Droga Redakcjo, chodziłam do solarium przez cały rok i teraz moja skóra wygląda jak cienki pergamin…
Odchylam głowę do tyłu. Boże, jak mnie boli szyja. Nie mogę obrócić głową ani w lewo, ani w prawo. Ale robię porządnie parę skrętów. Opuścić głowę na piersi… tuż koło lampy leży różowa kartka papieru. Podnoszę. Upadł jakiś list, którego nie zauważyłam, jeszcze z poprzedniej porcji. Ciekawe, kto w tym domu sprząta?
Droga Redakcjo,
Proszę mi pomóc. Od dwóch lat leczę się na bezpłodność w klinice matki i dziecka. Już sama nie wiem, co robiłam i gdzie byłam, żeby mi pomogli. Nie tracę nadziei, że w końcu uda mi się zajść w ciążę. Ale ostatnio pojawił się problem, z którym nie mogę sobie poradzić. Jak przekonać mojego męża, żeby również poddał się badaniom? On uważa, że wina leży po mojej stronie, i tak pewnie jest. Ale mój lekarz powiedział, żeby mąż oddał nasienie, a on nie chce…
Tak, to jest to, czego ja w przyrodzie nie rozumiem. Jak już facet ma jakiś niewielki kompleksik, to jest on trzysta razy cięższy niż największy kompleks kobiety. I weź tu zmuś chłopa, żeby się skompromitował badaniem, które może pomóc mu zostać ojcem. Nie ma takiej możliwości, ponieważ zawsze i wszędzie wszystkiemu winne są kobiety. W Afganistanie są karane za to, że stukot ich sandałów spod tych czarnych płacht rozprasza mężczyzn, a u nas są karane zawsze i za wszystko. Niech sobie Adam odpowie na taki list. Zmień faceta, jeśli jego kompleks jest ważniejszy niż ty i twoje zdrowie. Jak pomyślę, co ta kobieta przeżywa i jak bolesne i ciężkie jest leczenie bezpłodności, a taki chłystek nie może sobie zrobić przyjemności do probówki, to mi się nóż w kieszeni otwiera. I boli mnie szyja coraz bardziej.
Położyłam się na moment na kocu w ogrodzie, mój kręgosłup i ja jesteśmy zmęczeni. Prawdę powiedziawszy, marzę o tym, żeby gdzieś wyjechać. Na chwilę choćby oderwać się od domu. Wczoraj dzwoniła Tosia, czy może zostać jeszcze dwa tygodnie, bo jest cudownie, mamuś, naprawdę cudownie. Potem rozmawiał ze mną Jakub, że naprawdę jest cudownie i czy Tosia nie mogłaby zostać, potem oddał słuchawkę babci i babcia powiedziała, że jest absolutnie cudownie i czy Tosia nie mogłaby zostać.
Adam wziął stałe zlecenie w radiu, w czwartki ma w nocy audycję, a we wszystkie inne dni wraca bardzo późno, bo urlopy, jest prawie sam w pracy. Nie bardzo rozumiem, dlaczego się na to zdecydował. Oczywiście, ja mam swoje życie i już tak nie pędzę do domu, ale to przecież w trosce o jego dobro. Na dodatek zepsuł się samochód, podjął na naprawę dwa trzysta z konta, więc pobłogosławiłam po raz kolejny Alę. Kredyt prawie załatwiony, mam dostać odpowiedź z banku w ciągu dwóch tygodni, wtedy jej oddam.
Nie wysiedzę tylu godzin przy komputerze, a przede mną jeszcze dwadzieścia listów. I chciałam skorzystać z okazji, że nikt mi się nie będzie pętał pod nogami, i zrobić porządek w szafach. Zwlokłam się z koca, wypakowałam naszą szafę w sypialni i zrozumiałam, co to znaczy mężczyzna w domu. Bo chyba zapomniałam. Adam ma przydzielone trzy szuflady, tyle samo ile ja. W jednej ma mieć podkoszulki, skarpety i gatki, w drugiej bluzy i koszule, w trzeciej spodnie. I okazało się, że mój Niebieski nie odróżnia spodni od wiertarki (leżała na samym dnie), a bluzy od gatek. Zrobiłam mu miejsce w kuchni na wiertarki i pudełko śrub, a rzeczy z kuchni – prodiż i duże gary – przeniosłam do szafy w sionce. Posunęłam się nawet do tego, że zryłam cały dom w poszukiwaniu różnych ważnych przyrządów do wiercenia, wbijania, wyciągania, wyginania, odginania, cięcia, klejenia i zniosłam je na miejsce. Na przykład w łazience na dolnej półeczce były śrubokręty i obcęgi różnego rodzaju. W szopie słoiczki z nakrętkami, nie wiadomo do czego służącymi. Klucz francuski leżał w szufladzie ze sztućcami. Pod zlewem znalazłam jakieś brudne szmaty, które natychmiast wywaliłam, i jakąś starą czarną taśmę. Wtedy odkryłam, że ze zlewu jednak cieknie, nic dziwnego, że woda nie spływa tak dobrze, jak kiedyś. Nic nie wkładałam do szafki pod ten zlew. Adam będzie miał dobre dojście do rury, bo to tak dłużej nie może być. Wyrzuciłam jakieś badziewie, kawałki złączek, jakieś powyginane coś, niepotrzebne śrubki i kawałki otuliny do rur.
