać obrazki w wielkiej księdze, wydając okrzyki zdumienia na widok strojnych szat kobiet i mężczyzn, rozległości oceanów – na których wielkie fale przewracały wielkie łodzie, gór, przez które przeprawiały się konie lub dwugarbne, wysokie zwierzęta z małymi główkami – i jeszcze dziwniejsze, z długą trąbą w miejscu nosa.

– Czy wszyscy ci ludzie, wyrysowani w twojej księdze, wierzą w Boga Dobroci? – zaciekawiła się kobieta.

– Tak – odparł Błazen po krótkim namyśle.

– Więc czemu kapłan Ezra miałby się zezłościć, widząc tę księgę?

– Gdyż wielu ludzi inaczej wyobraża sobie Boga niż my, inaczej Go nazywa, inaczej się do niego modli, inne Mu wznosi świątynie i całkiem inne odprawia w nich rytuały.

– Ale to jest ciągle ten sam Bóg?- spytała znów Gaja i Błazen przytaknął.

– Więc czemu miałoby to im przeszkadzać? – zdziwiła się, ale Błazen położył palec na ustach:

– Cyt! Cicho, sza…

– Odpowiedz jej – uparł się Jon, więc ich nowy przyjaciel westchnął i wyjaśnił:

– Ludzie są tak stworzeni, że pożądają na własność wszystkiego co wielkie, piękne, potężne. Także Boga. Chcą nim zawładnąć i tłumaczyć w Jego imieniu, czego On chce, co myśli, kogo kocha, a kogo odrzuca, co jest dobre, a co złe. Gdy robisz interesy na drewnie, ono zawsze może zbutwieć, spróchnieć, mogą je zjeść korniki i straci swą wartość. Interes ubijany na Bogu zawsze jest dobry i w dodatku nie ma końca.

Błazen jeszcze tego wieczoru zaczął tłumaczyć Gai znaczenie liter w księdze. Ku zdumieniu żony, Jon odmówił nauki czytania.

– Chcę, by te malutkie, czarne znaczki na zawsze pozostały dla mnie Tajemnicą. Może wówczas nigdy mnie nie rozczarują?

– Rozczarują? Wydawało mi się, że one wprowadzają nas w lepszy, ciekawszy świat. Ale gdy myślę nad wielością ksiąg, które czytałem, nad tymi, które już istnieją, ale ich nie znam i nad tymi, które dopiero ktoś napisze, obawiam się, że możesz mieć rację. Myślę, że mogą znaleźć się ludzie, którzy napiszą księgi nienawiści – zamyślił się Błazen. – Ale to by znaczyło, że rozczaruje nas świat i ludzie, nie księgi. Twoja wola Jonie. Skoro nie chcesz poznać sensu czarnych znaczków, nie będę cię ich uczył.

Jon zatem nie siadał do nauki czytania, choć z zazdrością popatrywał na Gaję, która po paru lekcjach zaczęła sylabizować z grubej księgi, oszołomiona światami, które się przed nią otwierały. Były tak inne od małej Wioski, zagubionej w wielkiej Puszczy, że w przeciwieństwie do swego męża, Gaja zaczęła tęsknić za wielością światów, a nawet za niebezpieczeństwami, które one niosą. Pojmowała jednak niechęć i strach Jona, którego Droga wiodła nie tylko ku Dobru, nie tylko ku Pięknu; pewnie dlatego wolał poczucie bezpieczeństwa, jakie dawał mu maleńki świat własnego Plemienia.

Zgodnie z przewidywaniami Błazna kapłan Ezra polubił nowego gościa w Wiosce. Dowodziło to, myślał Jon, chytrości nowego przyjaciela lub jego osobistego uroku. Wystarczyło, iż Błazen pochwalił się młodemu kapłanowi, że pracował przy budowie największej w kraju świątyni i że zna każdy jej zakątek; “Ona sięgnie nieba…” – mówił Błazen. Ezra uśmiechał się zadowolony, nie czując w jego słowach żadnej pułapki. Wprawdzie niezwykły fach przybysza i brzęcząca dzwoneczkami czapka początkowo niepokoiły Ezrę, lecz świadomość, że był on też w służbie u wielmożów z Dalekiego Kraju, a nawet u najwyższych dostojników w długich sukniach, nastawiły młodego kapłana przychylnie do nieznajomego. Błazen zaoferował też pomoc w wioskowej szkółce, w której Ezra nauczał dzieci.