Выбрать главу

— Czy wtedy Wasza Carska Mość dowiedział się prawdy?

— Jeszcze nie. Choć dziwiłem się, że jakiś obcy człowiek ma o mnie staranie. Wszystko wydało się u schyłku roku sto ósmego, to jest waszego tysiąc sześćsetnego, kiedy czeladź Romanowów i strzelcy zwadzili się z ludźmi Godunowa, nieprawego cara moskiewskiego. I wtedy przyszła na nas bieda, bo carscy kaci poczęli łowić czeladź i rękodajnych. Kto tylko się nawinął, szedł na męki. Lecz zanim mnie wzięli, Waarłam wyskoczył jak bies spod ziemi. Zabrał mnie z dworu Romanowych sekretnym wyjściem i zawiózł do monasteru Uspieńskiego w Chłynowie, niedaleko Wiatki. I tam wyjawił mi prawdę — że jestem prawym dziedzicem czapki Monomacha, carewiczem Dymitrem Iwanowiczem, krwią z krwi Rurykowiczów i kością z ich kości. Ja sam pamiętałem niewiele — że mnie chcieli zabić, a lekarz Niemiec wyprowadził z Uglicza od płaczącej matki. A potem była tamta druga rodzina, co mnie przyjęła w miejsce zmarłego syna. Nie było tam mi do śmiechu; czasem niedojadałem, cięgi brałem od Otriepiewów i obcych ludzi. Ale przetrwałem…

— I kiedy Waarłam wyjawił wam prawdę, zapewne sprawy skomplikowały się nieco? — wymamrotał Dydyński, którego to wszystko obchodziło, prawdę rzekłszy, tyle co zeszłoroczny śnieg.

— Skomplikowały?! — Dymitr aż zerwał się z karła, a jego oczy zabłysły. — Czy ty, waszmość, myślisz, że to była sielanka albo awantura żaków w Krakowie nakrytych przez straż miejską przy wybieraniu żydowskiego kozubalca? Ludzie i kaci Godunowa polowali na mnie jak rozjuszone psy, niczym oprycznicy mego ojczulka Iwana, tyle że tamci byli wierni carowi, a ci podnieśli rękę na jego prawowitego syna. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko postrzyc się na mnicha pod imieniem Grigorij, ale bez składania ślubów zakonnych.

Umilkł i przez chwilę dyszał głośno.

— Za wstawiennictwem ihumena Trifona przeniesiono mnie do Galicza, do monasteru światłego Jana Zbawiciela. Potem tułałem się jeszcze po klasztorach i samotniach, byłem w Spaso-Jefimiewskim w Suzdalu i u Michała Archanioła w Moskwie. Skąd za protekcją archimandryty Pafnucego i parocha cerkwi Świętej Bohorodzicy, Eufemiusza, przenieśli mnie do monasteru Czudowskiego na Kremlu. Nie zagrzałem tam długo miejsca, ale zakonna suknia chroniła mnie przed gniewem cara jak najgrubsza zbroja. Kiedy wszakże poczęły krążyć plotki, że u patriarchy Hioba jest człek, o którym mówią, że wygląda całkiem jak carewicz Dymitr, Godunow wpadł w gniew. I kazał zesłać mnie do monasteru Sołowieckiego, gdzie ziemia i woda łączy się w jedno, a wiatr wyje wśród skał. Diak Wasiliew Smirnow miał mnie schwytać i wywieźć na północ. Ale nim to się stało, Waarłam pojawił się znowu. I wyprowadził poza granice Moskwy. W tych wszystkich razach, kiedy dotykała mnie opała, stał przy moim boku jak batiuszka. Bo ja mego prawdziwego ojczulka Iwana nie pamiętam prawie wcale, Otriepiewa zaś zajmowało głównie picie i bicie. To Waarłam wspierał mnie jak prawdziwy chrześcijanin. Dlatego właśnie, choćby był samym biesem i Lachem w jednym, nie mogę skazać go na śmierć.

— A jednak służył twoim wrogom, niezależnie od tego, kim byli… — wtrącił Dydyński. — Jaickij może być kluczem do tajemnicy — on pewnie wie, komu zależy na porwaniu następcy tronu. O ile to, oczywiście, nie jest Godunow.

— Strąciłem w otchłań człowieka, który był moim najwierniejszym sługą. A wszystko z powodu słowa mej lubej Maryny, poparcia dobrodzieja wojewody i strzępów listu znalezionych przez szlachcica, którego widzę trzeci raz na oczy. To wystarczy.

— Ten szlachcic uratował życie Waszej Wysokości…

— Dwa razy. Waarłam uczynił to przynajmniej pięciokrotnie.

— Jaickij wydałby uczestników spisku.

— I wyręczył ciebie w niewdzięcznym zadaniu. Ja tylko przypominam, że zawarliśmy pacta conventa, jakie wasz król podpisuje z całą polską nacją. Ja swoich dotrzymam, więc bacz, abyś i ty wykazał się poczciwą służbą. Cóż takiego dowiedziałeś się od Borysa?

— Znalazłem list, który leży przed tobą. A nade wszystko dowiedziałem się o Niedźwiedzim Chreście. — Dydyński wyciągnął znak znaleziony przy porywaczu na trakcie pod Bachorzkiem. — Krzyż, który dla ludzi takich jak Borys jest oznaką władzy. Ten, kto go ma, to jakoby ruski święty — należy bić mu czołem i modlić jak pohańce do sprośnego Mahometa. Przynajmniej tak zareagował Waarłam. Dzięki niemu dojdę po nitce do kłębka. Daj Bóg, aby stał się on konopnym powrozem na szyje wrogów Waszej Carskiej Mości.

Dymitr spoglądał przez chwilę na krzyż.

— Można by pomyśleć — rzekł — że to znak pogan albo bałwochwalców, jakich, niestety, siła przetrwała w naszej świętej Rusi. Ale nie przypominam sobie żadnych odstępców i odszczepieńców od świętej i jedynowładnej cerkwi, którzy pieczętowaliby się takim znakiem. Ani to krzyż strigolników, ani żydowinów. Nie jest to chrest Karpa ani Nikity, heretyków, których mieszczanie Nowogrodu potopili w Wołchowie.

— A jednak jest symbolem władzy.

— Skorzystaj z niej, jeśli pragniesz szukać odpowiedzi na jedno proste pytanie — wymamrotał car gdzieś w dal, kładąc rękę na ramieniu Dydyńskiego. — Ktom jest? Dlaczego mój los okazał się równie powikłany co wilcze tropy? Znajdź przyczynę mego nieszczęścia, a nie pożałuję nagrody. Rzeknij mi, kim jestem, a zrobię cię udzielnym księciem, dam Suzdal albo Orzeł, uczynię carskim wojewodą, a przy okazji — niech tam, nawet i hetmanem!

— Za pozwoleniem Waszej Carskiej Mości, wolałbym coś bardziej trwałego i… — zaczął cicho i ostrożnie Dydyński.

— Nie mam złota! — warknął Dymitr. — Jeszcze nie zasiadłem na moskiewskim tronie! Pokażcie swoją przydatność, Lachy! Rozbijcie moskiewskie hufce, otwórzcie mi drogę do Moskwy, wtedy doczekacie lafy i pożałowania!

— Nie chcę złota, ale życia jednego człowieka — odparł Dydyński. — I to darowanego teraz, na poczet wiernej służby. Pragnę, aby Wasza Carska Mość wypuścił z lochu Borysa Oboleńskiego, Moskala, który…