Kielich z resztką wina poleciał na posadzkę ciśnięty ręką Dymitra. Brzęknął na kamiennej podłodze, a rubinowy płyn obryzgał dywańskie kobierce i gobeliny. W piekielnej furii Dymitr kopnął stół, wywrócił go, strącając obrusy, misy, złote i srebrne flasze, przyskoczył do stolnikowica, zmieniając się z litościwego baranka w moskiewskiego diabła albo mityczną Babę-Jagę zamieszkującą północne strony wielkiego księstwa carów.
— Dlaczego jego?! — wrzasnął. — Bladin syn! Dam ci każdego! Każdego — krzyczał, potrząsając kolejnymi palcami przed bladym obliczem Dydyńskiego. — Cara Borysa, to raz! Psiego patriarchę Hioba — dwa! Bojarów dumnych — trzy! Ród Godunowych — cztery! To czego ty chcesz jeszcze?! Czego — pytam po dobroci?!
— Ocalenia głowy Borysa — powtórzył Dydyński, na którym nagły wybuch carskiej furii zrobił o wiele mniejsze wrażenie niż przelatujący za oknem klucz żurawi.
Carewicz zamilkł. Ujął go poufale pod ramię, a potem powiódł, jak prowadzi się najmilszego kompana od kielicha w stronę pełnej beczki.
— Przecież mówiłem, Jacku Aleksandrowiczu — wyszeptał cicho i pokornie; zdawać by się mogło, że to on prosi o coś uniżenie dobrego przyjaciela. — Zapisałem mu śmierć w duszy, bo chciał mnie porwać z Sambora, założyć błazeńską maskę. On nawet na mękach szydził z mego dziedzictwa. Zwał rostrygą, worem, carzykiem i Dymitriaszką! Za mniejsze czyny na dworze ojca głowy bojarów toczyły się jak dynie! — zakrzyknął, bryzgając śliną. — Proś mnie o gwiazdkę z nieba, a zaraz wystrzelę z działa któregoś z moich rabów, aby ci ją zdjął z firmamentu! Ale Borys Oboleński musi dać gardło. I da, jakem Dymitr Iwanowicz, tu w Samborze, na rynku, na słomianym kobiercu!
— Za wszystkie moje obecne i późniejsze zasługi chcę tylko jego życia. Ten człowiek jest mi niezbędny, abym mógł dalej chronić Waszą Carską Mość. Nie frasuj się, mości panie, nie chcę go uwolnić.
— Idź do cyrulika, Jacku Aleksandrowiczu — rzucił Dymitr spokojnie. — Niechaj ci driakiew przyłoży do rozpalonego łba, to oprzytomniejesz. Borys zadusi cię na pierwszym noclegu, urwie łeb i wrzuci do pieca! To bies, wcielony diabeł! Szejtan! Nie kuś Fortuny, bo to zwodnica!
— Jeśli Pan będzie mi sprzyjał, zdepczę ją jako małpę! — uśmiechnął się Dydyński. — A Boga przeprosiwszy, ucapię za łeb biesa i zmuszę, by mi służył.
Dymitr puścił ramię szlachcica. Podszedł do kąta, w którym wisiały ikony, padł plackiem przed tą największą, na której święty Jerzy zabijał smoka, wbijając mu prosto w oko husarską kopię. A potem zerwał się, zastygł na kolanach, z dwoma złączonymi palcami uniesionymi do czoła.
— A Jezus zgromił demona, mówiąc: Zamilknij i wyjdź z niego — wycharczał jak opętany. — A demon rzucił go na środek i wyszedł, nie uczyniwszy żadnej szkody… Po co ci Oboleński, na Boga? Co z nim uczynisz?
— Będzie moim przewodnikiem po Moskwie. Psem na łańcuchu.
— Myślisz, że znajdziesz w sobie dość siły, aby poskromić tego diabła?
— Jeśli Oboleński jest wcielonym biesem — ozwał się Dydyński — tedy ja stanę się jego egzorcystą. A tutaj — pomacał się po szabli — mam najlepsze kropidło na niewiernych Moskali. Niechaj zatem przyszły car moskiewski pokaże pogodne oblicze i ułaskawi więźnia. Wówczas głosy poniosą wieść o jego miłosierdziu, łasce i dobroci do krwawych kolan tyrana Godunowa. I po zimie nastanie w Wielkim Księstwie Moskiewskim odwilż i wiosna.
— Proś mnie o wszystko. Tylko nie o litość nad tym człowiekiem! Nie mów mi więcej o nim!
— Jeśli taka carska wola… Mam też drugą suplikę — rzekł zrezygnowany Dydyński, który w skrytości ducha przemyśliwał już, czy po prostu nie odbić jeńca z lochów i nie wywieźć z Sambora. — Chcę wstąpić do nadwornej chorągwi husarskiej Waszej Carskiej Mość. Przywiodłem tutaj cały poczet z Inflant.