W szufladzie Adama znalazłam dwanaście małych srebrnych śrubeczek i przełożyłam je do słoika z różnymi innymi śrubeczkami.
Kiedy Adam stanął w drzwiach, byłam z siebie bardzo dumna. Co prawda, w kuchni był bałagan, bo te rzeczy z szafki pod zlewem leżały na razie na środku kuchni. Nigdy nie przypuszczałam, że szafka pod zlewem jest tak pojemna. Z dumą pokazałam Adamowi porządek. Był blady.
– Tylko niepotrzebne rzeczy – wyjaśniłam spokojnie i dumnie.
Rzucił torbę i pobiegł do pokoju. Otworzył biurko i spojrzał na mnie tak, jakby mnie widział po raz pierwszy w życiu.
– Tu były takie małe śrubki, co z tym zrobiłaś?
No wiecie, ludzie! Człowiek chce raz się przydać, robi porządek, i zamiast spodziewanej pochwały spotykają go same nieprzyjemne pytania.
– Włożyłam do śrubek, są w słoiczku w kuchni, w pierwszej szafce po prawej stronie.
Adam rzucił się do kuchni i zbladł jeszcze bardziej.
– To były śrubki od stacji dysków. Po czym wyniósł swój słoiczek ze śrubkami do pokoju i wysypał je na podłogę.
– Muszę znaleźć – powiedział przez ramię – muszę je natychmiast znaleźć.
Śrubek było tysiąc albo i więcej. Te malutkie srebrniutkie zupełnie się gdzieś w tym bałaganie zagubiły. Adam klęknął i pieczołowicie oddzielał jedne od drugich.
Nie muszę brać udziału w męskich robotach.
– To może ja pójdę do Uli? – powiedziałam. – Czy najpierw chcesz coś zjeść?
– Nie, muszę najpierw zrobić porządek – powiedział Adam, w ogóle na mnie nie patrząc, z nosem przy podłodze.
Poczułam się urażona. To ja cały dzień sprzątam, żeby nam się milej mieszkało, a on dobrego słowa mi żałuje.
Ula i Krzyś prasowali zdjęcia. Też dobre zajęcie, choć nigdy w życiu nie wpadłoby mi do głowy, żeby prasować zdjęcia. Ale cóż, ja w ogóle nie lubię prasować. Ula posadziła mnie przy stole i podała herbatę miętową.
– Wy tak, przepraszam, często odświeżacie zdjęcia? – starałam się, żeby ton mojego głosu nie był zbyt uszczypliwy.
– Nie, tylko w środy i w piątki – powiedział Krzyś.
– Ty tego nigdy nie robisz?
– Oddaję do magla – warknęłam.
– Oj, Jutka – Ula trąciła Krzysia łokciem w bok – pralka nam wylała i zamoczyła pudła, to musimy je teraz wyprasować, bo się pogięły. Zobacz, jaka tu byłam szczupła – wyciągnęła do mnie rękę.
Rozprostowałam rulonik i spojrzałam na biało- czarną fotografię. Ula i Krzyś dwadzieścia lat temu, kiedy ich jeszcze nie znałam. On obejmuje ją wpół, a ona patrzy w niego jak w obraz. Rzeczywiście jest szczuplejsza, i co z tego? Patrzę na to zdjęcie i robi mi się smutno. Czas tak szybko biegnie, a poza tym ja nie mam z Adamem żadnego zdjęcia sprzed dwudziestu lat. Przeszłość nie należy do nas. I bardzo dobrze. Lepiej mieć wspaniałą przyszłość niż wspaniałą przeszłość. Rozglądam się po pokoju Uli. Na dywanie zwinięte ruloniki, pod fortepianem zwinięte ruloniki, koło posłania Daszy pudełko z brzydkimi zaciekami.
– Mogę wam pomóc – powiedziałam – choć cały dzień spędziłam na porządkach. Posprzątałam Adamowi w narzędziach, ale…
– O Boże! – Krzysztof zamarł nad stołem. – Co mu zrobiłaś?
– Porządek! – warknęłam.
– i co on teraz robi? – Krzysztof w dalszym ciągu wpatrywał się we mnie uważnie i wrogo, jakbym mu zabiła rodzinę. Nigdy tak na mnie nie patrzył.