– Przecież chciałaś spokojnie spędzić wieczór w domu, przed telewizorkiem – mówi Adam, i widzę, że nie jest zadowolony. Ale nie mam wyjścia. Muszę na jutro pożyczyć te trzy i pół tysiąca, choćbym miała zdechnąć. Więc wychodzę.
Za torami wpadam w dół, moje śliczne zamszaczki z zeszłego roku są utytłane w czerwonej glinie. Przeklinam dół, dom pod lasem, późną porę, pieniądze, długi, banki i komputery. Proszę Artura o dyskrecję. Wypisał mi czek, powiedział, że oddam, kiedy będę mogła, podziękowałam i radosna wróciłam do domu. Adam siedział przed komputerem, już zajęty, włączyłam swój i siadłam do komputera.
Droga Redakcjo,
Mój mąż mnie zdradza. Wiem o tym na pewno, zmienił się, już nie jest taki jak dawniej. Dość późno wraca z pracy, a kiedy dzwonię do niego, to nikt nie odbiera. On na pytanie, dlaczego nikt nie odbiera, mówi, że już nie pracują sekretarki. Ale ja wiem jak to się zaczyna. Powoli wpadam w nerwicę, wącham jego ubrania, sprawdzam notatki w kalendarzu, przeglądam jego rzeczy. Coś się między nami popsuło, ale lepsza od niepewności jest wiedza. Posunęłam się do tego, że podjechałam wieczorem pod jego biuro. Był tam, ale to o niczym nie świadczy. Nie wiem, co mam robić. Jestem zrozpaczona, za wszelką cenę chcę uratować nasz związek.
Matko moja, nie wytrzymałabym z taką kobietą na miejscu tego faceta. Jak można tak bardzo nie mieć zaufania do partnera, żeby szukać dziury w całym? Przecież jeśli jej jeszcze nie zaczął zdradzać, ona go do tego doprowadzi bez wątpienia.
Dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę. Męski chropawy głos.
– Chciałbym zamówić wywożenie szamba.
– Cieszę się – mówię idiotycznie.
– Podaję adres…
– Ja nie wywożę szamba.
– Pani, mnie się przelewa! Wiem, że jest późno, ale jakbyście rano przyjechali…
– To numer prywatny – odpowiadam i odkładam słuchawkę. To kolejny pomyłkowy telefon. Niech szlag trafi Telekomunikację…
Droga Pani,
W prawdziwym, dobrym i partnerskim związku najbardziej liczy się zaufanie. Dorośli ludzie nie mogą się kontrolować. Mam wrażenie, że szuka Pani usprawiedliwienia dla swojej podejrzliwości, dowodów na zdradę. Przy takim stopniu nieufności mąż musi się od Pani odsuwać. Napięcie i podświadoma niechęć Pani do niego gmatwa dodatkowo sytuację…
No i proszę, potrafię rozsądnie, bez emocji odpisywać na listy. A może to prawda, że on ją zdradza? Kobiety mają intuicję, a ja tu jej będę zasuwać głodne kawałki o zaufaniu i spojrzeniu na siebie… Telefon. Tym razem do Adama.
Rozmawia przez chwilę, jest zatroskany.
– Muszę jechać do radia – Adam patrzy na mnie i zaczyna ściągać z siebie domowe ciuchy. – Koleżanka zaczęła rodzić, Konrad musi wyjść za dwie godziny. Wrócę po drugiej. – Podchodzi do mnie i całuje mnie w ucho. – Nie musisz się niczym martwić – dodaje i wkrótce słyszę trzask bramy.
Chwilę później zeszła z góry Tosia.
– Wiesz, co to jest podwójna przedstawicielka drobnego pieczywa? – zapytała.
– Nie wiem.
– Oj, mamo, zastanów się.
Nie miałam siły się zastanawiać. Mogłam się tylko zastanawiać nad tym, co Adam powiedział. Dlaczego powiedział, żebym się nie martwiła? Nigdy tak nie mówił. Czy mam wobec tego powody do zmartwienia?
– Bibułka!
– Nie mam – odparłam machinalnie.
– Podwójna przedstawicielka drobnego pieczywa to bibułka! – Tosia patrzyła na mnie jak na ćwierćinteligentkę. – Jakub wiedział. A naród zawodowego żołnierza?
– Tosia! – jęknęłam rozpaczliwie. – Nie dzisiaj.
– Trepanacja. Z tobą w ogóle nie ma kontaktu. Idę spać. Adam gdzieś pojechał?
– Do radia.
