Выбрать главу

Późnym popołudniem w kafeterii było cicho i prawie pusto; większość tłumu, który zajrzał tam na lunch, już poszła, a na kolację było za wcześnie. Manuel Gaeta siedział w towarzystwie trzech innych osób przy holooknie ukazującym piękny widok na jezioro w Górach Skalistych. Zdjęcie z dalekiej Ziemi zrobione na długo, zanim efekt cieplarniany wygnał ludzi z zatopionych miast w takie właśnie miejsca, gdzie zaczęli budować prowizoryczne obozy.

Z całej czwórki rozmawiających nad resztkami lunchu Gaeta był jedynym, który wyglądał na zadowolonego.

— Możemy to zrobić — rzekł stanowczo.

— To będzie potwornie niebezpieczne, Manny — oświadczyła Kris Cardenas.

Nadia Wunderly pokiwała głową.

— To jak spacerowanie przed plutonem egzekucyjnym strzelającym z karabinów maszynowych.

Gaeta wzruszył ramionami beztrosko.

— To będę musiał szybko się ruszać, żeby unikać kul. Co o tym sądzisz, Fritz? — zwrócił się do von Helmholtza.

Von Helmholtz spojrzał na niego chłodno.

— A nie wystarczy ci wykonać ten numer, dla którego tu przylecieliśmy?

— Zejście na Tytana wykonamy, jeśli naukowcy nam na to pozwolą — odparł Gaeta. — Ale skoro już tu jesteśmy, czemu nie przelecieć dodatkowo przez pierścienie?

— Bo się zabijesz — warknął von Helmholtz.

Gaeta rozłożył ręce, jakby właśnie usłyszał dowód na prawdziwość swojej tezy.

— Po to ludzie mnie oglądają, Fritz. Mają nadzieję, że się zabiję.

— A co gorsza, zniszczysz skafander.

Gaeta zaśmiał się.

— Prawdopodobieństwo, że zginiesz, jest naprawdę duże — rzekła Wunderly.

— Jeśli wybierzesz dla mnie odpowiednie miejsce, to nie. Miejsce, gdzie jest mało odłamków.

Wunderly westchnęła i wyjaśniła:

— Musiałabym badać pierścienie z bliska całymi miesiącami. A może latami.

— Do wejścia na orbitę Saturna zostało jeszcze parę tygodni. Czy to nie wystarczy?

— Potrzebny mi czas obliczeniowy — mamy na pokładzie maszyny do sensownych obliczeń. Plus czas teleskopu, a Urbain nie pozwoli mi się nawet do niego zbliżyć.

Von Helmholtz wyglądał na zaskoczonego.

— Nie pozwala korzystać z teleskopu w bąblu obserwacyjnym?

Wunderly potrząsnęła głową.

— Urbain powiedział, że nie udostępni mi dużego teleskopu. Jest cały czas wykorzystywany do obserwacji Tytana.

— Te mniejsze też?

— Wszystkie — odparła Wunderly.

— Może nam się uda namówić go do udostępnienia któregoś — zasugerował Gaeta.

— Nic z tego. Próbowałam wiele razy. Poza tym potrzebuję czasu obliczeniowego.

— Może ktoś powinien z nim porozmawiać? — rzekł Gaeta.

— Kto? — spytała Cardenas.

— Wilmot. A jeśli nie on, to może Eberly by to załatwił.

Potrząsnęła ponownie głową.

— Urbain nie będzie spełniał poleceń Eberly’ego. Nie będzie z nim nawet rozmawiał. Nie pamiętasz, że konkurują ze sobą w wyborach?

Zdenerwowany Eberly siedział tymczasem w salonie swojego apartamentu, który stał się centrum dowodzenia w kampanii wyborczej. Pod ścianą, gdzie kiedyś stała sofa, teraz ustawiono kilka komputerów; szumiały cicho nagrywając wszystkie rozmowy w miejscach publicznych i kilku prywatnych apartamentach i biurach, także u Wilmota i Urbaina.

— Nie podoba mi się ta konstytucja — mówiła Morgenthau. — Nigdy mi się nie podobała, a im bardziej naciskamy, żeby ją wprowadzić, tym bardziej jestem mniej przekonana.

Siedziała w wyściełanym fotelu po drugiej stronie niskiego owalnego stolika. Eberly przyglądał się jej nalanej twarzy. Nie uśmiechała się; była śmiertelnie poważna.

