Wczoraj po drodze z redakcji wpadłam do Kasi po kasetę z callaneticsem.
Dzisiaj jest czwartek. Kaseta leży na wideo i czeka. Strasznie mnie boli głowa. Wypiłam już dzisiaj dwa soki pomarańczowe, jedną aspirynę z witaminą C, jeden alkazelcer czy inne świństwo, trzy herbaty z cytryną i butelkę wody mineralnej. W dalszym ciągu mnie suszy. Zadzwonił Adaśko i ubolewał, że nie widzi mojego kaca. Myśli, że się będę wstydzić! Niedoczekanie, socjologu jakiś!
Wszystko dlatego, że wczoraj zaczęłyśmy od resztek koniaku z urodzin Kasi. Nie pije się koniaku najpierw. Przed resztką wina do kolacji. I przed kieliszkiem ajerkoniaku na deser. Wzięłam również magnez i wapno. Nic mi nie lepiej. Patrzę na książki na parapecie, które będę musiała pilnie uprzątnąć, ponieważ nie otwiera się okno. Myślę sobie, że trzeba będzie jutro schować swetry, bo o nich zapomniałam i ciągle leżą na kupie koło szafy. Choć legginsiki i tiszercik w pogotowiu. Ale kaseta by do mnie sama nie przyszła, jak sądzę, więc trochę jestem usprawiedliwiona. O rany, jak mi się chce pić. O rany, jak mnie boli głowa.
Ale pojutrze na pewno wcześniej wstanę i zacznę ćwiczyć, skoro już, niestety, mam kasetę. Chyba że zadzwoni Moja Mama i powie, żebym przyjechała na żeberka. Moja Mama robi świetne żeberka.
Stanę na głowie
Dzisiaj prosto z redakcji pojechałam do Ostapko. Bez telefonu, bez uprzedzenia. Musi mi oddać pieniądze. Dość tego. Ostapko otworzyła mi drzwi w szlafroku. Cofnęła się na mój widok, ale nie zwracałam uwagi na jej wygląd. Koszmarny. Wepchnęłam się prosto w otwarte drzwi, usunęła się z wyraźną niechęcią.
– Judyta?
– Słuchaj – stanęłam w przedpokoju w pozycji bojowej. – Od miesiąca nie mogę się z tobą skontaktować. Oddaj mi moje pieniądze! Co z naszym cudownym interesem? Mów! – byłam zła jak diabli i wszystkiego miałam dosyć.
– Wejdź – Ewa otworzyła drzwi do małego pokoju, w którym piętrzyły się jakieś dokumenty, telewizor stał tyłem do ściany, a na telewizorze ustawione były jakieś pudła. – Przepraszam za bałagan, ale się pakuję.
Głos miała jakiś nieswój, co dopiero teraz zauważyłam.
– Chcesz kawy, herbaty?
– Chcę, żebyś mi oddała moje pieniądze. Nie wchodzę z tobą w żadne interesy!
Wtedy Ewa Ostapko, wspaniała Ewa Ostapko, która miała odmienić moje życie i dzięki której miałam zarobić dwadzieścia tysięcy bez kiwnięcia palcem, siadła, tak jak stała, na jakimś krześle i rozpłakała się.
– Nie mogę ci oddać – łkała – nie mam. Serce mi powoli ruszyło do gardła, a potem wolno opadło na swoje miejsce.
– Nie masz? Jak to, nie masz? – Siadłam ciężko na drugim krześle, a mój głos był cichy. – Jak to, nie masz? – powtórzyłam tępo. Nie wiem, jak mogłam choćby przez moment pomyśleć, że jest silna i przebojowa. Otarła oczy.
– Oszukali nas.
– Ewa – kulka w gardle znowu urosła – rozumiem, że coś ci nie wyszło, ale nie stać mnie na takie prezenty.
Ewa stanęła nade mną jak kat.
– Nie oddam ci, bo nie mam. Myślałam, że obie zarobimy. Ja też na tym sporo straciłam. Pełno jest oszustów, dziennika nie oglądasz?
Owszem, nie oglądam. Czy to, że nie oglądam dziennika, zrujnuje moje życie? A mój związek, który opiera się na zaufaniu i szczerości? Dlaczego nie porozmawiałam wcześniej z Adamem?
– Nie mówiłaś mi o tym, jak brałaś ode mnie pieniądze, mówiłaś, że to pewny interes! – chciałam krzyknąć, ale z moich ust wydobył się tylko szept. Poczułam, jak strach łapie mnie za gardło, i było to uczucie podobne do tego, kiedy Ten od Joli powiedział mi, że zakochał się w innej. – Oddaj mi pożyczkę…
– A masz dowód, że pożyczałaś? – Ostapko podniosła głowę, i zobaczyłam jej twarz zmrożoną wściekłością. – Masz dowód? Przestań mnie nachodzić, bez tego mam dosyć kłopotów!
Zobaczyłam dno swojej głupoty w jej niebieskich oczach.
– Muszę się stąd wyprowadzić! Nie stać mnie nawet na wynajmowanie mieszkania! Muszę wrócić do Szczecinka, do domu! Jestem w znacznie gorszej sytuacji niż ty!
