– Ach, w ogóle nie wchodzi w grę, żebyś się z nami liczyła, przecież jedzenie nie jest najważniejsze! Najważniejsze, że się zobaczymy!
Odłożyłam słuchawkę i wpadłam w panikę. Nie mam pojęcia, w co ręce włożyć, jest co prawda pogodny ranek, ale w ogóle nie jestem przygotowana na gości! W lodówce pustawo, a w domu pełen uroku bałagan. Wpadłam do łazienki i zaczęłam nerwowo sprzątać. Okazało się, że w całym domu nie ma czystej pościeli, więc włożyłam do pralki wszystko, co nadawało się do gotowania. Jeśli będzie cały dzień słońce, to wyschnie akurat. Wyjęłam odkurzacz i wyrzuciłam na taras dywany. Ula z Krzysiem siedzieli przed swoim domem. Pili poranną kawę.
– Co się z tobą dzieje? – Krzyś aż podszedł do płotu. – Ty wiesz, która godzina?
Godzina była wczesnoporanna, ale panika ogarniała mnie coraz większą falą.
– Jedziecie na targ? – zapytałam błagalnie.
– Ula, pojedziesz z Jutką na targ? – krzyknął Krzyś w kierunku tarasu.
– A co się stało? – Ula też wyglądała na przerażoną. – Przecież miałaś leniuchować…
– Nie mogę – jęknęłam – będę miała gości.
Ula jak zwykle wzięła sprawy w swoje ręce.
– Za dziesięć minut będę gotowa – powiedziała i oddaliła się dostojnie, a tuż za nią podreptał Ojej, na którego widok nikt już “ojej!” nie krzyczał, ponieważ kudły mu odrosły, Ula go wyczesywała i był już normalnym, pięknym, szarym persem. Który zachowywał się jak pies.
Pożyczyłam dwieście złotych od Reńki, żeby moich gości nakarmić godnie i z całą staropolską gościnnością. Kupiłam indyka, schab, śliwki, pomidory, pietruchę i koperek, ziemniaczki, wino dobre, kalifornijskie. Zrobiłam roladę z indyka, upiekłam schabik ze śliweczkami, paluszki lizać, sałata lodowa wypłukana stała w lodówce, bułeczki na niedzielne śniadanko zapewnione, butelka białego wina chłodzi się, a ja znów rzucam się do sprzątania. Koło czwartej wpadam pod prysznic, żyć mi się nie chce, podpieram się nosem, mieszkanie błyszczy, przecież mogą być lada chwila. Czekam.
O siódmej wieczorem Ula pyta przez płot, czy do nich nie wpadnę. No, nie wpadnę, bo czekam. Mogą być za chwilę, za moment, bo przecież już wieczór się zbliża. W domu jestem sama, nikt im drzwi nie otworzy. Więc czekam.
O wpół do drugiej w nocy doszłam do wniosku, że już nie przyjadą, i położyłam się spać. Spałam godzin parę, bo przecież mogą przyjechać rano, więc muszę być wcześnie na nogach. Na nogach byłam o siódmej, żeby uprzątnąć pokój, co to dla nich przygotowałam, pościelić rozścielone wczoraj na noc łóżka i w ogóle zrobić przyjemnie. Zrobiłam przyjemnie, koło jedenastej zjadłam śniadanie i czekałam. Włączyłam telewizor, ale akurat wyliczali, kogo i gdzie znaleźli, i co znalezieni zrobili złego, więc wyłączyłam telewizor i zaczęłam przygotowywać się do obiadu. Ziemniaczki na trzy osoby, schabik do piekarnika, sos do sałaty – francuski, z czosnkiem. O czwartej po południu zaczęło mnie nosić. Może błądzą? Może coś z samochodem? Może dziś moja ulubiona kolejka WKD chwilowo nie chodzi, a oni jadą jednak kolejką?
Wyszłam na stację – kolejka jeździła. O wpół do szóstej po południu zjadłam schabik z chlebem, bo skręcałam się z głodu. O siódmej w desperacji pełnej obejrzałam dobranockę i dziennik, żeby dowiedzieć się czegoś o wypadkach kolejowych tudzież samochodowych. Owszem, sporo tego było. O ósmej – wysłuchałam prognozy pogody. Zaczęłam się zastanawiać nad telefonem do informacji o wypadkach, ale nie wiedziałam, czy jadą swoim ślicznym białym nissanem, czy nie. O dziewiątej pościeliłam łóżka, a o dziesiątej poszłam na chwilę do Uli, żeby się przestać denerwować.
– W ogóle już się nie pokazujesz. Dobrze, że Adam raz na jakiś czas wyjeżdża – powiedział Krzyś, przypominając mi, że jestem kobietą uzależnioną…
Wtedy właśnie przyjechali. Samochodem. Stanęli pod bramą i inteligentnie zatrąbili. Rzuciliśmy się sobie w ramiona, prowadzę ich do pokoju.
