Zatyka mnie. Ale tylko na chwilę.
– Nie wiedziałam, że jestem z trojaków. Tosia rzuca mi mordercze spojrzenie:
– Nie z trojaków, tylko z czworaków chyba. Jakub patrzy na Tosię z lekką przyganą, ale widać, że lubi on ją, ach, lubi, a mnie serce martwieje.
– Jeśli, Tosiu, moje drogie dziecko, jest prawdą, jakoby dzieci dziedziczyły choć w minimalnym procencie przymioty urody i charakteru po matkach, to twoja mama raczej wychowała się w pałacu niż w czworakach.
A więc nie tylko przystojny, ale również spostrzegawczy.
– Odwiozę Tosię przed jedenastą – mówi Jakub – cieszę się, że panią poznałem.
Tosia znika razem z nim w drzwiach, więc biegnę za nimi jak idiotka i tylko rzucam nerwowo:
– Bardzo proszę, niech pan jedzie ostrożnie!
– Mamo – mówi moja córka z taką prośbą w głosie, że się wycofuję.
O Boże, jeśli ja do chłopaka Tosi muszę mówić pan, to znaczy, że życie za mną. Wieczorem dzwoni Adam i pyta, jak Tosia. Niech lepiej zapyta, jak ja!
Tosia pobiegła skoro świt do Uli, bo mają jechać do tej Wrony z Krzysiem. Powstrzymywałam się, żeby też nie pobiec i nie poprosić Krzysia, żeby jechał ostrożnie. Ale odetchnęłam z ulgą, kiedy usłyszałam, jak Ula woła do nich zza płotu:
– Tylko jedź ostrożnie!
Wtedy postanowiłam się ucieszyć, że zostaję sama, choć jak na kobietę, która nie jest samotna, za dużo weekendów spędzam z Ulą. Ale skoro przyszło spodziewane lato, nie można narzekać. Ptaszki kwilą, roślinki roślinkują wszerz i wzdłuż, drzewka machają łapkami i w ogóle jest pięknie. Widzę, że i Ula za płotem jest tego zdania, bo chodzi sobie i patrzy, co by tu zrobić. Ja też mam dużo do zrobienia i nie wiem, od czego zacząć. Zostałyśmy z Ulą na wsi same, to trzeba coś wymyślić pożytecznego. Oczywiście, że wolałabym zostać sama z Adaśkiem, ale wtedy przyznałabym się do tego, że jestem całkowicie i bezwzględnie uzależniona od mężczyzny, a to nieprawda.
Myśli mi się najlepiej na hamaku. To znaczy, myślałoby mi się, gdybym nie zasnęła. Obudziłam się o dziesiątej i zdenerwowałam się, że tak marnuję czas. A potem zrobiło mi się słabo na myśl, że przyjedzie Adam i mamy we dwoje ustalać plany na wakacje. W przeszłości robiło mi się też słabo, ale z Tym od Joli w ogóle trudno się było dogadać. A tu miałam się cieszyć, i co? Ostapko w dalszym ciągu milczy. Jej telefon milczy również. Nie mam na to wpływu. Więc nasmarowałam ciało filtrami UV, Reńka mówi, że nie wolno bez filtra nawet na moment wyjść na słońce, i postanowiłam nie zajmować się tym, co mam zrobić, tylko zastanowić się, od czego zacząć. Zastanawiać się mogę przecież na słoneczku. I wtedy przyszła Ula.
– Cześć – mówi – mogę na chwilkę?
O, widzę, niedobrze jest. Przecież Ula wpada do mnie i nie pyta. Ja do niej wpadam i nie pytam. Czasami stoimy przy płocie, bo żadna z nas nie ma czasu, żeby wpaść, i gadamy z półtorej godziny przez siatkę. Ale żeby pytać? Ani chybi ma jakiś problem.
– Możesz – mówię i wyciągam drugi leżak.
Robię herbatę, na upał najlepsza herbata, i siadamy w ogródku.
– Ładnie na świecie – zagajam przyjaźnie, bo Ula milczy.
– No właśnie, ja w tej sprawie.
– Że ładnie na świecie? – pytam i nie rozumiem.
– No właśnie. Ładnie, ładnie, a zobacz, jak my wyglądamy.
Patrzę na Ulę, śliczna jak zwykle, siebie szczęśliwie nie muszę oglądać, ale to znaczy, że i ona do mnie pije. Patrzę spod oka na siebie – nic nowego.
– Ale o co chodzi dokładniej?
– Chodzi o to, że my mamy niezmierzone możliwości zadbania o świat i siebie i nic z tym nie robimy. Reńka robi – mówi Ula. – Może byśmy coś zrobiły?
– Możemy zrobić – zgadzam się, bo jestem w wypracowanym pogodnym nastroju.
– Bo zobacz – tu Ula wyciągnęła jakieś luksusowe opakowanko – zobacz, co dostałam.
Patrzę i widzę, że to absolutnie cudowna maseczka do twarzy, która po prostu – tak wynika z ulotki – zrobi z nas szesnastki.
– O rany – zachwycam się.