Szłam Alejami w stronę dworca kolejki WKD jak pijana. Nogi miałam miękkie, ludzie, którzy mnie mijali, wyglądali jak senne cienie. Nie widziałam rysów ich twarzy, wszystko było plamą. Domy i tramwaje, samochody i ludzie, wszystko to było jak za mgłą. Był początek lipca, miałam trzydzieści osiem lat i moje życie legło w gruzach.
Niczym było odejście Tego od Joli do Joli. Niczym było spanie w zimnym pokoju i brak orgazmu lata całe. Niczym było powiedzenie Naczelnemu trzy dni temu, że i tak będę sobie szukać lepszej pracy. Oto zachowałam się jak niedojrzała, nieodpowiedzialna kretynka, niszcząc świetlaną przyszłość. Adam odejdzie, kiedy się dowie, co zrobiłam. Nie miałam prawa ruszać naszych wspólnych pieniędzy. Zawiodłam na całej linii. Dowlokłam się do kolejki i usiadłam w ostatnim wagonie. Patrzyłam bezmyślnie w okno. Krajobraz przesuwał się szybko. RUTEK JEST W CIĄŻY Z SADOSIEM – mignął napis na murze. OPACZ MIASTO SEKSU I BIZNESU.
Biznes! Dlaczego skupiłam się na biznesie zamiast na seksie?
Patrzyłam, jak ludzie wchodzili i wchodzili, aż zrobiło się ciasno. Koło mnie jakiś młody człowiek wyciągnął walkmana i wsadził sobie w uszy słuchawki, po czym puścił jakąś muzykę tak głośno, że moje myśli przestały się poruszać. Muszę się jakoś ratować. Adam nie może się o niczym dowiedzieć. Stanę na głowie. Wrócę pokornie do Naczelnego i go przeproszę za idiotyczne dowcipy. Będę pisać cztery razy więcej listów. Będę sprzątać. Będę myć gary. Nie wiem, co zrobię, ale Adaśko się o niczym nie dowie. W połowie drogi plany na najbliższe miesiące miałam gotowe. Pożyczę skądś te dziesięć tysięcy i włożę z powrotem na konto. Potem pomyślę, jak spłacać długi. Adam czekał na mnie z kolacją. Zrobił michę sałaty z sardynkami i olbrzymią ilością ziół, postawił lampę naftową na stole w ogrodzie i szerokim gestem zaprosił mnie do stołu. Myłam ręce i byłam pełna poczucia winy. A potem przybrałam twarz w uśmiech numer pięć i radosna wyszłam do ogrodu. Sałata była pyszna. Zaraz siedział na drugim końcu stołu i przyglądał nam się niby dość spokojnie, ale podejrzanie szeroko otwartymi oczyma. Adam zrobił ruch, jakby go chciał strącić, ale spojrzał na mnie i powiedział:
– A niech tam. Przecież są wakacje.
Siedzieliśmy do dwunastej w ogrodzie. Obejmowaliśmy się i patrzyliśmy w niebo. A ja wiedziałam, że nie pozwolę nam się rozstać.
Ala pożyczy mi na miesiąc pieniądze! Świat nie jest taki okrutny i tak pięknie pachnie! Co roku szukam zbóż różnego rodzaju, żeby ściąć je tuż przed żniwami. Podobno takie zboża postawione w rogu pokoju przynoszą przez cały rok obfitość. Nie wiem, czy to nie czczy zabobon, ale od czasu, kiedy o tym usłyszałam, stoją u mnie i owies, i pszenica, i żyto. Szkoda, że Ostapko o tym nie wiedziała. Uniknęłabym kłopotów. Lato w pełni – nie będę się dzisiaj zajmować upływem czasu i martwieniem się, że niedługo przecież jesień.
Pojechałam do Warszawy na spotkanie z Alą. Ala jest jedyną znaną mi osobą, która ma pieniądze, i wybłagałam od niej pożyczkę. Ala pracuje ze mną – jest zastępcą sekretarza redakcji i dobrym kumplem. Ma jedną wadę. Kiedy tylko gdzieś wyjedzie – natychmiast się zakochuje. W tym roku wybrała się nad morze już na początku czerwca, plaża, szum morza i te rzeczy, i jak zwykle wróciła zakochana. Żeby ona się jeszcze zakochała w jakimś przyzwoitym facecie z tego samego miasta! Nie! Jej wybrankiem jest zawsze ktoś, kto mieszka przynajmniej dwieście kilometrów obok. Bardzo jej współczuję. Choć ona zakochuje się zawsze szczęśliwie! Już od lat! Oczywiście co roku w innym panu.
I zawsze, ale to zawsze – bez względu na to, gdzie jedzie (nawet z wczasów odchudzających przywiozła wielką miłość!), spotyka tego właściwego mężczyznę. Wolnego. Przystojnego. Sympatycznego. Któremu ona też zawróciła w głowie. Aż dziw, jak pomyślę, ile to już lat ona ma tę wielką obfitość niezapomnianych romansów. Niektórych z tych mężczyzn poznałam. Żeby trafił się jej jakiś nieudacznik! Żeby chociaż głupi. Żeby może miał jakieś wyraźne mankamenty. Nie. Przyzwoici, mili ludzie, zapatrzeni w nią, no, ale odległość robi swoje i zawsze kończy się tak samo.