– Widzisz Pawle, Pompeje zasypał gorący popiół i deszcz rozżarzonych kamyczków. Natomiast Herculanum i Stabie zalane zostały wulkanicznym błotem o temperaturze kilkudziesięciu stopni. Błoto pokryło miasto warstwą grubości kilkunastu metrów i stopniowo stwardniało na kamień. W Pompejach archeolodzy znajdują spalone książki, zwęglone na skutek przysypania gorącym popiołem, lub po prostu od leżenia przez blisko dwa tysiące lat w popiele. Odwijanie ich i odczytywanie jest niezwykle żmudnym zajęciem, ale przynosi już pewne wymierne korzyści. Szczególnie ciekawe mogą być badania willi na zboczach góry. Tam mieszkali najbardziej wykształceni pompejańczycy. Mieli z pewnością wiele ksiąg, i może coś z tego uda się odnaleźć. Do tej pory na przykład z wykopalisk mamy fragment nieznanej dotąd sztuki Ajschylosa.
– Dlaczego archeolodzy wiążą nadzieje z Herculanum?
– W gorącym błocie mogło zachować się więcej, poza tym gdzieś tam był gimnazjon z bogatą biblioteką, liczącą kilka tysięcy zwojów. Niestety, najpierw trzeba dokończyć badanie Pompejów, a to robota jeszcze na dziesięciolecia. Do tej pory, a kopie się tam od przeszło dwustu lat, odsłonięto 3/5 powierzchni miasta. Kto wie, jakie jeszcze tajemnice kryją gruzy zniszczonych miast i piaski pustyni. No i jest jeszcze jedno źródło, do niedawna lekceważone.
– Jakie? – zaciekawiłem się.
– Etiopia i Armenia. Kraje leżące na obrzeżach ówczesnego świata. Znane są greckie traktaty filozoficzne, które przetrwały tylko w postaci przekładów na ormiański. Znamy prace historyczne z I wieku naszej ery, które zachowały się tylko w językach ormiańskim, amharskim i gyez. Ocalało sporo. Trzeba to tylko odnaleźć…
Rozdział III
Gabinet wicedyrektora Lucjusza był dość ciemny. Całą jedną ścianę zajmował regał sklecony z różnych przypadkowo zebranych desek, zastawiony ciasno dziesiątkami książek. Kilka przedwojennych foteli otaczało niewysoki stolik. Na biurku stał komputer.
– Wygodnie się siedzi? – uśmiechnął się stary muzealnik.
– Bardzo – powiedział Szef. – Gdzie je pan zdobył?
– Cóż, pewna pomylona staruszka zapisała je naszemu muzeum. Sądziła, że to bezcenne antyki. Nie wypadało odmówić, ale nie mamy ekspozycji mebli z lat międzywojennych, więc na razie wykorzystujemy je w tak prozaiczny sposób – uśmiechnął się.
– Porozmawiajmy o sprawie, która nas tu sprowadza – zaproponował Pan Samochodzik.
Nasz gospodarz wyjął z szuflady list napisany na ręcznie czerpanym papierze.
– Oto nasza zagadka – powiedział. – Zwróćcie panowie uwagę jaka piękna kaligrafia. Każda literka dopracowana.
– Odciski palców? – zapytałem.
– No cóż. Cała masa. Trzech różnych osób. Tyle tylko, że nie figurują w rejestrach policyjnych. A nie sprawdzimy przecież, jakie linie na paluszkach mają wszyscy mieszkańcy Krakowa.
Poskrobałem się w zadumie w głowę.
– Może dać ten list grafologowi – zaproponowałem
– Myśleliśmy o tym, ale policyjni są strasznie zawaleni robotą. Musielibyśmy czekać przeszło dwa miesiące na odpowiedź.
– Mam przyjaciela, który się tym amatorsko zajmuje – powiedziałem. – Z tego co wiem, głównym źródłem jego utrzymania jest badanie listów motywacyjnych wysyłanych do kilku dużych firm.
– Próbuje z kroju pisma wyczytać czy dany człowiek nadaje się na pracownika? – uśmiechnął się pan Lucjusz. – Jeśli nie kosztowałoby to zbyt dużo…
– Dla mnie zrobi to gratis. Jest mi winien przysługę.
– Tam jest skaner. W komputerze jest modem, gdybyś chciał mu to przesłać przez sieć – wskazał gestem.
– Ja jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tych nowoczesnych środków komunikacji – westchnął Szef.
