A Jacek Dydyński wpakował sam siebie w taką kabałę, że sam już nie wiedział, co czynić.
Otarł pot z czoła i przeżegnał się.
— Ratujcie mnie, święci pańscy — jęknął cicho.
Niestety, święci milczeli.
Rozdział VI. Pochód za Dniepr
Dymitr wyrusza do Lwowa Cięgnie pod Gliniany • O powadze towarzystwa husarskiego, kozackiego i petyhorskiego • Zwada w obozie • Tajemnica Dworyckiego • Chorągiew husarska • O konnych obrotach • Piękne jest koło rycerskie • Duma ukrainna • Babie lato • Komu dal Bóg serce męskie • Bockiem pod panem Ostrogskiem • O Kijowie prawosławnym • Żałobna spowiedź i niewesoły los Borysa
Die 23 augusti, Anno Domini 1604
Zamek w Samborze, o świcie
Wyszli z Sambora prosto w białe smugi oparów wiszących nad naddniestrzańskimi łąkami w ten czas, kiedy pierwsze ptasie głosy odzywają się w gęstwinie drzew. Długim korowodem przesuwali się ludzie, konie, kolasy, rydwany, brożki i skarbne wozy. Szli na Moskwę; na wielką wojnę, a może i śmierć na lodowych bezmiarach. Na szczęście kostucha była jeszcze daleko. Na razie odgradzał ją od nich Dniepr, zielone pola Ukrainy, bagna i niezgłębione lasy Zadnieprza tworzące niedostępną granicę Korony Polskiej. Wiele mil było do przejścia, wiele dni do przebycia od wschodu do zachodu słońca, więc przyszłość rysowała się na razie złotymi zgłoskami na jedwabnym pergaminie.
Zabrzmiały trąby, zagrzmiały działa, gdy Dymitr w husarskiej zbroi, na dzielnym siwym wierzchowcu i z buławą w ręku wyjechał przed bramy niższego zamku. Za nim na koniu wieziono obraz Matki Boskiej, który na tę wyprawę podarował mu jaśnie oświecony wojewoda sandomierski. A jako eskorta ikony, zbrojna w puklerze wiary i anielską cierpliwość, postępowali na gniadych biegunach dwaj kapelani zbrojnej wyprawy: Kasper Sawicki i Fryderych Bartsch.
Dalej szła chorągiew nadworna Mniszchów, na czele której jechał sam wojewoda sandomierski mający u boku Adama Dworyckiego. Przyszły carski teść i książę siewierski rozpierał się na ulubionym tarancie w terlicy okrytej czołdarem, czaprakiem z najprzedniejszego złotogłowiu, zdobionym złocistymi frędzlami i wyszywanym w barwy rodowe — srebro i karmazyn. Wojewoda pomimo swego nikczemnego wzrostu trzymał głowę równie wysoko co strusie pióra w klejnocie rodowym, a jego myśli nie odgadłby najbieglejszy kabalista. Oto był początek krętej drogi do moskiewskiego carstwa i nikt, bodaj nawet sam Mniszech, nie wiedział, czy rzeka ludzi, którą wprawił w ruch tego sierpniowego poranka w Samborze, uniesie go do chwały, sławy i wydarzeń, o których pisać mieli wielcy dziejopisarze. Czy też poniesie, niczym rozhukany koń, prosto w objęcia wrogów, do moskiewskiej tiurmy, a potem — w ręce carskiego kata.
Dalej szła husaria; chorągiew Jana Fredry, kasztelana przemyskiego, porządnie okryta, licząca ponad sto koni. Towarzysze jechali w szyszakach przybranych piórami, w kirysach i naramiennikach osłoniętych skórami tygrysów, lampartów i wilków, rozparci w kulbakach niczym na biesiadzie, równym, ładnym krokiem, dziesiątkami. Błyszczeli blachami naramienników i wypolerowanymi nakarczkami hełmów, uzdami zdobionymi srebrem, złotem, jaspisami i koralami, a także pozłocistymi blachami na łbach końskich, nabijanymi karneolami i rubinami wielkimi niczym kurze jaja. Za nimi szła muzyka, dalej pocztowi, jeszcze bez drzewek, jak nazywano kopie, które zamówione przez wojewodę czekały we Lwowie i w Glinianach.
