Muszę. Spojrzałam na niego.
– Czy dzieje się coś, o czym nie wiem? – Adam nie spuszczał ze mnie wzroku i poczułam się osaczona.
– A co się ma dziać? – wzruszyłam ramionami. – Wszystko OK, ale przecież nie mogę powiedzieć Naczelnemu, żeby się wypchał.
– Dobra – Adam podniósł się z fotela. – Ale mówiłaś, że zawsze w wakacje jesteś mniej obłożona robotą. To może ja zajmę się tym komputerem dla Szymona…
– Nie! – krzyknęłam. – Poczekaj – dodałam spokojniej – kolega w pracy mi powiedział, że we wrześniu będą specjalne promocje, czekają na początek roku szkolnego – plątałam się w nadziei, że odciągnę uwagę Adama od pustego konta. A jednocześnie czułam przez skórę, że coś wisi w powietrzu. Nie miałam pojęcia co.
Pod koniec września będę miała dwa tysiące. I dwa pożyczy mi ojciec. Zrobię coś, żeby Adam w ogóle nie doszedł na ulicę, gdzie mamy bank.
– Co to za firma? – zapytał.
– Ojej, wiesz, że nie mam głowy do nazw. Ale jutro ci powiem. Wstrzymaj się – powiedziałam, starając się ze wszystkich sił, żeby te słowa zabrzmiały lekko i prawdziwie zarazem.
– Mogę się wstrzymać – powiedział Adam, ale patrzył na mnie w dalszym ciągu dość dziwnie.
Więc poszłam do pokoju i włączyłam komputer.
A potem usłyszałam z ogrodu Uli donośny śmiech Krzysia i głos Adama. No cóż. Sama jestem sobie winna.
Nie wiem, jak wytrzymam w redakcji i jak wytrzymam w kolejce. Nie mogę się schylać i nie mogę kręcić głową. Przyszła Renia. Mam wrażenie, ilekroć z nią rozmawiam, że coś przede mną ukrywa. Ale może jestem przeczulona, może wszędzie węszę niebezpieczeństwo, doświadczona przez Tego od Joli. Ale przecież nie myślę o nim często, a ilekroć widzę Renię, czuję niepokój i boję się o Adama. Renia rozsiadła się w kuchni, w pokoju mam rozłożoną robotę, parzę herbatę. Renia wyciąga i kładzie koło siebie na stole telefon komórkowy. Czerwony. To coś nowego. I okazuje się, że od męża. Nie poszła sobie sama samiutka do jakiegoś punktu sprzedaży, który reklamuje się, że dopłaca ci do wszystkich rozmów, bo jest taki dobry i tak o ciebie dba. Nie. Ona ten telefon dostała od męża. Zacny prezent od męża. Bez powodu, z wielkiej miłości. Troszkę jej pozazdrościłam. Ten od Joli, kiedyś w przeszłości, dużo by dał czasami, żeby mnie nie słyszeć. A jej Artur widać wprost przeciwnie. Bywa. Albo się coś zmieniło na lepsze w ich małżeństwie, albo wprost przeciwnie. Jeśli mężczyzna do późna siedzi w pracy, to znaczy, że nie przepada za domem, nie oszukujmy się.
Siedziała u mnie czterdzieści pięć minut. Zgadnijcie, ile razy zadzwonił? Pięć! Pięć, a to daje średnio jeden telefon na dziewięć minut.
– Z cytryną? – zapytałam, bo właśnie ugotowała się woda.
Bzyyyy, bzyyy, bzyyy.
– Misiu? To ja. Ja cię też. Jestem u Judyty, wpadłam na chwilę. Nie. Niedługo. Ja cię też. No to pa.
Robię herbatę. Czajnik szumi. Spędzam ze stołu koty, kładę dwie maty słomiane, wsypuję cukier do pustej cukierniczki.
– Mów, co słychać, tak dawno cię nie widziałam. – Wciąż się cieszę.
Bzyyy, bzyyy, bzyyy.
– Misiu? No to ja. Pijemy herbatę. Będę niedługo. Ja też tęsknię. Dobrze. Powiem. No to pa.
– Pozdrawia cię – mówi Renia.
Dziękuję, nalewam do szklanki esencji, znajduję dziwnym trafem niedojedzone orzeszki w miodzie i próbuję się skontaktować z Renią.
– Nie, nie jem orzeszków, Miś mówi, że mi tu przybyło.
Bzyyy, bzyyy, bzyyy.
– Misiu? Judyta podała orzeszki w miodzie, ale nie będę jadła. Ja cię też. Całuję. Pa.
Patrzę ja na nią, nic jej nie przybyło, raczej bym powiedziała, że ubyło – jeśli chodzi o rozsądek. Mnie by facet wykończył, telefonując co trzy minuty albo nawet co dziewięć. Choć gdyby Adam miał telefon, łatwiej byłoby się z nim porozumieć.
– Może wyłącz telefon? – proponuję nieśmiało.
– No coś ty, przecież on mi go kupił, żeby się ze mną w każdej chwili móc skontaktować. I rzeczywiście. Bzyyy, bzyyy, bzyyy.
– Misiu? To ja.
