Przyszły już do siebie. Na dole silnie cuchnęło, wyciąg nie był w stanie oczyścić piwniczki z wszystkich oparów eteru.
– Chodźmy na górę, bo głowy nas rozbolą – poleciła Stasia.
Z ulgą wyszliśmy na powietrze. Łapałem dłuższą chwilę oddech.
– W czasie okupacji, gdy były problemy z wódką, ludzie tak właśnie się oszałamiali – powiedział Szef. – Szklanka herbaty, a do środka kilkanaście kropli eteru. Na pewno dobrze się czujecie?
– Zupełnie dobrze – powiedziała Kasia. – Nic nam nie będzie.
– Mimo wszystko chyba powinnyście zwymiotować te paskudztwa -
poradziłem im życzliwie.
Stasia uśmiechnęła się.
– Wymiotować eliksirem życia? Chyba zwariowałeś. Będziemy na dniach likwidowały ten sklepik. Może coś was interesuje?
Szef wzruszył ramionami.
– Chyba nic szczególnie…
Kasia pochyliła się nad gablotką i wyjęła ze środka dwa złote zegarki firmy Patek. Oba ozdobione były herbem Leliwa. Przypomniał mi się wrak zegarka kupiony od Admana na Araracie. Miał sobie potrącić z okupu, a tymczasem nie dostał za nas ani grosza. Zawstydziłem się. Postanowiłem wpłacić sto dolarów na rzecz jakiejś kurdyjskiej organizacji i choć w ten sposób uregulować ten dług.
– Weźcie na pamiątkę – powiedziała. – Z tego co wiem, panu ten herb będzie pasował?
Szef uśmiechnął się z zażenowaniem.
– Moja rodzina od dawna nie używa tytułów, ani herbu – powiedział. – Krew też się trochę wymieszała. Kto dziś pamięta o pochodzeniu…
– My w każdym razie nie zapominamy – uśmiechnęła się Stasia. – Zegarki są na chodzie i jeszcze przez całe dziesięciolecia będą wam służyły.
Szef uśmiechnął się i schował ręce za siebie.
– To byłby dla nas zaszczyt, ale to zbyt drogi prezent – powiedział.
– Weźcie – poprosiła Kasia. – Może kiedyś będziecie chcieli powspominać tę noc alchemików…
Wreszcie Szef z ociąganiem wyciągnął dłoń.
– Dziękuję – powiedział. – To bardzo ładny prezent.
Poszedłem w jego ślady. Pożegnaliśmy nasze urocze przeciwniczki i zasiedliśmy w samochodzie. Kupione kilka dni temu krzesło Storma umieściłem na tylnym siedzeniu.
– Zdrzemnij się – poradził Szef. – A ja będę prowadził.
Uśmiechnąłem się z wdzięcznością i usadowiwszy się wygodnie na tylnym siedzeniu odpłynąłem w ramiona Morfeusza. Gdy otworzyłem oczy, mijaliśmy właśnie centrum handlowe w Jankach. Byliśmy więc na przedmieściach Warszawy.
– No, trochę odżywam – powiedziałem. – Noc była męcząca… Postrzelone dziewczyny.
– Ale przydały by nam się takie współpracownice – uśmiechnął się. – Trzeba przyznać, że główki mają nie od parady. Księgę odszukały, rozszyfrowały całą zagadkę… Gdybym miał dwa wolne etaty w naszej komórce, to bez wahania… Zresztą nic trudnego. Odchodzę niedługo na emeryturę, ty pójdziesz na moje miejsce, a twoje się zwolni. Zatrudnisz Stasię, chyba jest starsza… Albo obie na pół etatu.
– Różnice wieku są niewielkie, trudno ocenić – uśmiechnąłem się.
– Nie wiem wprawdzie, jakie mają wykształcenie… ale nawet jeśli
historią sztuki interesują się tylko amatorsko, to nie szkodzi. Czasem
amator-hobbysta może znać daną epokę lepiej niż zawodowy historyk.
– Skoro miały własny antykwariacik, to musiały się choć trochę
orientować w cenach, rynku i innych detalach.
– Mogły wynajmować kogoś do pomocy – powiedział. – Jakiegoś emerytowanego fachowca. No, nieważne. Nieźle sobie poradziły z tym starym alchemicznym przepisem…
– Liznęły trochę chemii – uśmiechnąłem się. – Ale mnie ta dziedzina wiedzy też nie jest obca.