Dalej podążał dwór Dymitra — Polacy i Moskale, ci wszyscy, którzy czepiali się carskiego słowa jak tonący tratwy, gromadzili za jego plecami, deklarując się wiernymi obrońcami Jego Carskiej Miłości, a tak naprawdę nikt nie był pewien, czy będą stać dzielnie niczym lwy, czy też w obliczu wroga rozpierzchną się na cztery strony świata jak kuropatwy na widok jastrzębia. Między wojskowymi, którzy w Sokolnikach i Glinianach mieli dołączyć do oczekujących chorągwi, jechał Jacek Dydyński z pocztem. Za nim bracia Jan i Stanisław Buczyńscy z czeladzią, pachołkowie i dworzanie Mniszchów. Z tyłu, za rycerstwem, postępowały wozy i kolasy misji mnichów i księży, którzy szerzyć mieli wśród pogańskiej Moskwy Słowo Boże, ucinając mieczem wiary wszystkie łby schizmatyckiej hydry. Jechał więc ksiądz Franciszek Pomaski, kapelan zamkowy, który — jak powiadano — spraktykował Dymitra Iwanowicza do powrotu na łono Kościoła rzymskiego, jego brat Stanisław, a także siedmiu bernardynów, wśród nich zaś prowincjał zakonu Benedykt Anserinus, niegdyś wychowawca Maryny; człek zwany Gąsiorkiem nie tylko przez wzgląd na zacny kałdun, ale i przepaściste gardło, które u bernardynów często bywało najlepszą rękojmią do klasztornej kariery. Teraz piastował świeżo nadaną godność komisarza spraw moskiewskich, zważywszy zaś na wielką miłość Moskali do horyłki i trunków wszelakich, wydawał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Bo jeśli nawet nie przekonałby ich, iż nieomylność papieża jaśnieje niczym gwiazda na niebieskim firmamencie, to jednak na pewno podzielaliby jego uwielbienie dla pomroczności jasnej.
Z tyłu ciągnęły tłumy pospólstwa i szarej zbieraniny, która od tygodni obozowała pod zamkiem. Szli tam ludzie silni i słabi, naiwni i ulegli, żądni zaszczytów i pieniędzy, przegrani, intryganci i uczciwi. Polacy, Moskale, Włosi, Niemcy, Holendrzy, Kozacy i sam jeden Bóg wie kto jeszcze.
Za nimi z łoskotem, skrzypieniem osi, rżeniem koni i ciężkim brzękiem wyładowanych wozów szła cała zamkowa artyleria wiedziona przez Jana Ostromęckiego, czyniąc tak wielki huk, że zdawać by się mogło, iż drżały w posadach mury Sambora. Dział wieziono na wozach aż dwadzieścia cztery, niestety, większość zdałaby się na przepiórki, była bowiem wagomiaru, czyli kalibru równie małego co wzrost Maryny. Na przedzie wprawdzie przysadziste konie ciągnęły — po dwanaście w jednym szorze — Pannę strzelającą dwudziestofuntowymi kulami, za nią jednak szło sporo drobiazgu, a więc wężownice Bellona, Pallada, Minerva, za nimi zaś kołysały się na kamieniach i wybojach Słowiki, Jaszczurki, Sokoły oraz najmniejsze, zaledwie dwu-, trzyfuntowe Czechliki, które wtórować miały swoim kwileniem starszym braciom w chórze, co ponieść miał głos carskiego imienia aż po sam Kitaj i lody Północy.