Выбрать главу

Wracam do domu i tu zaczynają się problemy. Tosia z Adamem czekali na mnie z pachnącymi mielonymi, które zrobiła Tosia pod telefoniczne dyktando Mojej Mamy, a ja musiałam udawać, że zjadłam wcześniej obiad.

Adam od razu po obiedzie rozłożył papiery na stole w kuchni, żeby popracować, bo Tosia zajęła jego komputer. W ogóle nie mogłam się dostać do sucharów! Wypiłam kefir i kręciłam się po domu jak kto zbędny. Aż mnie zapytał, co ja tak wędruję po kuchni wte i wewte. Mężczyźni są tak skonstruowani, że nie zauważą, że ścięłaś swoje warkocze do stóp i jesteś łysa jak kolano, natomiast jak chcesz się dostać do swojego schowanego sucharka, od razu stają się podejrzliwi.

Umieram z głodu. Pytam Adaśka, czy poszedłby do kina. Poszedłby, ale nie dziś, bo ma robotę. Pytam Tosię, czy nie poszłaby do kina. Poszłaby, ale z Jakubem i nie dziś. Dzwonię do Uli, czy może by poszła ze mną do kina. Wszystko jest lepsze niż siedzenie w domu, gdzie schowałam sucharki, do których nie mogę się dostać. Ula krzyczy, że bardzo chętnie ze mną pójdzie do kina. Idziemy na nowy film z Harrisonem Fordem. W kinie Harrison był śliczny i zapraszał swoją żonę na kolację. I byli na przyjęciu. Było tam dużo dobrego jedzenia. Potem jego żona przygotowała koszyczek z jedzeniem i poszła do sąsiadki, żeby jej to wszystko dać. Ale sąsiadki nie było, tylko sąsiad, który ten koszyk z jedzeniem wziął spod drzwi. Potem podglądała jednego pana, co jadł samotnie kolację w nocy, przez lunetę. Potem sięgała do lodówki. Potem on otwierał wino. Był to jakiś film o żywieniu, nie jestem pewna, czy zdrowym. W międzyczasie ktoś kogoś zabijał, ale nie jadł, więc traciłam zainteresowanie akcją. Przy życiu trzymała mnie tylko świadomość, że w kuchni, w szafce, najdalszej, koło piekarnika, mam ukryte suchareczki i natychmiast po przyjściu do domu wykorzystam pierwszą okazję, żeby się z nimi zamknąć w łazience.

Do domu wpadam późnym wieczorem i czuję, że pożarłabym nawet wołu niezarażonego wściekiem, bo ten już mam w sobie. Kuchnia pusta, Niebieski przed kolejnymi złymi wiadomościami ze świata, Tosia uwieszona na telefonie. Rzucam się do szafki – ani śladu po moich sucharkach!

Mamo moja, gdzie ja je wsadziłam? Może mi się wydawało, że tutaj? Może jednak przełożyłam je do kredensu? Wyjmuję wszystkie gary z kredensu. Nie ma! Wyjmuję wszystko z szafki pod zlewem. Nie ma. Nie ma! Nie ma!!!

Wtedy wchodzi Adam. Patrzy na kuchnię, na te gary i pokrywki na podłodze, naczynia żaroodporne, ziemniaki, szczotkę i kosz do śmieci i mówi:

– Szukasz sucharków? Ja już nakarmiłem Borysa. Przez cały wieczór leżał przy tej szafce. Nie masz pojęcia, jak mu smakowały!

Boże!!!

Wobec tego zjadam dwa pyszne mielone sznycelki. Tosia świetnie gotuje. I trzy kromki chleba. Muszę chyba pomyśleć o jakiejś bardziej radykalnej głodówce.

Tosia kończy rozmowę z Jakubem.

– Mam nadzieję, że to on dzwonił – rzucam życzliwie przez ramię. Nie chcę myśleć o wysokości następnego rachunku telefonicznego.

Tosia patrzy na mnie z wyrzutem, a potem spogląda na kanapkę w mojej ręce, a potem w jej oczach pojawia się błysk zrozumienia.

– Jesteś na diecie? To były twoje sucharki, co? Ale kino!

Więc idę do siebie i włączam komputer.

Adam przestał mówić o komputerze Szymona. Niestety, wziął dodatkowe dyżury w radiu i w ten sposób na siedem nocy w tygodniu dwie spędzam samotnie. Nie wiem, dlaczego tak zdecydował. Może ma mnie dosyć. Może widzi, że nie jestem jednak kobietą jego życia.

Tosia przyniosła mi dzisiaj książkę Wyobraź sobie, że jesteś szczupła i zostawiła na stole w kuchni.

– Co to jest? – otworzyłam ją.

– A takie tam – powiedziała wyjaśniająco. – Ja przeczytałam.

– To bzdury – odrzekłam.

