– No tak – Adam łapie mnie za nogę. – Tylko norma u ciebie taka niewielka.
– Adam, to jest moja praca, a nie przyrząd do zabawy. Ile może być komputerów w domu? Twój, mój i jeszcze Tosi?
– No – potakuje Adam. – Stary komputer Szymona, gdyby mu powiększyć pamięć i twardy dysk, byłby całkiem niezły za całkiem niewielkie pieniądze. Jakieś tysiąc, tysiąc dwieście.
To tyle, ile miesięcznie będę spłacać przez następne dwa lata, jeśli dostanę tę cholerną pożyczkę w banku, żeby oddać Ali pieniądze. Boże drogi, co ja narobiłam?
Furtka skrzypnęła i wśród dalii pojawił się Krzyś. Machnął ręką w kierunku nieba.
– Chodźcie na małego grilla – powiedział. – Uczcimy ten zachód. I uczciliśmy.
Uniezależniam się
– Naprawdę nie chcecie nigdzie jechać? – głos Konrada był tak donośny, że aż Ula pochylona nad roślinkami w swoim obejściu podniosła głowę znad swoich roślinek.
Konrad z żoną wpadli do nas sobotnim popołudniem. Było jasne, że uzależniam się od Adama i postanowiłam wszystko naprawić. Teraz nasz dom będzie pełen gości.
“Jeśli przestajesz się spotykać z przyjaciółmi, bo on staje się najważniejszy…”
– Wcale im się nie dziwię – powiedziała żona Konrada, rozglądając się po naszym ogrodzie. Który, co prawda, nie jest jeszcze całkiem zrobiony, ale różności już zakwitły, a dynia posadzona w kącie ogrodu wypuszcza w stronę domu sześciometrowe wąsy z pięknymi białożółtawymi kwiatami.
– A można wiedzieć dlaczego? – Konrad nieopatrznie zwrócił się do żony.
Do tej pory myślałam, że ja mówię dużo. Otóż nie, przy żonie Konrada mogłabym uchodzić za żonę Lota. Zanim ktokolwiek z nas zdążył zażegnać wiszącą, wydawałoby się, w powietrzu kłótnię, żona Konrada zaczęła mówić z szybkością karabinu maszynowego.
– Och, kochanie, pamiętasz, jak zarządziłeś, że urlop spędzimy bez dzieci? W zeszłym roku… – zadawała pytania, ale wcale nie czekała na odpowiedź. – Powiedział, są już na tyle dorosłe, że mogą jechać na obóz i na kolonie, na szczęście nas na to stać, a my, no cóż, należy nam się chwila dla siebie. Tak powiedziałeś, kochanie, prawda? I wyobraź sobie – tu zwróciła się do mnie, pochylając lekko tułów – dzieci pojechały, a on przyniósł foldery biur podróży, bo skoro to nasz długo odkładany miesiąc miodowy, to nie będziemy oszczędzać. Pamiętasz, kochanie?
Konrad chciał jej przerwać, ale widziałam, jak Adam stuknął go pod stołem. I żona Konrada ciągnęła:
– Nie mamy łóżka. Prawda, kochanie? Do dzisiaj. A wiecie dlaczego? – powiodła po nas triumfalnym spojrzeniem. – Bo on – wysunęła wskazujący palec oskarżająco i dotknęła prawie piersi Konrada – powiedział, że ważniejsze są wspomnienia niż nowe łóżko. Na podwójne łóżko odkładaliśmy od zeszłego roku, kiedy to stare pękło, i od tego czasu śpimy na materacu joga kupionym jakieś dwanaście lat temu. Prawda, kochanie?
– Ale… – próbował dzielnie Konrad i to było wszystko, co udało mu się wtrącić.
– Materacowi joga wychodzą z jednej strony sprężyny, nigdy bym nie przypuszczała, że tam są sprężyny, a z drugiej strony robi się dół. Wyobrażasz sobie, jak się na tym śpi, prawda? – To było znowu do mnie.
Potaknęłam głową, zerkając na Adaśka. Minę miał nieodgadnioną. Żona Konrada rozjaśniła się.
– Wypatrzyliśmy bardzo przyjemne łóżko za dwa tysiące trzysta, niestety bez pojemnika na pościel. Ale Konrad mówi, prawda, kochanie, że łóżko może poczekać! Foldery fantastyczne! Poczujemy wolność! Niezależność! Będzie tak, jak kiedyś sobie wymarzyliśmy! No i murowana pogoda, na przykład w takim Egipcie! A lot samolotem? Pierwszy raz w życiu! Będzie absolutnie odlotowo! Wtedy Egipt miał ofertę specjalną, do pieniędzy na łóżko dołożyła dwa tysiące teściowa, choć to chyba jedyny prezent, który nam zrobiła w życiu, prawda, kochanie?
– Nieprawda! – Konrad był trochę zły na żonę. Borys wykopał sobie dołek w okolicach płaczącej wierzby i położył się na nagietkach.
