Выбрать главу

Trójka drobiazgu pojawiała się raz na jakiś czas, świergoliła coś jak małe stadko ptaszków i odfruwała w lasy i pola.

Hamak osamotniał, bo udałyśmy się z koszami i drabiną na jabłonki i narwałyśmy jabłek, bo wczesne, a Gospodarze je sprzedają na targu. Będą przynajmniej mieli z nas jakiś pożytek. Potem ułożyłyśmy część drewna, które rąbał Gospodarz. Potem wyszorowałyśmy ganek oraz stół drewniany, bo przecież nie można dopuścić, żeby Gospodyni z powodu gości się zaharowała na śmierć.

Wieczorem, a jakże, nadjadły nas komary przy ognisku, w którym piekliśmy kiełbaski i chleb. W południe następnego dnia zrzuciłam dżinsy i ubrałam się w kostium. Drobiazg Szwedki pojechał z Gospodarzami na targ sprzedawać jabłka, zostałyśmy, trzy kobiety, same. Szwedka opowiadała, jak jest w Szwecji i jaki to mąż jest cudowny, a dzieci jakie wspaniałe, ale że się bardzo cieszy, bo my też naprawdę jesteśmy ekstra. Słowem – kiedy żar lał się z nieba, poszłyśmy rwać wiśnie i czereśnie, bo zmarnieją, szpaków rano była chmara. Rwałyśmy przy opowieściach Szwedki, która raz po raz śmiała się i naprawdę w powietrzu aż dzwoniło. Patrzyłam na Szwedkę i nie mogłam się nadziwić, jak ona to wszystko robi, że świat pięknieje wokół. Nic dziwnego, że i ja wyprzystojniałam.

Po trzech dniach byłyśmy zaprzyjaźnione na wieki, a ja z Ulą zaproszone do Szwecji, jak tylko będziemy miały czas, ochotę, i w ogóle. I pomyśleć, że Tosia jest w Szwecji na rowerze!

Czwartego dnia przyjechał Adam, bo się stęsknił. Tylko na weekend, trochę sobie odpocznie. Poprosił Moją Mamę, żeby popilnowała Borysa i kotów. Mama powiedziała, że chętnie odpocznie na wsi. Może Ojciec też przyjedzie, bo on też chętnie by odpoczął na wsi. Adam już po półgodzinie oczu nie mógł oderwać od Szwedki, śmiał się razem z nią, jakby znali się od stu lat, i gdyby nie to, że mąż Szwedki był dla Szwedki uroczy, toby mnie skręciło. Ale drobiazg w postaci dwóch chłopców i jednej dziewczynki również ubezpieczał Szwedkę, a Adam powiedział do mnie:

– Spaliłaś sobie nos. – I wierzcie mi, było w tym sporo czułości.

Adam chciał trochę wypocząć, ale rano musieliśmy natychmiast wstać i zrobić coś z resztą porąbanego drewna, bo okazało się, że może padać. Adaśko z Gospodarzem nerwowo budowali coś na kształt wiaty, a my ze Szwedką i Ulą przerzucałyśmy siano do stodoły, żeby nie zamokło. O czwartej po południu zaczęło kropić – wiata była gotowa, a siano w stodole. Nie czułam rąk, kręgosłupa i nóg. Zjedliśmy obiadek i wymyłam dziesięć głębokich talerzy, dziesięć płytkich, szesnaście kubków po kwaśnym mleku, sześć garnków, dwie patelnie, całe mnóstwo sztućców i zamiotłam podłogę w kuchni. Na odpoczynek trzeba zasłużyć. O szóstej po południu przyjechał sąsiad Gospodarzy z wiadomością, że mu się krowa cieli i czy ktoś pomoże. Pojechałam z Gospodarzem, bo zawsze to coś ciekawego. Krowa ocieliła się o czwartej nad ranem. Pomagałam cielątku wstać. Co za wspaniałe wydarzenie!

Wracaliśmy bladym świtem przez łąki, rosa iskrzyła na trawie i czułam, że żyję. Po dwóch godzinach snu zostałam brutalnie obudzona, bo przecież idziemy na grzyby. Gospodyni przypomniała, że chciałam iść na kurki. Do jajecznicy na śniadanie, bo nie majak jajecznica na kurkach, Niebieski przepada za jajecznicą na kurkach. No cóż, każdy związek ma swoje wady.

Ponieważ Szwedka rozjaśniła swoim uśmiechem cały dom i krzyknęła: – Wonderful, mushrooms! – zwlokłam się i ja, żeby nie tracić tak miłego poranka.

Kurki to są małe żółte grzybki, których nie było. W południe postanowiliśmy trochę odpocząć i wyleźliśmy na słońce, Szwedka w kostiumie, drobiazg w strojach niewiadomych, bo zniknął, ja oczywiście w sukience długiej, choć hinduskiej. Gospodarz postawił przed nami dwie skrzynki groszku zielonego do łuskania, bo przecież nie będziemy siedzieć bezczynnie.

– Czemu się tak ubrałaś? – spytał Adaśko, świecąc gołym, choć lekko opalonym przy koszeniu trawy torsem.

