„Objawy takie towarzyszą często pospolitym sytuacjom życiowym: egzamin itd. Nikt nie rozpoznaje w takiej sytuacji nerwicy, chociaż opisane objawy…
Czy mam to wszystko przepisać? Po co komu ta wiedza? Czy od tego ona przestanie się bać autobusu? Albo pomyśli, że jest piękna i nie musi robić operacji plastycznej, która wpłynie kojąco na pracę mózgu? Dlaczego właściwie dałam pieniądze obcej kobiecie, z którą raz w życiu miałam do czynienia i która właściwie nie wzbudziła mojego zaufania? Nie mogę tak myśleć. Spokojnie. Muszę odpisać na ten cholerny list, człowiek oczekuje ode mnie pomocy…
„Najczęściej nerwica rozwija się wskutek ujemnych bodźców powtarzających się przez dłuższy czas. Czasem chodzi tu o te same czynniki, czasem kilka różnych przyczyn nakłada się na siebie. W zależności od odporności osobniczej, a także cech wrodzonych, nerwica może rozwinąć się…”
Właśnie, cechy wrodzone, jakie właściwie są moje cechy wrodzone? Naiwność? Głupota? Chęć dorównania Rence? Żeby Adam nie zwracał na nią uwagi, tylko na mnie? Czy to jest cecha?
„…mają różnego rodzaju trudne przeżycia emocjonalne, np. nieporozumienia z partnerem seksualnym…”
Będę miała nerwicę, i to jaką! Mój Adasiu Niebieski, przecież ja cię nie chciałam oszukać, tylko pożyczyć i zrobić nam wszystkim dobrze! I nie wpędzać cię w poczucie winy, że nie zarabiasz tyle co mąż Renki… A może ja podświadomie chcę, żebyś zarabiał tyle co jej mąż? I żebyś był moim… Stop.
“Można zresztą mówić wtedy o strachu, a więc o stanie, w którym istnieją konkretne przyczyny niepokoju. Trudno znaleźć granicę między lękiem fizjologicznym a patologicznym. O patologii mówimy wtedy, kiedy lęk jest stały i utrudnia nam pracę…”
O patologii w moim przypadku w ogóle nie może być mowy. Czy mój strach ma wpływ na moje funkcjonowanie w pracy? Nie. Przecież siedzę i pracuję, jak gdyby nigdy nic. Boże, co ja zrobię, co ja zrobię, Adam! Wróć z tej cholernej pracy i powiedz mi, jak mądrze odpisać! Odkładam list. Powinien odpisać lekarz. Nie mogę szkodzić.
Dlaczego Azor lubi Adama?
Droga Redakcjo,
Nie znalazłam w Waszym piśmie czegoś ważnego, o czym ludzie powinni się dowiadywać z gazet. Nie wszczynacie ważnych rozmów o zasadach, które wskazują sposób życia przynoszący korzyści również pod względem fizycznym. Na przykład “zachowanie umiaru w nawykach służy zdrowiu (I Tym. 3:2). A przecież jeśli będziemy się kierować zasadami słowa Bożego, będziemy szczęśliwszymi ludźmi. I każdy, kto będzie przejawiał spokój wewnętrzny płynący z Biblii, stanie się lepszym mężem lub żoną. Wy piszecie tylko o seksie i o tym, co robić, żeby seks zawładnął całym naszym życiem. Jeśli dalej będziecie tak postępować, doprowadzicie ludzi do degeneracji. Nie szerzycie dobrych idei…
Co ja mam odpisać? Czy seks doprowadza do degeneracji? Mnie nie. Ale innych może doprowadzić, na przykład doprowadzi kiedyś do degeneracji Tego od Joli, który nie oglądając się na rodzinę, stop, teraz muszę pomyśleć o nim siedem dobrych rzeczy. Przychodzi mi to z trudnością, ale Ula mi powiedziała, że duszę leczy się w bardzo prosty sposób. Jeśli pomyślisz o kimś, że jest świnia (albo inaczej, bo świnia czasem to zacny eufemizm), to natychmiast masz pomyśleć o siedmiu jego dobrych cechach, żeby nie zostawiać złej energii w kosmosie. Ula w ogóle nie wierzy w energię ani w kosmos, ale mówi, że to dobre ćwiczenia na przytępienie rozdętego ego, które każdy z nas hoduje sobie w samotności. Nie przychodzi mi do głowy siedem dobrych rzeczy związanych z Tym od Joli, bo od miesięcy wszystkie dobre rzeczy kojarzą mi się tylko z Adaśkiem. Ale spróbuję. Po pierwsze – dzięki niemu mam Tosię. Po drugie… kiedyś mi wyjął masło z lodówki, żebym miała miękkie… Po trzecie… nigdy mnie nie uderzył. Ale kapitalnie mi to idzie, doprawdy. Również nikogo nie zabił, nie okradł. Wróć. Po trzecie… będzie się miał z pyszna, jak Jola za dziesięć lat rozejrzy się za rówieśnikiem. I bardzo dobrze! I świetnie, tylko niestety będzie już za późno na żałowanie tego, co się zrobiło własnej byłej żonie, która będzie bardzo szczęśliwa.
