— Od zawsze chciałam cię poznać, panie — wyszeptała.
— Zawsze, to znaczy od kiedy?
— Od tego czasu, gdy dwakroć uchroniłeś carewicza Dymitra od śmierci. Cały dwór wojewody rozprawiał o waszej mości.
— To miło… Aj! Uważaj! Ząbki masz jak stado owiec, ale zanadto swawolne.
— A teraz wszyscy się dziwują, żeś pomiłował Borysa.
— Nawet kat byłby równie miłosierny, gdyby otrzymał taką nagrodę jak twoja przychylność, mościa panno.
— Lecz mnie się zdaje, że jest jakowaś tajemnica między wami…
— Gdzie tam! Potrzebowałem sługi, a Borys nadał mi się z postawy, bo wygląda jak człek, co z dzikimi niedźwiedziami bez szwanku bierze się za bary.
— Ten Moskal uczyni krzywdę waszej mości.
— Nie lękaj się, mała metreso — roześmiał się Dydyński. — Moja węgierska pani zawsze będzie na podorędziu. Silna, zwarta i gotowa… do każdej roboty.
— Węgierska pani? Ach tak! Twoja szabla.
— Dokładnie. A swoją drogą, to mój miecz rdzewieje. Czy zechciałabyś? O, właśnie taaaak…
— A nie wolałbyś, panie — wydyszała po długiej chwili, oderwawszy usta od jego rodowego klejnotu — aby twój miecz odpoczął znużony w pochwie?
— Nie — rzekł rozbawiony.
— Na pewno?
— Mniej będziesz gadać — walnął prosto z mostu, mając wargi zajęte berłem Wenus, które potrafi skutecznie okiełznać najswawolniejsze niewieście temperamenty.
Ugryzła go, ale bez złości.
— Jeśli będziesz tak niepohamowany w języku w obecności Dymitra, to wkrótce możesz zdobyć więcej wrogów niż włosów na łbie — wydyszała.
— Nie dbam o to.
— Niektórzy starali się o posłuchanie u carewicza przez całe miesiące, a ty — szast-prast, a już z nim gadasz na osobności i pewnie dostajesz jakieś tajemne rozkazy.
— Dworycki ci tyle o mnie naopowiadał? To mój wróg.
— Nie jest ci aż tak nieżyczliwy, jak myślisz, mości panie.
— Dał mi wystarczające dowody swej łaski, kiedy parę dni temu nocowałem w polu pod zamkiem. Dopiero dzięki wstawiennictwu Waarłama mogłem stanąć przed obliczem Dymitra.
— To nie Jaickij przebłagał carewicza. — Przeciągnęła się jak kocica. — Jegomość Dworycki wstawił się za tobą, aby nie pozbawiać cara usług tak zacnego kawalera.
— Prędzej uwierzę, że Borys Godunow ustąpi bez walki moskiewską stolicę naszemu Dymitrowi.
— Ustąpi, jeśli misję, którą powierzył ci Dymitr, wypełnisz do końca.
— Jaką misję? — Dydyński rżnął głupca, choć wolałby zgodnie ze słowami mistrza Kochanowskiego uciąć harde i nieposkromione drzewo, w jakie zmienił się temperament tej pani.
— Dwórki i służki na zamku mawiają, że jesteś sekretnym powiernikiem Dymitra; ale to pewnie zwykła gadanina głupców i małych trzpiotek. Nie musisz odpowiadać, ja znam prawdę: carewicz dopuszcza do sekretów jedynie pana wojewodę, Dworyckiego i Buczyńskich, a poza nimi swoich Moskali.
— Z ust mi to wyjęłaś, mościa panno — rzekł, choć wiedział dobrze, że nie była to odpowiedź, którą spodziewała się usłyszeć. — Ci ludzie zagradzają mi drogę do carewicza skuteczniej niż pas cnoty do gaiku księżniczki. Bo na pas cnoty zawsze znajdzie się solidny wytrych, a na czarne sumienie pana Dworyckiego pozostaje tylko szabla — której przy boku carewicza nie poważę się użyć.
— Nie sądź bliźnich po słowach, jeno po uczynkach.
— A co mi tam Dworycki! Trzem takim jak on dałbym radę!
— Wiem — wyszeptała, tuląc się doń namiętnie — dlatego opowiedz mi, jak dasz sobie radę z Borysem?
— Za dużo już gadasz, moja duszko. Pokaż, proszę, że gębusia służy ci nie tylko do obracania językiem na podobieństwo kijanki.
— Mmm… Taaak — mruknęła, a potem przez kilka chwil uczyniła z języczka taki użytek, że poczuł się jak w niebie.
— Wiesz — wyszeptała po chwili — mogłabym, mój panie, jechać z tobą na kraj świata. Choćby na Moskwę z Dymitrem, jako… metresa. Pilnowałabym ci ochędóstwa, gotowałabym strawę i doglądała czeladzi, a w nocy miałbyś gdzie się utulić do snu…
O tak, jeszcze czego, pomyślał niechętnie. Już widział, jak będzie czekać na niego, kiedy wróci z pola, z krwawego moskiewskiego żniwa. A wieści o wszystkim, co mówi, z kim śpi i co robi, trafiać będą wprost do ślicznego uszka panny wojewodzianki Maryny. Uchowaj Panie Boże od takiej Penelopy!
— Jedziemy na wojnę, z której nie ma powrotu. W obozie nie ma miejsca dla niewiast! Tak samo jak w tej komnacie!
W pierwszej chwili chyba nie zrozumiała.
— Zostaw mnie samego. — Łagodnie, ale stanowczo odsunął jej ramiona. — Muszę iść spać, bo jutro czeka mnie służba!
— Nie wyrzucaj mnie, panie — zaszlochała cicho. — Jestem taka… sama w tym zamku.
Z niesmakiem wstał z łoża, bo coś podobnego słyszał od Maryny; doprawdy niewiasty mogłyby zmienić już śpiewkę o samotności na coś mądrzejszego, bo tę starą gadkę powtarzały już chyba nawet papugi starosty Ożgi. Chwycił hajdawery, narzucił koszulę, wbił stopy w wysokie do kolan husarskie buty na podkówkach grubych na dwa palce.
— Idź stąd i powiedz swej pani — rzucił wściekle — że wolę rozmawiać z nią osobiście, a nie przez służkę, a jeśli ma do mnie jakąś sprawę, tedy niechaj wezwie do siebie albo tu przyjdzie… Niekoniecznie w roli metresy!
Dorota zapłakała, zaszlochała, niezwykle — trzeba jej przyznać — przekonywająco. Wprost serce się krajało, a lody stopniałyby nawet w dalekiej Moskwie, gdyby słuchały jej rozdygotanego płaczu. Niestety, serce Dydyńskiego było z najtwardszego kamienia. Szlachcic przygryzł wąsa, nie pozwolił, by ogarnęła go nagła litość — największa i najwierniejsza przyjaciółka niewieściej perfidii i podstępu.
— Możesz stąd wyjść ubrana albo naga, jak cię Pan Bóg stworzył! — skwitował jej żale. — Wybieraj, dziewko, bo mi się śpieszy!
— Mój panie — wyszeptała ledwie słyszalnie, zanosząc się szlochem — nie wyrzucaj mnie… Nie oddalaj od siebie… Błagam i proszę!
Zanim zdołała paść mu do stóp, pochwycił jej suknię, koszulę, stanik i gorset, a potem podszedł do otwartego okna i cisnął niewieście fatałaszki na zewnątrz, wprost do fosy, w której żaby odprawiały nocne koncerty.