– Ale chyba zwariowałaś, żeby sobie taki kłopot robić! – krzyczą.
Ściągają pościel, wyjmują śpiwory, kładą na łóżku. Odrobinę się tylko opłuczą, podróż straszna, jedzenie podłe, rzucam się do kuchni, włączam pod ziemniaczkami i schabikiem, zalewam sałatę sosem, oni się pluszczą w łazience, ja nakrywam stół, wino, świece i te rzeczy.
– Dlaczego ty sobie tyle kłopotu narobiłaś! – jęczą po wyjściu z łazienki. Ona świeżutka, on ogolony. – Po co? Obiad jedliśmy w Warszawie, Artur nie je w ogóle mięsa, z alkoholi tylko pijemy wódkę, mniej szkodzi na wątrobę, ha, ha, nie przejmuj się w ogóle nami! Mamy w samochodzie pół litra.
Wnoszę schabik, ziemniaczki, sałatę, rolada z indyka wygląda fantastycznie. Jestem z siebie dumna, już wiem, że im się coś przesunęło, ale przecież mówili, że będą niezobowiązująco, żeby mi nie robić kłopotu, więc postanawiam się cieszyć.
– Ależ po co to wszystko? Przecież mówiliśmy ci, że w ogóle nie jesteśmy głodni. Może tylko sałata. Przynoszę sałatę, odnoszę roladę.
– Och, z czosnkiem to ja nie mogę. Nie masz przypadkiem odrobiny winegretu?
Idę do kuchni, przynoszę miseczkę z resztką wypłukanej sałaty, olej, cytrynę, sól, pieprz, stawiam na stole.
– Ach, olej tylko taki? Z oliwek wolimy, nie, za to dziękujemy, ale nie rób sobie kłopotu, siadaj, czemu tak biegasz i biegasz.
– Może herbaty?
Chcę naprawdę być gościnna.
– O, herbaty chętnie, chętnie, herbata po długiej podróży nam się należy, ha, ha.
Wstawiam wodę. Stoję nad czajnikiem elektrycznym, dzbanek przygotowany, filiżanki też. Przynoszę herbatę.
– Czarna? Ojej, my tylko zieloną, ale nie szkodzi, napijemy się wody. Gorącej.
Biegnę po wodę.
– Masz tylko z kranu? Lepsza jest ze studni głębinowej, ale nie szkodzi. Może masz mineralną?
– Mam.
Idę do kuchni, wyjmuję ostatnią butelkę mazowszanki.
– Ojej, z gazem?
– Nie, bez.
– Ale wygląda jak z gazem, prawda? Dlaczego w ogóle nie usiądziesz, nie można z tobą zamienić słowa. Chyba mamy w samochodzie resztkę z drogi, niegazowanej, skocz, Artur, a ty, Judytko, nie rób sobie kłopotu.
Artur skacze po wodę niegazowaną do samochodu.
Ziemniaki z koperkiem parują na stole.
– Ty jesz ziemniaki? – Miśka jest uprzejma, a ja głodna. – Bo my głównie kaszę. Najlepszy jest długoziarnisty ryż ciemny. Och, jak się cieszę, że się widzimy!
– Ja również. – Nakładam sobie ziemniaki i sałatę.
– Nie chcieliśmy ci robić kłopotu, więc zjedliśmy coś przed chwilą dosłownie, tuż przed wyjazdem z Warszawy. Z tym, że ciężko do ciebie dojechać, właściwie chcieliśmy być już wczoraj, ale byśmy przyjechali wieczorem, to nie chcieliśmy ci kłopotu robić. No, to twoje zdrowie!
Wynoszę schabik i ziemniaczki do kuchni, rolada z indyka nietknięta, wódeczka leje się strumieniem szerokim, bo oni tylko wódkę. Wino korkuję, może do jutra nie zwietrzeje.
– Nie chcemy ci robić kłopotu, ale czy możemy ustawić samochód jednak trochę bliżej domu? Bliżej domu to ja mam róże i tawuły.
– Miśka, ale tutaj mam róże i tawuły – mówię odważnie, bo kurs asertywności mam za sobą, jako osoba odpowiadająca na listy.
Droga pani Alu,
Asertywność jest umiejętnością wyrażania własnego zdania bez urażania cudzych uczuć, umiejętnością obrony własnych poglądów w sposób nieagresywny…
– Och, Artur będzie uważny, gdyby to miał być kłopot, to oczywiście w żadnym wypadku… może przecież stać przy bramie…
– To może niech tam zostanie, przecież bramę i tak zamykam na noc.
Twarz Miśki robi się czerwona.