Выбрать главу

Renia zajadała czereśnie i przyglądała mi się coraz dziwniej. Milczała. Zrozumiałam, jakie trudne musiało być dla niej przebywanie na plaży w towarzystwie męża, który wie, że ona choć piękna i ruda, nie wytrzymuje porównania z modelkami z reklam telewizyjnych. Pojęłam w lot, że porównywanie jej z szesnastkami nie wyszło na dobre ich w końcu niezłemu małżeństwu. A może się kłócili cały czas? Może Renia nieobliczalnie w ogóle zrezygnowała z wypoczynku i nie poszła na plażę, tylko bidulka siedziała sama w domku jakimś letniskowym i cierpiała? Ot, co kobieta sobie potrafi zafundować, jak wpadnie w wir własnych iluzji i nie ma kontaktu z rzeczywistością! Adaśko lubi rude, ale i tak jej współczułam. Co mi tam!

– Reniu kochana – wypaliłam wreszcie – nie martw się! Powiedz mi szczerze, ile razy byłaś na plaży?

– Właśnie próbuję ci powiedzieć…

– Ile? – nie dawałam za wygraną.

– Ani razu! Ale…

– Poczekaj – uspokoiłam ją. – Opowiedz mi wszystko od początku.

– Nie byłam ani razu na plaży! – Renia zerwała się tak gwałtownie, że Potem, leżący dotychczas spokojnie na moich kolanach, drgnął i podniósł łebek. Renia wydawała się wściekła i mówiła podniesionym głosem. – Nie byłam, bo lało! Lało przez pięć dni non stop! A w powrotnej drodze zepsuł się ten cholerny samochód i wracaliśmy jakąś okazją, pod plandeką! Jestem wykończona! Mam katar, źle się czuję i myślałam, że może sobie z tobą pogadam. Ale ty mi zasuwasz o obwodach ud i jakiejś Szwedce!

Z Tosią mi lepiej

Tosia wraca za trzy dni. Już nie mogę się doczekać. Dom bez niej jest pusty. Owszem, bardzo się cieszę, kiedy mogę mieć chwilę spokoju, ale tylko chwilę! A nie cały miesiąc. I ta Szwecja! Poza tym co ona robi nad tym morzem, skoro tam leje? U nas też leje już trzeci dzień. Zaprosiłam Grześków na kolację, wrócili z Włoch, mam nadzieję, że mnie nie zagryzie zazdrość. Adaśko obiecał, że wróci wcześniej, to znaczy koło ósmej. Dlaczego on woli przebywać poza domem? Na początku było zupełnie inaczej. Skończyłam odpisywać na szesnaście listów i próbuję skończyć przed powrotem Naczelnego dwa teksty. Nie mogę nawet zapytać Adama, co o nich myśli, bo jak Naczelny je zaakceptuje i zapłaci, to honorarium od razu pójdzie na spłatę długu.

Grześki przyszły opalone na brąz, ale pod opalenizną wydawali się bladzi. Agnieszka wzięła mnie do kuchni, chłopcy zostali w pokoju, za oknami mokro, leje, mogłoby przestać, bo to przecież środek wakacji. Te biedne roślinki się potopią.

Kroiłam pomidory i patrzyłam niestety z zazdrością na pięknie opaloną Agnieszkę. Ona kroiła cebulę.

– Ostatni raz tak głupio spędzam urlop – powiedziała, ocierając oczy.

– Było tak źle?

– Kochana! – westchnęła Agnieszka. – Byliśmy w dwa samochody, my z Honoratą (to moja Nieletnia Siostrzenica) i Juniorem (to mój Nieletni Siostrzeniec), oni ze swoją starszą córką i młodszym synem.

– O, to idealny układ – westchnęłam, choć te parę dni w Nowej Wronie odświeżyło mnie nadzwyczajnie.

– Ostatni raz w życiu wymyśliłam, żeby może tak razem, bo i dzieci będą miały towarzystwo, i my. Ostatni raz – powtarzała zaciekle Agnieszka, krojąc tę nieszczęsną cebulę. Cięła tak ostro, że aż zrobiło mi się żal tej cebuli.

– Dzieci są w wieku siedem, dziewięć – chłopcy, trzynaście i piętnaście – dziewczynki. Na stacji benzynowej, na której tankujemy, ich córka mówi, że chce jechać z naszą córką. Nie mamy nic przeciwko temu, ale znajomi mają. Ich córka robi awanturę, więc przepakowujemy bagaże, żeby się zmieściła. I wtedy Junior oświadcza, że nigdzie się nie rusza, więc ich synek wpada w histerię, że on nie zostanie w ich samochodzie, skoro siostra jedzie z nami. – Agnieszka machała nożem. – Znajomi są wściekli i w związku z tym zabraniają swojej córce jechać z nami, skoro nasz synek nie chce z ich synkiem. Napięcie rośnie, ich córka się przesiada z powrotem i jest obrażona na brata i na nich, nasza jest obrażona na brata swojego i na nas, że go nie zmusiliśmy. Ruszamy. Na granicy stoimy sześć godzin.