– Przecież nie ma dzisiaj dyżuru…
Tosia wzięła Zaraza na ręce i poszła do siebie. Wyłączyłam komputer i nalałam sobie wody do wanny. Lato przeszło. No rzeczywiście, nasze lato miało być niezapomniane i na pewno nigdy go nie zapomnę. Dwa dni w Berlinie zniszczyły mi wszystko. Dlaczego mam się nie martwić?
Mężczyzna, który spędza zbyt dużo czasu poza domem, nie lubi tego domu. Dlaczego Adam tak nagle ma tyle pracy? Położyłam się w wannie i przymknęłam oczy. Powinnam mu o wszystkim powiedzieć. Od drobnych niedomówień zaczynają się prawdziwe problemy. Ale on nie podejrzewał nigdy, że mogę być aż taką idiotką. I to były nasze pieniądze, a nie moje, nie miałam prawa tego robić. I rzeczywiście unikam go, bo boję się teraz wszystkiego. To do niczego nie doprowadzi. Leżę w tej wannie, dopóki woda nie robi się chłodna. Wchodzę do pustego łóżka i robi mi się smutno. Borys leży na dywaniku, już się do nas nie pakuje. A potem postanawiam, że to ja muszę coś zmienić, i zasypiam.
– Czy ty, mamo, kiedyś policzyłaś, ile zjadłaś zwierząt w ciągu swojego całego życia?
Pytanie Tosi mną wstrząsnęło. Została wegetarianką, bo Jakub nie je mięsa. Oczywiście, nie jestem w stanie obliczyć wszystkich zjedzonych przeze mnie zwierząt, ale prawda jest szokująca.
– W ciągu ostatniego roku zjadłaś spokojnie ćwierć małego cielaka, stadko lub dwa cudownych kolorowych kurczaczków, a o befsztykach wołowych lepiej nie wspominać – ciągnęła Tosia. – Nic dziwnego, że jesteś toksyczną matką.
– A ziemniaki, które zjadam, zakwitłyby na jednym arze, gdybym je zasadziła, a nie zjadła, a cukier, gdybym go wyrzucała na podłogę, a nie do szklanki, pokryłby podłogę w całym domu – odpowiadam spokojnie. – I nie mogę tego zrzucać na toksycznych moich rodziców. To nie oni ponoszą odpowiedzialność za to wszystko.
– Eeee – Tosia nie jest zachwycona – z tobą to w ogóle nie można poważnie pogadać – mówi, sięga do lodówki po laskę zielonego selera i zaczyna chrupać.
Skończyłam odpisywać na dziewiętnaście listów, jestem wykończona, muszę mieć okulary i nie mam po co zostawać wegetarianką. Jak Adam się dowie, co zrobiłam, to po prostu odejdzie. Dzwonię do Uli, która obiecuje, że wpadnie wieczorem. Ale wpada natychmiast. Prawdziwa przyjaźń nie zważa na błędy w żywieniu, tylko na duszę. A moja dusza, przykryta kilogramami do zrzucenia, wyje. Ula przygląda mi się ze zdumieniem.
– Jakie pół krowy?
– Nie pół, tylko ćwierć. Uczestniczę w zabijaniu, biorę żywy udział w marnotrawieniu, przerabiam żywe ptaszki na udka z ananasem i kiedyś musiał przyjść taki moment, że mi to ktoś uświadomił.
– Zostajesz wegetarianką? – pyta Ula. – Możemy się tak umówić.
Nie wiem, kim zostaję. Zostaję samotną kobietą. Oszukałam mężczyznę, którego kocham…
Ula mnie nie zrozumie. Nikt mnie nie zrozumie. Zawsze tak będzie. Co z tego, że nie jestem sama, skoro będę za chwilę? Moja własna córka robi coś ze swoim życiem, a mnie nie stać nawet na mały konstruktywny krok.
Ula również jest przytłoczona życiem. Postanawiamy włączyć telewizor. Na ekranie same szczupłe kobiety. Które piorą w najlepszych proszkach. Używają najcieńszych podpasek. Myją śnieżnobiałe zęby. Brudzą się, rozlewają różne soki na siebie i otoczenie, a potem przeciągają się estetycznie przy pralce. Albo przy lodówce. Albo podają mężom tłuszcz, który się lekko rozsmarowuje na chlebie. Albo jedzą coś lekkiego – co ma tylko dwie kalorie. Albo w minispódniczkach donoszą piwo. Na długich, szczupłych nogach. Skaczą na spadochronie, a przecież i bez spadochronu popłynęłyby pogodnie w przestrzeń, bo nie ważą nic. Wyłączamy telewizor.
Ula sięga w stronę miseczki i chrupie orzeszka solonego – milion kalorii. Sięgam i ja.
– Widzisz? – mówię.
– Widzę – mówi Ula. – i wiesz co? To ja już wolę spędzać życie na czym innym. I tobie też radzę się tym zająć.