– Nikt ci nie każe tego czytać. Ale zajrzyj – powiedziała Tosia i pobiegła do samochodu, gdzie już na nią trąbił Adam. I pojechali. Ona do szkoły, on do pracy.

Zostałam sama. Mam straszną robotę, ale zaglądam.

Zwinęłam się w kłębek w fotelu. Otworzyłam książkę, popijając herbatkę z cukrem i pojadając serniczek od Uli. Najważniejsza rzecz to odpowiednie lektury. Otóż w tej właśnie książce niezwykle mądrej autorki jasno było napisane, że organizm sam wie, jak powinien wyglądać. Ty nie musisz nic robić! Całym twoim zadaniem jest wyobrażanie sobie, że jesteś szczupła! Czy to nie cudowne???

Serniczek teściowej Uli świetny. Przymykam oczy i sobie wyobrażam. Wchodzę do supersklepu, gdzie wiszą cudowne sukienki. Podchodzi do mnie grubawa sprzedawczyni.

– Który numer? – pyta.

Na jawie to wiem, że numery zaczynają się od czterdziestki, ale w marzeniu jakimś – bardzo proszę.

– Trzydzieści sześć – odpowiadam. Wchodzę do przymierzalni, wkładam tę śliczną sukienkę numer trzydzieści sześć i jak wyglądam? Znakomicie! Tylko kolor jakiś taki… A obok wisi cudowna koralowa sukienka z cieniutkiego jedwabnego aksamitu… Więc zwracam się do grubawej sprzedawczyni i proszę o koralową. Niestety, mówi grubawa, koralowe są tylko w większych rozmiarach, od czterdziestki wzwyż…

Dzwonek do drzwi. Grubawa ze sklepem pryska jak bańka mydlana. No i proszę, jednak nie starcza mi wyobraźni! Zawsze wiedziałam, że zmiany na poziomie fizycznym występują dopiero później. Podnoszę się – a to Ula. Prosto z pracy, więc nie skorzystała z furteczki w ogrodzie.

– Co robisz?

Zasłaniam książkę, bo po co ma wiedzieć, że zajmuję się ćwiczeniem wyobraźni. Która mi tak szwankuje. Robię dla Uli herbatę – Ula nie słodzi. Nic dziwnego, że cukiernie plajtują i biedni ludzie, którzy w nich pracują, za chwilę zostaną bez pracy.

Ula pcha się na fotel, podnosi koc, książka spada na podłogę. Przepadło! Ula ogląda ją z uwagą, a następnie z taką samą uwagą patrzy na mnie.

– Czytasz to?

No, obrazków przecież nie oglądam. Kiwam głową, co może znaczyć, że doprawdy nie wiem, skąd ona się tu wzięła, oraz że nie czytam, bo ktoś mi podłożył, ciekawe kto, oraz może czytam, a może nie, co to ciebie obchodzi.

– Nie – mówię – tak sobie przeglądam.

– Ty chyba zwariowałaś całkowicie – mówi Ula. – Ty wierzysz w takie bzdury?

Naprawdę ta Ula to w ogóle pozbawiona jest duchowości. Kompletna materialistka. Jak jej wytłumaczyć, że organizm jest sam w sobie zupełnie mądry i wie, czego mu trzeba? Że niech tylko sobie człowiek wyobrazi, że jest szczuplutki, a organizm w mig to podchwyci?

– Jadłaś sernik – mówi oskarżycielskim tonem Ula.

No słowo daję, już wolę, jak dzwoni Moja Mama. Ona przynajmniej nie widzi przez telefon, co jem.

– Sama przyniosłaś – warczę.

Taka właśnie jest przyjaźń. Najpierw ci coś dobrego dają, a potem mają pretensję, że to zużywasz zgodnie z przeznaczeniem.

– Dobry, nie?

No tak, moja wyobraźnia zaczęła działać, bo Ula wcale nie jest oskarżycielska, tylko uśmiecha się do mnie.

– Pyszny.

– Zostało ci trochę?

Zasadniczo nie zostało. To znaczy, owszem, jest tam w kuchni w szafce jeszcze mały kawałeczek, ale na pewno już go nie można podzielić na dwa kawałeczki. To prawie tak, jakby go w ogóle nie było. Ale z drugiej strony to przecież teściowa Uli go piekła, a Ula przyniosła mi prawie pół blachy. Czyli że właściwie powinnam ten maleńki, prawie niewidoczny kawałeczek sernika szybko położyć na talerz i podsunąć Uli. A jeśli Ula chciała go jeść, to dlaczego mi przyniosła? A kto daje i odbiera, ten się w piekle… Piekło składa się na pewno z mnóstwa kawałeczków sernika, do których normalny grzesznik nie może się dostać. Widzę Ulę w tym piekle w otoczeniu smakowitych, zarumienionych, pokrojonych kawałków, z których wystają cudowne rodzynki, i wyciąga rękę, ale one wszystkie są bardzo…