– Ja musiałem. Ostatecznie jestem tu wicedyrektorem, muszę być kompetentny – uśmiechnął się.
Zabrałem się do dzieła. Położyłem list na płycie skanera, uruchomiłem podgląd.
– Nie ma pan teorii kto mógł zapragnąć wejść w posiadanie atanatora? – zapytał Szef.
– Mam – westchnął. – Ale jest ona tak skrajnie nieprawdopodobna, że darowałem sobie sprawdzanie jej wiarygodności.
– Nasz kolega po fachu Sherlock Holmes – zacząłem.
Dokończenie zdania przerwał mi wybuch homeryckiego śmiechu. Rechotali obaj. Wreszcie Szef opanował się z wysiłkiem.
– Mów, mów, przepraszam…
– Nic nie szkodzi, Szefie. Detektyw uważał, że jeśli wykluczy się wszystkie rzeczy niemożliwe, to pozostałe, nawet jeśli będą mało prawdopodobne, muszą być prawdziwe.
Pan Lucjusz kiwnął głową w zadumie.
– No dobrze. Jakiś miesiąc temu spotkałem w muzeum dwa sympatyczne cielątka w wieku około osiemnastu-dziewiętnastu lat. Szczerze mówiąc, jedna z nich mało mnie nie przyprawiła o zawał, bo wyglądała dokładnie jak dama sportretowana na jednym z wiszących w tej sali obrazów…
Słuchałem go przygotowując pocztę do wysłania.
– Sprawdziłem wszędzie, nawet do książki telefonicznej zajrzałem – dokończył. – W Krakowie nie ma żadnych Kruszewskich.
– A dlaczego pan sądzi, że była z Krakowa? – zaciekawiłem się. – Skoro sam pan wspomniał, że miała dziwny, jakby kresowy akcent…
– Dlatego tak sądzę, wielki detektywie, – uśmiechnął się z politowaniem – że powiedziała, iż czasem lubi wpaść i popatrzeć sobie na ten obraz. Z tego wydedukowałem, że musi mieszkać gdzieś niedaleko. Bo przecież nie będzie jechała przez pół Polski tylko po to, żeby wpaść do muzeum. Zwłaszcza, że nie potrzebuje nawet kopii tego obrazu. Wystarczy, że popatrzy w lustro.
Kiwnąłem głową.
– Może mieszkać gdzieś daleko, ale chodzić do liceum w Krakowie – zasugerował Szef. – Albo studiować…
– Chyba ciut za młoda. No chyba, że jest na pierwszym roku – powiedział pan Lucjusz. – Tak więc te dwie dziewczyny były jedynymi, od których kiedykolwiek słyszałem pytanie o to urządzenie.
– Jak wygląda ten atanator? – zainteresowałem się.
– Chodźcie, pokażę wam – uśmiechnął się.
Wstaliśmy. Magazyn muzealny urządzony był na strychu. Gospodarz otworzył ciężkie stalowe drzwi i wkroczyliśmy pomiędzy regały zastawione gęsto drewnianymi skrzyniami i tekturowymi pudłami.
– Nie mamy tu właściwie nic cennego – powiedział. – Kilka starych zastaw stołowych, setki świeczników z różnych epok, trochę secesyjnych sreber i całą kupę przedmiotów codziennego użytku z ubiegłego wieku i początków naszego. Nie wystawiamy ich, no za wyjątkiem niewielkich wystaw tematycznych od czasu do czasu. A oto i nasz eksponat.
W kącie magazynu stało coś w rodzaju blaszanego piecyka typu koza. Czarne blachy poznaczone były wżerami w miejscach, gdzie troskliwa ręka uzbrojona w nasączoną naftą szmatkę usunęła rdzę. Od spodu znajdował się zbiornik na oliwę, wykonany z pociemniałego mosiądzu. Dyrektor otworzył pokrywę, osadzoną na zawiasach i naszym oczom ukazało się wnętrze piecyka.
Ścianki, jak się okazało, wykonane były z dwu warstw blachy, pomiędzy które ubito glinę. Od długiego użytkowania wypaliła się na czerwono-czarny kolor. W głębi pieca na warstwie piasku leżało szklane jajo zaopatrzone w wentyl. Szkło było lekko zielonkawe, pełne pęcherzyków. Z jednej strony trochę się zaklęsło, jakby zbyt wysoka temperatura spowodowała częściowe stopienie się jaja.