– A więc co właściwe nam pokazały? – Szef był wyraźnie zaciekawiony. – Jakoś pozłociły mój klucz…
– To bardzo proste – uśmiechnąłem się. – Byłbym w stanie powtórzyć ich doświadczenie. Faktycznie wygląda to trochę niesamowicie, ale łatwo da się wyjaśnić…
– Nie mędrkuj, tylko mów konkretnie – huknął.
– A więc bierzemy trochę chlorku złotawego. Jest on ładnego czerwonego koloru.
– W reakcji nie brało udziału żadne ciało zawierające chlor – zauważył.
– Więc to był siarczan, albo co bardziej prawdopodobne azotan złotawy. Vitrol to prawdopodobnie kwas siarkowy, a Azoth Mędrcow – jak pan zauważył – kwas azotowy. Te dwa kwasy zmieszane w odpowiednich proporcjach tworzą tak zwaną wodę królewską – substancję rozpuszczającą złoto. W ogromnej temperaturze i ciśnieniu panujących w jaju filozoficznym sole metali mogły skrystalizować.
– A wiec mamy azotan albo siarczan złota… I co dalej? Numer, który pokazywali Sędziwój i Seton?
– Dokładnie tak. Następnie rozpuszczamy go w wodzie albo jeszcze lepiej w czystym eterze lekarskim.
– Hmm.
– Następnie wrzucamy do środka metalowy przedmiot. Najlepiej przetrzeć go wcześniej kwasem aby usunąć z jego powierzchni tłuszcze, tlenki i inne zanieczyszczenia. Tak jak zrobiły to z pańskim kluczem.
– Rozumiem. A potem na drodze elektrolizy, używając klucza jako elektrody, doprowadzić do osiadania na nim drobinek złota?
– Nie, Szefie. Po co tak się męczyć. Wystarczy poczekać piętnaście minut aż eter wywietrzeje. Azotan po rozpuszczeniu rozpada się na jony, azot ulatuje wraz z eterem, a na powierzchni klucza osadza się gruba na milimetr albo i lepiej warstewka metalicznego złota i to próby 999.
– Czyli w ten sposób pozłociły mi klucz – uśmiechnął się. – Azotan
złota jest trujący?
– Obawiam się że tak, ale myślę, że raczej nic im się nie stanie. Dawka nie była duża. Raczej zaraz po naszym wyjściu ściął je z nóg eter. Parując w żołądkach…
– Przeżyją?…
– Oczywiście. W razie czego, gdyby zaobserwowały jakieś niepokojące objawy, zadzwonią po pogotowie. Mają przecież telefon w antykwariacie i chyba co najmniej jeden komórkowy. Poradzą sobie…
Zaparkowałem przed domem Szefa.
– Gdybyś mógł mi pomóc jeszcze z tym krzesłem – poprosił.
– Jasne.
Wyciągnąłem z wozu krzesło Storma kupione w Krakowie.
Pan Samochodzik ujął walizkę, a ja mebel i wdrapaliśmy się na piętro. Włożył klucz w drzwi. Spróbował przekręcić.
– Zaciął się – westchnął.
– Pewnie pokryły go zbyt grubą warstwą – zauważyłem. – Wezmę pilniczek i zeszlifuję trochę.
– Czekaj, chyba poszło…
Z wysiłkiem zaczął przekręcać i nieoczekiwanie klucz się złamał.
– A niech to! – zaklął. – Uczyli cię w Czerwonych Beretach otwierać zamki wytrychami?
– Nie tylko wytrychami – powiedziałem wesoło. – Zaraz skoczę do
samochodu po narzędzia i sforsujemy te drzwi. Trzeba tylko spróbować wydłubać ten ułamany koniec…
Wyjąłem z kieszeni cienkie cążki i złapawszy za trzpień wyciągnąłem go z trudem.
– Pewnie był pęcherzyk powietrza w odlewie i dlatego się złamał -
powiedziałem i szukając potwierdzenia zbliżyłem go do oka.
Złoto pokrywało klucz tylko po wierzchu, dość cienką warstwą. Głębiej metal był srebrzysty, tak jak powinno być kiepskie gatunkowo żelazo…