Adam stał za nią i robił do mnie głupie miny. Przewracał oczami i udawał, że mdleje.
Dlaczego żona Konrada powiedziała, że myślała, że jestem ruda???
Renia jest ruda. Czy powinnam się pofarbować?
Dlaczego właściwie Adaśko nie chce jechać ze mną na wakacje? Chociaż z drugiej strony, jeśli się za bardzo wszystko planuje, to nie wychodzi. Pamiętam, jak jeszcze przed ślubem z Tym od Joli in spe mieliśmy wszystko dokładnie zaplanowane. Całe wspólne życie z detalami, mieszkanie trzypokojowe (było dwu-), okna na wschód i zachód (były na południe), kanapy zielone (nie znosił kanap, męczyłam się przez lata całe na zydlach), półki na książki sosnowe (kupił białe plastikowe). Ale na poziomie planów zgadzaliśmy się we wszystkim. Aż przyszedł pamiętny czerwiec, Ten od Joli chciał w góry, ja nad morze. Pokłóciliśmy się. Ale potem oprzytomniałam, kompromis jest najlepszą rzeczą w związku, nawet przyszłym (jeśli nie tylko przyszłym), i pomyślałam sobie – ma być cudownie, miejsce nie ma znaczenia, byleby z nim, mogę w góry. Pobiegłam uskrzydlona na kolejną randkę i obwieściłam Temu od Joli późniejszemu, że mogą być góry.
– Jak to? Teraz mi to mówisz? – zdziwił się. – Myślałem, że chcesz nad morze. Zdecyduj się.
– To może na Mazury? – powiedziałam nieśmiało, bo przecież wspólne życie w przyszłości to kompromis.
– Mazury? Przecież przed chwilą mówiłaś, że jedziemy w góry.
– Mogą być góry. – powiedziałam.
– Jak to, mogą? – obraził się. – Przecież ja cię do niczego nie zmuszam.
Pokłóciliśmy się. Kupił róże, pogodziliśmy się.
– A co z tym wyjazdem?
– Pojedziemy, gdzie chcesz – wybąkałam, bo byłam młoda i głupia.
– Jak to, gdzie chcę? To ma być wspólna decyzja. Widzę, że nie przemyślałaś sprawy. Gdzie chcesz?
– Chcę nad morze – jęknęłam.
– Nad morze? Przecież uzgodniliśmy, że chcesz na Mazury, ale skoro znowu zmieniasz zdanie…
W czerwcu kupiliśmy namiot. Wyjazd zbliżał się niebezpiecznie.
– To gdzie jedziemy? – spytał późniejszy Ten od Joli. – Mam świetny pomysł, tylko nie wiem, czy nie storpedujesz, bo z tobą się w ogóle nie można umawiać.
– Gdziekolwiek – jęknęłam – byleby z tobą. Pomyśleć, że tak mówiłam! Należało mi się.
– No właśnie – powiedział. – Tak z tobą jest. A przecież nie może nam być wszystko jedno.
To były bardzo sympatyczne wakacje. Spędziłam je z Elą, którą chłopak też wystawił do wiatru. Pojechałyśmy do Zakopanego i w Dolinie Kościeliskiem spotkałam Bolka, ale potem wróciłam z wakacji i Ten od Joli powiedział mi, że kocha mnie nad życie. I że potrzebny jest kompromis.
Dlaczego ja za niego wyszłam? Nie jest to mądre pytanie i nie znam na nie odpowiedzi. Lepiej, co prawda, mieć jasność co do powodów rozwodu niż ślubu.
Może to lepiej, że pojedziemy z Adamem na urlop później. Kiedy zdarzy się cud i zarobię te cholerne dziesięć tysięcy, i nigdy już nie wezmę się do żadnego szybkiego wzbogacania.
Siedzę w domu i męczę się, jak przykazał Naczelny, nad tekstem o mizoginistach i ich partnerkach. Mizoginista to mój Eksio, czyli facet, który nie lubił mnie, czyli nie lubił kobiet. Ale jeśli napiszę ten tekst i zapłacą, to będzie to jedna z korzyści osiągniętych w tym związku, który powinien powoli zapadać w niepamięć, a nie zapada. Właśnie byłam w połowie jednej z kupionych w zeszłym tygodniu książek, i wynikało z niej jasno, że mężczyzna za cholerę nie zaspokoi wszystkich potrzeb kobiety. I że najlepiej jest mieć inne hobby. Hobby spaja związek. I żeby wieczorami sobie o tym porozmawiać, i że to jest budulec przyszłego związku. I kiedy już- już miałam na końcu języka świetny opis naszego małżeństwa jako przykład dręczonej kobiety, wpadła Reńka.
– Możesz coś dla mnie zrobić?
– Jasne – powiedziałam, a w pamięci miałam te róże, co mi dała, i to, że Adam lubi rude.
– Nie pograłabyś ze mną w tenisa?