– Przecież przy Szwedce nie będę się rozbierać, i tak widzę, że od niej oczu nie możesz oderwać – jęknęłam z zazdrością.

– Przecież ona jest dwa razy taka jak ty – zdumiał się Adaśko i spojrzał na mnie krytycznie – i widzisz, w ogóle nie robi z tego problemu. To właśnie jest w niej najładniejsze.

Spojrzałam na Szwedkę. I zobaczyłam to, czego nie widziałam, pracując ciężko przez ostatnie dni. Ona była naprawdę gruba! I co za czar, co za wdzięk! Jaka była śliczna! Pocałowałam z wrażenia Niebieskiego i wskoczyłam w kostium. Kompleksy niszczą mi radość życia. Wszystko przez Reńkę! To ona ma kompleksy, mimo że jest piękna i ruda, a ja jak zakompleksiona uczennica zarażam się tym, nawet jeśli jestem sto kilometrów od niej! Poza tym to nie figura jest ważna, tylko charakter! A charakter na pewno ja mam lepszy. I w ogóle nie jestem uzależniona od mężczyzny!

Wróciliśmy do domu w świetnych humorach. Co prawda raz, wieczorem, byłam o krok od opowiedzenia Adamowi o tym, jak narozrabiałam, ale powstrzymałam się. Teraz mam siły do pracy. Od jutra.

Zaczęło lać, otworzyłam szeroko okna, pięknie jest, jak tak leje i leje po upalnych dniach, słychać, jak ziemia pije wodę, korzonki na pewno ruszają się w ziemi i otwierają buzie, świat zaczyna być bardziej przejrzysty, uwielbiam letnie deszcze. Umyłam dwa kilo czereśni i zasiadłam przed telewizorem. Wtedy niespodziewanie zadzwoniła Renia.

– Jesteś już? – jęknęło mi w ucho.

– O, Renia! – ucieszyłam się. – Jesteś już?

– No właśnie. Wróciliśmy wcześniej – dodała po chwili.

– To wspaniale – krzyknęłam nieopatrznie. – Spotkamy się! Cudownie odpoczęłam na wsi!

W słuchawce milczało. Zorientowałam się, że coś było nie tak.

– Jak twój urlop? – spytałam po chwili.

– Beznadziejnie.

Domyśliłam się. Ona po prostu gdzieś tam nad tym morzem nie spotkała pięknej, grubej osoby. Na plaży na pewno defilowały przed nią szesnastki szczupłe i opalone, za to na nogach długich, bez cellulitu. I biedna Renia na pewno popadła w kompleks letni! Nie miała tyle szczęścia co ja!

– Możemy się zobaczyć? – Jak przez mgłę usłyszałam głos Reni.

– Natychmiast przychodź, mam cudowne czereśnie! – ucieszyłam się. Niech no przyjdzie szybciutko, bo doprawdy nie można z powodu własnego wyglądu tak smutno postrzegać świata! Ja to naprawię!

Renia zajechała wkrótce przed bramę, rozchlapując głębokie kałuże. Borys radośnie się na niej uwiesił przednimi łapami, a ja patrzyłam na nią wyjątkowo ze współczuciem. Oczy podkrążone, blada (!) po urlopie! Ani śladu nowej opalenizny, luzu, wypoczynku!

Posadziłam ją w fotelu i wyjęłam ciasteczka maślane z cukrem, bo są bardzo dobre. Zaparzyłam herbatę. Renia weszła za mną do kuchni, ale widziałam, w jakim jest stanie.

– Nic nie mów – powiedziałam. – Zaraz usiądziemy i wszystko sobie opowiesz.

Biedna dziewczyna! Oczyma wyobraźni widziałam ją na plaży, otuloną w koc, albo Bóg jeden wie co. Skoro nawet buzi nie ma opalonej!

Renia powlokła się za mną do pokoju i nadgryzła czeresienkę. Na ciasteczka nie zwróciła uwagi.

– No, mów, jak było – rozsiadłam się wygodnie.

– Nie masz jakiegoś drinka?

Nie miałam.

– Pojechaliśmy w poniedziałek. Ale rozumiesz…

– Och, Reniu – krzyknęłam współczująco. – Nie można aż tak przejmować się sobą!

– Chwileczkę – Renia sięgnęła po ciasteczko i spojrzała na mnie jakoś niesympatycznie.

Borys siedział przy niej sztywno i obwąchiwał róg jej spódnicy. Wyczuwał mordercę Azora na odległość.

– Poczekaj – uspokoiłam ją ruchem ręki – najpierw ja ci opowiem o mojej wsi, to zrozumiesz, co ci chcę przekazać! – Byłam w nastroju do nawracania zbłąkanych duszyczek na drogę jedynie słuszną.

Renia znowu sięgnęła po ciasteczko, a ja poczułam się jak ryba w wodzie. Ach, jak wartko mi poszła opowieść o grubej Szwedce, co to nikt nie wiedział, że jest gruba, bo charakter miała wspaniały! Nie pominęłam dzieci i zakochanego męża, wtrąciłam coś o zazdrości o Niebieskiego, po to żeby szybko po godzinie wysnuć wniosek – że piękni jesteśmy, jeśli siebie akceptujemy.