A kto, na miłość boską, miałby odbierać?
– No. Będę niedługo. Kończymy herbatkę. Co u Judyty? Chyba wszystko OK. Ja cię też. Pa.
Telefonik śliczny. Malutki. Co się, u licha, stało? Do tej pory mówiła o mężu rzadko i nigdy go o tej porze nie było w domu, a tu proszę! Odprowadzam ją do samochodu. Rzuca torbę na tylne siedzenie, zapala silnik, odwraca się, szuka, potem to szukane przykłada do ucha. Rusza. Odjeżdża.
No cóż, przynajmniej nie zdążyła mnie zdenerwować gadaniem o mężczyznach, co to mogą cię zdradzać, i w ogóle się nie zorientujesz, że cię zdradzają. Swoją drogą, jakby ten Artur był taki zakochany, to by wcześniej wracał do domu. Ona przecież bez przerwy jest sama. Nic dziwnego, że wymyśla tenisa w Warszawie.
Przypomniało mi się, jak byłam u Basi i jej męża na kolacji z Adamem, jeszcze w zimie. Są piętnaście lat po ślubie i postanowili to uczcić. Myśmy dawno zamówili wykwintne krewetki z czosnkiem, na ciepło, na maśle, a Basia jeździ paluszkiem po karcie, mąż zagląda jej przez ramię. A kelner stoi i czeka.
– To może najpierw pan? – kelner nie wytrzymuje tego czekania.
– O nie, ja po żonie – mówi Mężczyzna Jej Życia.
Ona wskazuje coś w karcie menu, on potakująco kiwa głową. No, pamiętam, jak sobie pomyślałam, że bez jego pozwolenia nawet zjeść biedactwo nie może tego, na co ma ochotę. I musiałam mieć w oczach coś, co kazało im się natychmiast wytłumaczyć.
– Wiesz – powiedział – dla mnie jest znacznie ważniejsze, co Basia zamówi. Ona zaś uśmiecha się.
– Od naszego pobytu we Francji.
Co tu jest do uśmiechania się, ja się pytam!
On:
– Cały czas zwiedzaliśmy zamki nad Loarą.
Ona:
– Byliśmy wykończeni i rzadko jedliśmy coś porządnego.
On:
– I postanowiłem zaprosić Basię na wspaniałą kolację.
Ona:
– Do cudownej knajpy.
On:
– i poszliśmy.
Ona:
– Ale kelner kiepsko po angielsku.
On:
– i karta dań tylko po francusku.
Ona:
– A my kiepsko po francusku.
On:
– i Basia zamówiła jakieś lespommes de…
Ona:
– A ty co innego…
On:
– Na szczęście.
Ona:
– Bo wiesz co? Ja nienawidzę tylko jednej potrawy. To są ziemniaki i sztuka mięsa w sosie chrzanowym. I właśnie to dostałam. Myślałam, że się rozpłaczę.
On:
– I ja musiałem to zjeść. Od tego czasu większą uwagę przykładam do tego, co zamawia moja żona. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że nie będzie jej smakowało i ja to będę konsumował.
Ciekawe, czego nie chce konsumować mąż Reńki, który zabezpiecza się, dając jej komórkę. Czerwoną.
Przyjeżdżam kompletnie złachana z pracy. Nie mam siły na nic. Wczoraj musiałam czekać na kolejkę prawie całą godzinę. Adam podstawił mi pod nos kanapki z żółtym serem i pomidorem, ale nie mam siły jeść.
– Trzeba było zadzwonić, to bym wyjechał po ciebie – powiedział.
Ale skąd ja miałam wiedzieć, siedząc w redakcji, że będzie taki korek w Alejach i że się spóźnię na kolejkę? Mężczyźni są zupełnie bez wyobraźni. Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł, prawda?
Wzięłam kąpiel i postanowiłam poczytać w łóżku, mimo że jest dopiero dziesiąta. Nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Wstałam o szóstej i dalej byłam zmęczona. Szyją już w ogóle nie mogę ruszać.
Adaśko zadzwonił do redakcji o drugiej.
– Zamówiłem ci kręgarza – powiedział i podał adres na drugim końcu miasta. – Masz do niego absolutnie iść, bo wpisał cię wyjątkowo na dzisiaj. Przyjadę tam po ciebie.
W innych okolicznościach podejrzewałabym, że coś kombinuje. Byłam wzruszona, że ktoś o mnie zadbał, i oczywiście wcześniej wyszłam z redakcji i pojechałam na drugi koniec miasta. Drzwi otworzył mi cudowny mężczyzna, który kazał mi się rozebrać. Właściwie dawno nikt mi tego od drzwi nie proponował.
Okazało się, że wyskoczył mi taki kręg, co jak wyskoczy, to w ogóle nie wiesz, czy żyjesz. Bolało jak cholera, ale chiropraktyk nie takie rzeczy widział. Choć jak mnie nacisnął, zapragnęłam, żeby miał coś wspólnego raczej z wróżeniem. Ale on mnie próbował nastawić. Leżałam u niego na kozetce, a on boleśnie majstrował przy moim ciele. Gdyby jeszcze od tego się szczuplało!