Jak na zamówienie! Owszem, pograłabym z największą przyjemnością. W ten sposób Adam i ja będziemy mieli różne hobby i się sobą nie znudzimy. To znaczy, ja będę grała w tenisa z Reńką, a on z Krzysiem. Ula nie gra. I Adam nie będzie się czuł zmuszany do zaspokajania wszystkich moich potrzeb. A poza tym może powinnam zbliżyć się trochę do Reńki i czegoś się od niej nauczyć. Nie zapominam, że Reńka jest ruda. Skąd żona Konrada o tym wiedziała? Muszę tylko uważać, żeby nie popaść w paranoję. Kontrola nie, ale sprawdzić zawsze warto, na wszelki wypadek.
Reńka bierze do ręki pierwszy z brzegu list, który czeka na odpowiedź, i zaczyna czytać. Nie wolno jej czytać listów, nikomu nie wolno, oprócz mnie. Delikatnie przywołuję ją do porządku. Niechętnie oddaje mi różową kartkę.
– Tosia na wakacjach z chłopcem? – Coś podobnego, Reńka pyta o Tosię!
– Uhmm – mruczę.
– Nie bałaś się jej samej puszczać?
Bałam się, i owszem, do teraz się boję. Drżę na samą myśl, że…
– Skąd, to dojrzała dziewczyna.
– Nie boisz się, że wróci w ciąży?
Ależ ta Reńka musi mnie nie lubić!
– E – macham ręką – są gorsze nieszczęścia.
– Nieszczęścia? Tobie się już całkiem pod sufitem pomieszało. To w ogóle nie jest nieszczęście!
Zatyka mnie. Jak Reńka może być taką idiotką? Sama nie ma dzieci i całą złość z tego powodu przelewa na mnie i moją córkę. Jak może mi życzyć, żeby Tosia wróciła w ciąży? Matko moja!
– To przyjadę po ciebie w sobotę. – Reńka patrzy na mnie uważnie. – Do zobaczenia.
Ściągnęłam z szafy w sionce swoją rakietę. Nie ma naciągu, bo pękł. Rączka jest nieco wygięta, bo leżała na niej walizka. Jednym słowem, nie mam rakiety. Wyciągnęłam z szafy swoją spódnicę do tenisa. Ostatni raz używaną trzy lata temu. Za ciasna. Znaczy – nie mam stroju do tenisa. Zanurkowałam do szafki z butami i wygrzebałam adidasy. Nie nadają się na kort – wchodziłam w nich w morze cypryjskie, troszkę straciły fason.
W czwartek po pracy biegam po sklepach. Pożyczam rakietę od Mojego Ojca. Kupuję szorty. Przy moich długach szorty nie są idealne. Muszę kupić adidaski, dorzucam również skarpety, a jakże, białe. Wracam do domu i krzyczę radośnie do Adama, że jadę na tenisa w sobotę. Wieczór za to spędzimy razem, kiedy już będę szczuplejsza.
Kort Reńka wykupiła dla ułatwienia w Warszawie. Rezerwację mamy od wpół do siódmej. Spotykamy się już o trzeciej, pojedziemy wcześniej, przegryziemy coś na mieście, obiadu nie robię. Zarzucam torbę z nową rakietą, nową spódnicą, nowymi adidaskami i nowymi skarpetkami na ramię. Jakaż to przyjemność zaczynać nowe życie! Będziemy grać w tenisa dwa razy w tygodniu! I będę szczupłą, atrakcyjną kobietą, która nie oczekuje od partnera wszystkiego, bo w tenisa, na przykład, gra z kim innym!
Reńka prowadzi mnie do świetnej knajpki chińskiej, położonej co prawda w przeciwnym kierunku niż korty, ale przecież ma samochód. W knajpie chińskiej zamawiamy pyszną wołowinę w sosie słodko- kwaśnym – można jeść, bo przecież zrzucimy to za dwie godziny! Reńka mówi o mężczyznach, że czasem z nimi trudno. Pyta, jak mi się układa z Adaśkiem. Pyta o Tego od Joli. Pyta, czy wiedziałam, że Ten od Joli ma romans. Staję się czujna i odpowiadam półgębkiem.
Przy herbatce Renia nieopatrznie patrzy na zegarek. Zostawiamy herbatkę i pędzimy do samochodu. Najpierw nie możemy wyjechać. Pusty parking zrobił się pełny. W Alejach wpadamy w korek. Korek jest długi i szeroki, jak okiem sięgnąć. Renia skręca w boczną – na skróty będzie szybciej. Nie jest szybciej, bo ulica jest zamknięta. Renia próbuje wykręcić i zawrócić, ale to nie łatwe.
– Gdzie jedziesz, kobieto! – krzyczy jakiś facet i to jest na pewno mizoginista. – Tu nie trzeba było wjeżdżać, przecież jest znak, że to ślepa ulica! Każdy kretyn by to zauważył!