– Ach, jeszcze ten ekspres, pożal się Boże, do parzenia kawy. Konrad stłukł czajniczek i ekspresu nie ma do dzisiaj! – Żona Konrada rozłożyła ręce i roześmiała się głośno. – Masz rację, kochanie.
Popatrzyłam na Adama, on na mnie. Nasz wzrok spotkał się na pół sekundy i wiedziałam, że nie pojedziemy z nimi na Kretę. Nigdy.
– Zaczęłam chorować już w samolocie, prawda, kochanie? – ciągnęła Konradowa niestrudzenie.
– Bez szczegółów, pszczółko – Konrad próbował powstrzymać żonę. Bezskutecznie.
– A kiedy wylądowaliśmy, buchnęło gorąco jak z rozgrzanego pieca. W drodze do hotelu zaczepiało nas mnóstwo śniadych dzieci, żebrząc o bakszysz. Dzieci wyglądały na wymizerowane, więc dałam im cukierki.
– No właśnie. Nigdy nie słuchałaś tego, co mówi przewodnik. On wyraźnie powiedział, żeby nie dawać. – Konrad triumfalnie zdołał zmieścić jedno zdanie przed kolejnym potokiem słów. Mój socjolog milczał grzecznie, a ja niegrzecznie, ale chyba się nie spostrzegli.
– No właśnie, kochanie. Dzieci wymizerowane, ale ty im nic nie dawaj. Na to musisz być mężczyzną. Ale ja jestem kobietą, kochanie. – Żona Konrada przeciągnęła się i zatoczyła rękami coś w rodzaju kół w okolicach biustu. A potem się wykrzywiła. – Odtąd towarzyszyły nam przez cały czas. W ogóle nie byliśmy sami. W hotelu wysiadła klimatyzacja, więc nie spaliśmy, bo było gorąco. Mąż postanowił nie słuchać przewodnika, który mówił, żeby nie jeść żadnych surowych owoców. Ale zafundowałeś sobie jabłka włoskie, prawda, kochanie? No i stało się. – Zawiesiła dramatycznie głos. Konrad skulił się za stołem. – Zachorował!
Chciało mi się śmiać głośno, ale nie wypadało. W końcu gość nie świnia, swoje prawa ma – jak mawia Mój Ojciec.
– Następne dwa dni spędził w łóżku, które było co prawda wygodniejsze niż w domu, ale schudł z pięć kilo. Wyłącznie po włoskich jabłkach! Niezrozumiałe. Siedziałam przy nim i dławiłam się z gorąca. Zazdrościłam dzieciom, że są gdzieś w przyjemnym, zielonym kraju, gdzie pada deszcz i można odpocząć, czyli w Polsce. Po dwóch dniach zapakowali nas do autokaru. Jedziemy do Doliny Królów, ucieszyłam się. Trzy autokary turystów i trzy samochody z uzbrojonymi żołnierzami, którzy mieli nas chronić przed terrorystami! Tak wyglądała nasza wolność! Bo jak się okazało, dwa miesiące temu była w Dolinie Królów rzeź turystów, którą przegapiliśmy w dzienniku. Mąż chorował, a ja modliłam się o szczęśliwy powrót do domu. Przy wejściu do Doliny Królów były łazienki, więc Konrad został, bo musiał i…
– Kochanie! – Konrad złapał ją za rękę. – Proszę!
– …i skutki zjedzenia jabłek były wciąż odczuwalne. Ja rozglądałam się w poszukiwaniu terrorystów z ukrytymi bombami i niewiele w związku z tym mogłam zobaczyć. Po tygodniu byliśmy kompletnie wyczerpani. W cieniu czterdzieści stopni. Deszcze będą za pół roku. To nie jest pora do zwiedzania, powiedział przewodnik, ale cieszę się, że skorzystali państwo z oferty naszej firmy. Wróciliśmy z tej wycieczki po tygodniu. Mąż wziął dodatkowe trzy dni urlopu, żeby odpocząć, prawda, kochanie? A potem okazało się, że twoja matka wcale nam nie dała tych pieniędzy, tylko pożyczyła. A ja wróciłam do pracy i opowiadałam, jaką mieliśmy cudowną podróż poślubną do Egiptu. – Jej głos przycichł na moment, a potem żona Konrada roześmiała się serdecznie. – Ale powiem wam, że zazdrość w oczach koleżanek nieco złagodziła smutną świadomość, iż spędzimy najbliższy rok na materacu joga. I dlatego wcale wam się nie dziwię, że nie jedziecie z nami na Kretę. Przecież tu jest tak pięknie!
Spędziliśmy uroczy wieczór. Uzgodniliśmy, że co prawda na Kretę to oni pojadą sami, ale będziemy się spotykać na brydżu, bo przepadają za niemodnym brydżem, a żona Konrada, zwana przez męża Pszczółką, pożegnała się ze mną bardzo serdecznie.
– Co prawda myślałam, że jesteś ruda, Adam lubi rude. Ale strasznie cię polubiłam. Przyjedź kiedyś do mnie sama, kochanie – powiedziała. – Przy mężczyznach to nie można dojść do głosu, poplotkujemy sobie.