Otwieram szeroko drzwi do ogródka. Praca w domu ma swoje bardzo dobre strony, wtedy kiedy pada albo jest obrzydliwie, albo wieje silny wiatr, albo jest zima. Ale kiedy czerwiec się całkowicie rozpanoszy i słońce świeci jak oszalałe, i wychynęły z ziemi wszystkie dorodne roślinki, które zakwitną lada moment, praca w domu wymaga bardzo silnej woli.
Zanim siądę do komputera, mogę spokojnie przejść się do Reńki, która dzwoniła, żeby przyjść, bo kupiła za dużo róż i niektóre jej nie pasują. Odda za darmo. Może też kupiła za dużo narzędzi, bo mi stylisko od grabi amerykańskich pękło i widły są nie do użytku, albo ma za dużo grabi… Spacer mi świetnie zrobi, tym bardziej że to niedaleko. Czasami zastanawiam się nad niesprawiedliwością losu. Taka Reńka ma wszystko. Prawdziwego ślubnego męża, pieniądze, służącą, nie musi pracować, chodzi do kosmetyczki i na masaże limfatyczne. Jedyna jej wada to rottweiler, który jest olbrzymi i czarny, i nie pociesza mnie to, że jeszcze nikogo nie zagryzł. Zamykam dom i wychodzę na drogę. Świat czerwcowym przedpołudniem jest zachwycający. Do Reńki jest może osiemset metrów, ale te osiemset metrów prowadzi wśród brzóz, i świeże liście lekko trzepoczą człowiekowi nad głową. Mijam stary dąb i olbrzymi dół, w który przed paroma miesiącami wpadł samochód Adama, że aż miska olejowa pękła. Dół jest groźny, coś kopali, a potem zapomnieli o nim, gliniasta, czerwonawa ziemia robi się w tym miejscu po deszczu zdradliwa. I dlatego właśnie Reńka dostała od męża samochód terenowy. Staję przed jej bramą. Azor, jej uroczy rottweiler, biega wzdłuż siatki. I nie szczeka. Dzwonię. Reńka w zielonej sukience biegnie do furtki.
– Judyta, tak się cieszę, że wpadłaś!
– Zamknij psa. – Stoję przed furtką i się nie ruszam. – Ja po te róże, co mówiłaś…
– Róże czekają, a z Azorem daj spokój, on jeszcze nigdy nic nikomu nie zrobił!
Ale mi argument. Mój Eksio do pewnego momentu też mi nigdy nic nie zrobił.
Reńka zamyka Azora w dużym boksie w kącie ogrodu. Nie wiem, dlaczego nazwali psa Azor. Azor, jak sama nazwa wskazuje, to jest przyjemny mały kundelek, a nie zabójca, z miną zabójcy w dodatku.
– Nie histeryzuj – mówi Reńka – tylko ty tak na niego reagujesz. I on się denerwuje.
Adam na przykład w ogóle się go nie boi. Reńka swoje czerwone włosy skręca w ogon i zarzuca na plecy. Jest oszałamiająca i wolałabym, żeby mówiła o swoim mężu, a nie o moim Adamie.
– Chodź, napijemy się martini z lodem. Jest tak gorąco.
Martini? Z lodem? Przed południem? W dzień powszedni? Czemu nie? Można i tego spróbować. Wchodzę posłusznie za Reńką do domu. Jej salon ma przynajmniej czterdzieści metrów. Już się do tego przyzwyczaiłam. Ale najpiękniejsza u nich jest łazienka. Jak mi ją pokazała, to prawie osłupiałam. Matko moja, jak ze snu. W rogu ogromna wanna jaccuzi, prysznic wpuszczony w podłogę, tak że się schodzi do niego po schodkach, dwa olbrzymie fotele rattanowe, drzwi do sauny i sama sauna, do której może naraz wejść pięć osób. W poprzek lustra, które zajmują całą ścianę, wisi biała gładka półka, a na niej jest ustawiony cały sklep perfumeryjny. Przedmiot mojej wielkiej zazdrości. Jak ja bym miała takie kremy i takie perfumy, to bym wyglądała jak Tosia.
Reńka mimo pogodnego czerwcowego dnia jest nie w humorze. Nalewa nam martini, dodaje lodu i prowadzi mnie do ogrodu. Wyciągamy się na leżakach.