— Już w niej jesteś. Pan Buczyński da ci list do rotmistrza. Rota stoi pod Glinianami. Dołączysz do niej, kiedy wyruszymy. A to już wkrótce. Za jedną albo dwie niedziele.
— Dziękuję. — Dydyński skłonił się, aby odejść.
— Jacku Aleksandrowiczu…
— Tak?
— Pójdziesz ze mną? Poprzesz z dobrej woli moją sprawę?
— Przysięgałem.
— Pójdziemy na stolicę. O, panie stolnikowicu, czy ty widziałeś Moskwę? Czy wiesz, co to jest Kreml? Powinieneś ją kiedyś zobaczyć z Pokłonnej Góry, tam gdzie sto tysięcy pielgrzymów bije czołem świętemu miastu cerkwi i obrazów. Gdzie nad drewnianymi dachami domów wznoszą się wieże, a kiedy dzwony biją, ich dźwięk rozchodzi się na całe mile dokoła, płosząc stada ptactwa, co krążą nad kopułami soborów. Gdzie w dymie kadzideł, w świetle świec i kaganków wznosi się oblicze Chrystusa Pantokratora, sędziego surowego, lecz sprawiedliwego, zasiadającego na etimansji — tronie świata. Gdzie sto, dwieście, trzysta tysięcy poddanych bije pokłony przed jego majestatem. Co to jest Moskwa… Kolisko wodami rzeki przecięte, Rzym i Carogród dla prawosławia i świętej Rusi. Rusi Monomachów, Włodzimierzów i Aleksandrów Newskich. O, Jacku Aleksandrowiczu, czy ty wiesz, co to władztwo prawosławne?
— Nie, Wasza Carska Mość.
— To trzecie cesarstwo… Dawno temu, za panowania mego dziada Wasyla Iwanowicza, pskowski mnich Filoteusz ułożył prognostyk, świętą przepowiednię, w której jak w lustrze odbija się przyszły los Rusi. Pamiętaj, monarcho prawosławny, dwa Rzymy upadły, trzeci stoi. Czwartego nie będzie. Wiesz ty, Lachu niewierny, co to takiego trzeci Rzym? Oto właśnie Moskwa.
— To piekło!
— Bluźnisz! — wrzasnął Samozwaniec, jakby opętał go legion moskiewskich biesów. — Co ty możesz wiedzieć o świętym mieście… O prawdziwej, błahoczestwej wierze… Moskwa… To święta rzecz. Czy ty ją chcesz zobaczyć, mości panie Dydyński? — Dymitr szeptał, modlił się, ale jego słowa dzwoniły w uszach Jacka jak cerkiewne dzwony. — Drewniany Skorodom, klasztory Androniewski, Nowospasski i Siemionowski, z drugiej strony rzeki Zamoskworieczije, gdzie monastery Doński i Daniłowski. Dalej, w środku, Biełgorod kamiennym murem ogrodzony, tam zaś cerkiew Wszystkich Świętych na Kuliszkach, blisko Konnej Płoszczadzi, wreszcie Łubiańskaja Płoszczadz, strzelecka Słoboda i cerkiew Teodozjusza. Puszecznyj Dwor, Łabędzi Dwor, sady i monastery. A w środku, w samym sercu miasta, warowny gród, Kitajgorod, Bolszym Posadem zwany. W nim Mytnij, Jamskij i Panskij Dwory, Krasnaja Płoszczadz, a na niej dwór Wasyła Błażennowo, niebo nad miastem od krzyży, złotych kopuł cerkwi rozgwieżdżone. Jak tylko zaświeci jasne słońce, to daje świątyniom pańskim tak wielki złoty blask, że z daleka Moskwa jawi się niczym Jeruzalem, a w środku podobna jest do Betlejem. Aż wreszcie Krymgorod, to jest Kreml… W nim cerkiew Zwiastowania Maryi Panny, cerkiew Przeczystej Boharodzicy, to jest Uspieński Sobor, cerkiew Michała Archanioła, gdzie są carowie grzebani… I wreszcie Iwan Wielki z dzwonami, z których największy — Car Kołokoł, a nade wszystko Zołotyj Pałat, gdzie na tronie mego ojca zasiada tyran, Borys Godunow w czapce Monomacha. W ręku ma posoch wysadzany kryształowymi kulami, jakby węzłami. Na palcach pełno pierścieni; obraz Zbawiciela jest po jego prawicy, a ikona Najświętszej Panny po lewicy. Po bokach stoi dwóch pachołków zbrojnych w topory, w bieli…