– Ty zawsze przesadzasz – w drzwiach pojawił się Grzesiek. – Pięć godzin i piętnaście minut.

– No mówię właśnie – Agnieszka odwróciła się do Grześka. – Sześć godzin. Jak myślisz, na co starcza tyle czasu?

Na seks akurat, przyszło mi do głowy, ale nic nie powiedziałam.

– Otóż to jest wystarczająco dużo czasu… – ciągnęła niezmordowanie Agnieszka, Grzesiek siadł na stołku przy stole, Adam oparł się o framugę. Wszyscy już byliśmy w kuchni, bo przecież są zaledwie trzy pokoje w tym domu -…na to, żeby nasza córka i ich córka mogła przekupić Juniora, żeby się zgodził jechać w samochodzie znajomych. Junior się zgadza, ale ja protestuję, bo wolę, żeby nasze dzieci jechały z nami.

– Właśnie – wciął się Grzesiek i otwarł sobie piwo – właśnie. Wszystko przez ciebie, gdybyś się zgodziła, to nie byłoby całej afery.

– Jak ja się mogę zgodzić, żeby Junior jechał z kimś obcym? – Agnieszka patrzyła w moją stronę i szukała poparcia.

Patrzyłam na Grześka i kiwałam głową. No, jakże ona się mogła zgodzić?

– Znajomi się obrażają, że nie mam do nich zaufania. – Agnieszka wróciła do krojenia.

– Bo nie miałaś! – Grzesiek przechylił puszkę.

Wyjęłam szklankę i mu ją podałam. Adam pije z puszki.

– Nie miałam!!! Oczywiście, że nie miałam! Ale to nie ma nic do rzeczy. A wtedy Grzesiek – Agnieszka oskarżająco wskazała nożem na Grześka – proponuje, że pojedzie ze znajomymi, a wszystkie dzieci niech jadą ze mną. Ale ja nie po to mam urlop, żeby jechać z czwórką dzieci i użerać się z nimi całą drogę. Wybucha awantura, że utrudniam, bo skoro dzieci się porozumiały, to dlaczego?

– No właśnie, dlaczego?

– Daj jej skończyć – Adam siadł naprzeciwko Grześka. – Niech mówi.

Czasem, choć rzadko, zastanawiam się, co on chce przez to powiedzieć. Bo takie zdanie, choć może mi się wydaje, brzmi jak obelga. Dla Agnieszki na szczęście nie.

– Po awanturze zgadzam się na przesiadkę Juniora do ich samochodu.

– Trzeba było tak od razu – Grzesiek skulił ramiona i umilkł pod piorunującym spojrzeniem Agnieszki,

– Zapada noc. Dzieci jęczą, że nie zasną w samochodzie. Nie ma pola namiotowego, za to jest tani hotelik. Płacimy bajońską sumę, pocieszając się, że do Włoch niedaleko.

– Było niedaleko. – Jej mąż się uśmiechnął.

– Rzeczywiście, było, coś około tysiąca kilometrów. Dojechaliśmy. Wynajmujemy milusi domek za bajońską sumę, bo po co namiot, skoro tak wygodniej. Chcemy zwiedzać, ale nasze córki mówią, że przyjechały nie po to, żeby gdzieś jeździć, one chcą na plażę. Znajoma też chce na plażę, a synkowie oświadczają, że mogą jechać z nami zwiedzać Rzym, pod warunkiem, że coś im kupię. Chcę zobaczyć Rzym, więc wydaję bajońską sumę na zachcianki chłopców, którzy grzecznie wsiadają w samochód i calutki dzień marudzą, że ich nogi bolą i kiedy się będziemy kąpać. Prawda, że tak było?

Grzesiek przytaknął głową. Do kuchni, jakby nas tam było mało, wszedł Borys i uwalił się pod stołem. Agnieszka ciągnęła:

– A wieczorem okazuje się, że dziewczynki chcą spać razem. Umieszczamy dziewczynki razem. Nasz synek oświadcza, że bez nas się boi, w związku z tym śpi w naszym łóżku. Jest ciasno. Ich synek mówi, że sam spać nie będzie, i idzie do rodziców. Znajomi też są niewyspani. Następnego dnia dziewczynki się kłócą, więc znajomi idą na plażę ze swoją córką i naszym synkiem, bo chłopcy się zaprzyjaźnili. My jedziemy w kraj, bo chcemy to i owo zobaczyć. Wieczorem dziewczynki nie chcą razem spać, ale za to chłopcy chcą, czyli nasza córka śpi z nami, a ich córka z nimi. Jeden pokój znowu jest wolny. Wstajemy niewyspani. Rano dziewczynki się godzą. Idziemy na plażę, ale za to chłopcy się pokłócili. I tak przez cały czas! Weź to – Agnieszka gniewnie podała miskę z pomidorami Grześkowi. – I dlatego nie lubię Włoch i w ogóle na ten temat nie będziemy rozmawiać, dobrze?