— Dlaczego nie zgłosiłaś obiekcji, kiedy przygotowywaliśmy projekt? — spytał ostro.

— Myślałam, że Vyborg i Jaansen rozpracują problem w wystarczającym stopniu, a potem ty ogłosiłeś, że to jest dokładnie to, czego chcesz, żeby zakończyć ich spory.

Eberly denerwował się coraz bardziej.

— Wyjaśniałem to wam wszystkim setki razy. Dopóki klauzula o specjalnych uprawnieniach w razie niebezpieczeństwa tam jest, cała reszta jest bez znaczenia.

— I tak mi się nie podoba — upierała się Morgenthau.

Eberly’emu przyszło do głowy, że wie, w czym problem.

Morgenthau nie była typem wojownika. Była agentem, którego rzekomo umieszczono w habitacie, by mu pomóc, ale w rzeczywistości do szpiegowania i donoszenia o wszystkim Świętym Apostołom. Ktoś na szczycie hierarchii musiał w końcu przejrzeć nową konstytucję i powiedzieć jej, że nie spełnia ona standardów moralnych organizacji. Nigdy nie sprzeciwiłaby mi się w taki sposób, gdyby się coś takiego nie stało, powiedział sobie w duchu. Muszą być jakieś naciski ze strony jej przełożonych na Ziemi.

— Teraz już za późno, żeby to zmienić — rzekł, usiłując mówić spokojnym tonem. — Za trzy tygodnie głosowanie.

— Możesz ją wycofać — zaproponowała. — Ogłosić, że musimy nad nią jeszcze popracować.

— Wycofać ją? — Eberly był opanowany, ale o mało nie krzyknął. — To oznaczałoby, że musielibyśmy przełożyć wybory.

Morgenthau milczała.

Jak mogę ją przekonać? Jak jej pokazać, że będzie miała większe korzyści z wykonywania moich rozkazów, niż idiotycznych poleceń z Ziemi?

— Posłuchaj — rzekł, pochylając się tak, że ich głowy prawie się zetknęły. — Za trzy tygodnie głosowanie. Ludzie zaakceptują tę konstytucję z tych samych powodów, dla których ty jej nie ufasz: bo stanowi obietnicę wolności osobistej i liberalnych, swobodnych rządów.

— Bez jakichkolwiek zasad kontroli liczebności populacji. Bez żadnych standardów moralnych.

— To przyjdzie później, kiedy konstytucja zostanie przyjęta, a u władzy będziemy my.

Morgenthau nie wyglądała na przekonaną.

— Jak już wielokrotnie wyjaśniałem — rzekł Eberly, próbując opanować ogarniającą go wściekłość — kiedy będę u władzy, ogłoszę stan wyjątkowy i zawieszę całą wolność osobistą, która tak cię martwi.

— Jak możesz ogłosić stan wyjątkowy, jeśli wszyscy będą zadowoleni z konstytucji?

— Przydałby się jakiś kryzys. Coś wymyślę.

Morgenthau pozostawała niewzruszona.

— Zostałeś wzięty z więzienia i umieszczony w habitacie, żeby wprowadzić odpowiednie, bogobojne rządy. Nie wykonujesz tego, do czego się zobowiązałeś w umowie.

— To nieprawda! — zaprotestował głośno, ale w duszy ogarnęło go przerażenie. Nie mogą mnie wsadzić z powrotem do więzienia! Nie mogą!

— Musimy tylko spreparować jakiś kryzys — rzekł głośno. — Kananga i jego ludzie z ochrony to załatwią.

— To nie będzie wcale proste — rzekła Morgenthau. — Im więcej uprawnień przyznasz Kanandze, tym większą będzie miał nad wszystkim kontrolę. A ja mu nie ufam.

— Ja też nie — przyznał Eberly i dodał w duchu: ale ja nie ufam nikomu.

— I jeszcze ta Cardenas od nanomaszyn. To diabelski pomiot, a ty jej pozwoliłeś, żeby się tu pojawiła i czyniła zło między nami.

— Tylko do chwili, aż obejmę władzę.

— Ona musi odejść. Pozbądź się jej.

Eberly kiwał ponuro głową, ale zaczynał już dostrzegać rozwiązanie. Tak! To było jak objawienie. To wszystko załatwia!

Uśmiechnął się sympatycznie do nadal naburmuszonej Morgenthau, pochylił się i poklepał ją po grubym kolanie.