– No właśnie – szepce Ula. – Co ja mam z tym zrobić?
No jak to co? Jest wyraźnie napisane, co robić, i sama bym się cieszyła, jakbym takie cudo dostała. Szczególnie, że lato przed nami, i w ogóle.
– Najwyższy czas, żeby coś dla siebie zrobić – mówię zupełnie poważnie.
– Ale rodzina wyjechała, a ja mam tyle roboty! – Ula patrzy w niebo i też nie jest szczęśliwa.
I wtedy nam wpadł do głowy ten cudowny pomysł. Wszystko idzie lepiej, jeśli się działa razem (nawet seks!). Ustaliłyśmy w mig, że dosyć tego marnowania życia, jest przecież pięknie na świecie, możemy wspólnie zrobić porządki w ogrodzie, Ula da mi trochę roślinek, a ja jej marcinki, jeszcze to i owo można rozsadzić, i na pewno znajdziemy czas na maseczkę, którą Ula się chętnie ze mną podzieli. Że nie ma co tak smęcić i włóczyć się bez sensu wte i wewte – najpierw zrobimy szybciutko porządek u Uli, potem u mnie, potem rozsadzimy roślinki, potem ugotujemy sobie coś zdrowego, potem weźmiemy prysznic, spotkamy się, nałożymy maseczkę i zrobimy sobie damski wieczór.
Rzuciłyśmy się do roboty. Najpierw wyjęłyśmy z ziemi roślinki do przesadzenia. Ula swoje, ja swoje, i odłożyłyśmy do wody. Na pewno się przyjmą, choć mogłyśmy pomyśleć o tym wcześniej. Teraz przystrzyżemy trawkę, zamieciemy tarasiki, przeniesiemy drewno na ognisko w jedno miejsce, wytniemy suche gałązki – przecież to żadna robota. Ach, jaka to przyjemność, wspólnie coś postanowić i wspólnie robić! Przed nami wieczór z maseczką, spokojny, miły, nikt nam nie będzie przeszkadzał, położymy się spać wcześnie, jutro zjemy razem śniadanie o świcie, nie będziemy marnować ani minuty!
Już do dziesiątej wieczorem zrobiłyśmy prawie połowę tego, co zamierzałyśmy. W ogrodzie. Domy nieruszone. Ale przecież mamy rano wstać, więc teraz szybciutko ogarniemy wnętrza i spotykamy się za pół godziny na maseczkę. Za pół godziny jestem przy odkurzaniu dużego pokoju, ale Ula krzyczy przy płocie, że spotkamy się za godzinę, bo ona nie zdąży.
Wtedy Borys zaczyna szczekać, bo Dasza przemknęła między nogami Uli i radośnie skacze przy płocie. Ja łapię Borysa, Ula Daszę i rozstajemy się na następną godzinę. Ostatecznie jest sobota i obiecałyśmy sobie miły wieczór, więc co to za problem. O jedenastej trzydzieści przychodzi Ula, wykąpana, z maseczką i blachą tarty. Ja biegnę pod prysznic. W ciągu następnego kwadransa Ula podgrzewa swoją pyszną tarte, a ja próbuję doszorować się po porządkach. Noc słodka za oknami, okna szeroko otwarte, nareszcie spokój, cisza, a my możemy zająć się sobą. Kiedy zjadłyśmy pyszniutką tartę, przyszedł ten moment, na który czekałyśmy cały dzień. Otwarcia genialnej maseczki, która uczyni z nas kobiety młode, piękne, szczupłe i tak dalej. Kiedy Ula zanurzyła dłoń w maseczce z zamiarem rozprowadzenia jej na twarzy, przypomniałyśmy sobie o wykopanych roślinkach, które do jutra na pewno zmarnieją i które natychmiast trzeba wsadzić do ziemi.
– Stop! – krzyknęłam. – Rozsada!
Ula w mig zrozumiała, co miałam na myśli. Pobiegła do garażu szukać latarki oraz przebrać się. Ja nie musiałam szukać latarki, bo wiem, że jej nie mam, ale wkładam robocze spodnie i biegnę do Uli. Borys razem ze mną, bo furtkę zostawiłam otwartą. Dasza na jego widok zachowuje się dość nieprzyzwoicie i za moment nasze oba psy biegają radośnie to po Uli roślinkach, to po moich. Noc ciemna, latarkę Ula znalazła, ale malutką, nic przy jej świetle nie widać. Idę po świecznik, na cztery świece, wiatru nie ma, a roślinki trzeba posadzić, najwyższy czas. Przychodzę ze świecznikiem, psy radują się sobą. Przysiadamy na tarasie Uli, bo Ula jeszcze nie wie, gdzie chce roślinki posadzić. Ale możemy się również zastanawiać z kieliszkami w ręku, bo to nie jest decyzja, którą podejmuje się ad hoc. Wracam do domu po resztkę wina z niedzieli, bo co tak będziemy się zastanawiać bez wina.
Noc gwiaździsta nad nami.
– Może tam? – Ula wykazuje filozoficzny spokój. – Może tuż przy berberysach? Będą ładnie kontrastować.