Mój pies Borys patrzył na mnie z lekceważeniem. Wtedy właśnie poczułam, jak ogarnia mnie depresja.
– O Boże, ale ty wyglądasz! Czy coś się stało? – przywitała mnie w drzwiach Reńka, rzeczywiście lekko zakatarzona. – Mam pyszne serdelki zapiekane z żółtym serem, zjesz ze mną?
Mój żołądek donośnie zawył – chcę serdelka!
– Nie, dziękuję, jestem na diecie – powiedziałam, wijąc się z pożądania.
– Chyba zwariowałaś! Miałyśmy dietę zacząć razem. To przecież ja cię do tego namawiałam – Renia wyraźnie miała do mnie pretensję.
No rzeczywiście, miałyśmy razem. Moje mocne postanowienie zostało troszkę nadwerężone. Najlepiej by mi zrobił kieliszek koniaku, ale przecież jestem na diecie.
– Napijesz się czegoś?
– Piję wodę – wysyczałam przez zaciśnięte gardło.
– Ale ty niesympatyczna jesteś. – Renia wyjęła szklanki. – Może jakbyś umyła głowę, to by ci pomogło. Strasznie masz tłuste włosy.
Wtedy nie wytrzymałam. Diabli nadali olej rycynowy zewnętrznie, marchewki, selery, koleżankę bez koniaku i z parówkami! Bez stresu! Jak mam przeżyć dzień bez jedzenia, bez picia i w dodatku się nie denerwować?
– To daj koniaku – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
– Nie piję – powiedziała Renia, a mnie zamurowało.
No cóż. Jedno jest pewne. Po zjedzeniu paróweczek zdecydowanie mi się polepszył charakter. Wróciłam do domu w świetnym humorze. Ostatecznie, najważniejsze, że trochę pocieszyłam Renię. Że już nie chce nikogo rzucać. A poza tym ten cały pomysł z odchudzaniem się przed świętami doprawdy był nie najlepszy. Renia teraz też chce żyć normalnie. Choć do świąt znowu nie tak blisko.
Nie wytrzymam dłużej tego wszystkiego. Przyszedł rachunek za elektryczność i widzę, co pieniądze (te do wydania) ze mną robią. Powiem o wszystkim Adamowi. Trudno. Tęsknię za nim.
Adama nie ma już czwarty dzień. Dlaczego ja nie mam takiej pracy, żebym sobie pojechała do Kielc służbowo? Bo jestem za gruba. Stoję przed lustrem i doprawdy nie widzę tam nic ciekawego. Oprócz mojego psa Borysa, który też stoi, tyle że tyłem do lustra, bo przodem do mnie. Patrzę na siebie i patrzę, i oto dochodzę do wniosku, do którego już dawno powinnam była dojść, gdyby moje półkule prawidłowo pracowały. Nic się nie da zrobić.
Dzwonię do Reńki i mówię, że wszystko na nic. