– Więc za tą kupkę pordzewiałych blach oferowano bezcenny starodruk? – zdumiałem się. – Na miejscu muzeum nie wahałbym się ani minuty!
Stary kustosz westchnął.
– Panie Tomaszu – powiedział – Skąd pan wytrzasnął tego swojego pomocnika?
– Wyszedł pewnego dnia z krzaków ubrany w dres Adidasa.
– Czy miał telefon komórkowy i kij do bejsbola? – zaciekawił się pan Lucjusz. – Wyobraź sobie, młody człowieku, że ta kupka pogiętych blach to jeden z dwu istniejących na świecie autentycznych pieców tego typu pamiętających siedemnasty wiek. A nasz jest jedynym kompletnym.
– Przepraszam – powiedziałem ze skruchą.
– Ale starodruk, albo przynajmniej jego kopię warto by zdobyć – powiedział Szef. – Jak możemy skontaktować się z nadawcą listu?
– Na Plantach, niedaleko od Barbakanu znajduje się stary dąb. Częściowo wypróchniał, dziura zabezpieczona jest siatką. Nadawca polecił umieścić odpowiedź za nią.
– Mam plan – powiedziałem. – Zostawimy wiadomość, że się zgadzamy.
Szef popatrzył na mnie zaciekawiony.
– I co dalej?
– Ustalimy miejsce przekazania. Wymienimy manuskrypt na odpowiednio zmodyfikowany piecyk typu "koza", ze szklanym słojem umieszczonym wewnątrz. Jeśli wymieniający potem się zorientuje, to oddamy mu jego starodruk, oczywiście uprzednio wykonawszy kopię.
– Trochę to nieetyczne – mruknął gospodarz.
– Skrajnie nieetyczne – westchnął Pan Samochodzik. – Czy masz jeszcze jakieś równie dobre pomysły?
– Ten jest niezły – pan Lucjusz podniósł głowę. – Ale zrobimy to trochę godniej. Żadnego piecyka typu koza. Zaproponujemy wymianę. Prawo do skopiowania starodruku, w zamian za prawo do skopiowania piecyka.
– Choroba, to mi nie przyszło do głowy – powiedziałem ze skruchą.
– Trzeba mieć tu – Szef puknął się palcem wskazującym w czoło. – A nie tylko tu – zgiął ramię parodiując gest powszechnie znany z pokazów kulturystycznych.
– A jeśli właściciel traktatu nie zgodzi się na naszą propozycję? – zapytałem.
– Wówczas wymyślimy coś innego – powiedział Szef. – Proponuję przygotować list.
Uśmiechnąłem się w skrytości ducha. Wiedziałem już, co będę robił dzisiejszego popołudnia.
Padał deszcz, gdy za kratkę we wskazanym miejscu wsunąłem kopertę. Rozejrzałem się, czy nikt mnie nie śledzi, ale nikogo nie było widać. Wycofałem się i usiadłem na ławeczce stojącej opodal. Założyłem specjalne okulary. Ich szkła były od środka napylone do połowy srebrem, dzięki czemu mając je na oczach można było patrzeć do tyłu. Za to dużo gorzej patrzyło się od przodu. No cóż, coś za coś. Rozłożyłem sobie gazetę i udawałem, że czytam. Nie był to chyba najrozsądniejszy pomysł, bo szybko przemiękła od deszczu a potem rozpadła się. Minęły cztery godziny. W tym czasie alejką przeszło kilka osób, ale żadna nie zakręciła w stronę drzewa. Wreszcie gdy prawie traciłem nadzieję, na ścieżce pojawiła się niewysoka postać ubrana w jasną kurtkę przeciwdeszczową. Szła nienaturalnie powoli. Wyczułem w tym fałsz. Podczas deszczu nikt nie spaceruje sobie bez celu. Każdy spieszy się do domu, albo w inne miejsce gdzie może liczyć na suchy kąt i odrobinę herbaty. Postać zakręciła w stronę drzewa. Po chwili dłoń wyłowiła kopertę z listem zza siatki. Wstałem i ruszyłem szybkim krokiem w tamtą stronę. Odbiorca przesyłki nie spieszył się, nie zauważył mnie. Rozpruł palcem kopertę i czytał list. Podkradłem się bardzo cicho. Dopiero gdy byłem nie dalej niż metr od dziupli, czytający usłyszał mnie. Rzucił list na ziemię i z miejsca przyjął postawę obronną. Szeroki kaptur zasłaniał twarz.
– Możemy porozmawiać? – zagadnąłem.
– W żadnym wypadku!
Stała przede mną dziewczyna. Akcent nie pozwalał mieć wątpliwości, pochodziła z Kresów.
– Nalegam – powiedziałem.
– Z drogi – zażądała kierując się prosto na mnie.
Wyciągnąłem rękę. Zaatakowała z szybkością kobry i zwinnością kota. Rąbnąłem plecami w mokre listowie dobre dwa metry dalej. Usiłowałem wstać, gdy nieoczekiwanie niewielka stopa obuta w biały adidas przygniotła moją pierś z powrotem do ziemi.
– Nie uczyła cię mamusia, że to bardzo niegrzecznie przeszkadzać damie w lekturze listów? – zapytała.
Zamiast odpowiedzieć złapałem ją za stopę specjalnym chwytem i pociągnąłem skręcając jednocześnie. Padając wyprowadziła drugą nogą cios, który rozkwasił mi nos i sprawił, że przed oczyma zatańczyły kolorowe kółka. Poderwaliśmy się jednocześnie. Tym razem zdecydowałem przejąć inicjatywę i wyprowadziłem nogą uderzenie w kierunku jej kolana. Uskoczyła z zadziwiającą łatwością, po czym nieoczekiwanie stwierdziłem, że jej łokieć trafił mnie w splot słoneczny. Przed oczyma rozbłysło mi oślepiająco jasne słońce, a potem zgasło, a ja byłem rozbitkiem z łodzi podwodnej, któremu skończyło się powietrze. Długo nie mogłem złapać oddechu, wreszcie gdy przed oczyma robiło mi się już ciemno zdołałem napełnić płuca ożywczym tlenem. Stwierdziłem przy okazji, że znowu leżę na mokrej ziemi, wśród gnijących liści.
– Nie słyszałeś, że kobiety nie należy bić nawet kwiatkiem? – usłyszałem znowu ten sam miły głos.
– Słyszałem – wymamrotałem. – Chciałbym tylko porozmawiać.
– Nie ładnie tak się narzucać z towarzystwem – powiedziała. – Ale w dzisiejszych czasach mało kto pamięta jeszcze, co wypada, a co nie.
Z trudem dźwignąłem się na nogi. Westchnęła ciężko.
– Sądzę, że powinieneś już iść – powiedziała z udawaną troską. – Zbyt długie siedzenie na ławce w deszczu może się skończyć zapaleniem płuc.
Zrzuciłem idiotyczne szpiegowskie okulary, aby odzyskać pełne pole widzenia.
– Do trzech razy sztuka – powiedziałem przyjmując postawę obronną.
– Trzy razy to już leżałeś na ziemi – powiedziała. – Ale skoro sobie życzysz…
W tej chwili usłyszałem charakterystyczny dźwięk bezpiecznika od jakiejś wyjątkowo dużej spluwy. Lufę ktoś oparł mi za uchem.
– Ładnie to tak napastować bezbronne dziewczęta w parku? – usłyszałem głos.
Ten także należał do młodej dziewczyny. Jej wschodni akcent był słabszy.
– Stasia, daj mi go do końca złomotać – poprosiła moja oprawczyni. – Tylko mu dam małego kopa w zadek, żeby mu wróciła świadomość klasowa i już możemy iść.
Ucisk lufy za uchem zniknął.
– Dobrze, załatw go szybko i idziemy, bo zupełnie przemoknę na tym deszczu – powiedziała ukryta za moimi plecami.
Pierwsza ruszyła w moją stronę. Z trudem opanowałem narastającą panikę. Tym razem byłem wystarczająco skoncentrowany. Zablokowałem pierwszy z jej ciosów. Za drugim razem zdołałem posłać ją na ziemię, zarobiłem jednak jednocześni silny kop w kolano. Leząca poderwała się natychmiast. Kaptur spadł jej z głowy, odsłaniając miłą twarz i gruby, jasny warkocz. Była bardzo ładna i faktycznie nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat. Chwila zagapienia wystarczyła, by słodkie dziewczę posłało mnie znowu na ziemię. Tym razem wyrżnąłem głową w jakiś korzeń i na dłuższą chwilę straciłem ochotę do kontynuowania znajomości. Tajemnicza Stasia, ciągle trzymając mnie na muszce, podeszła do drzewa i poniosła porzucony list. Czytała go zupełnie spokojnie.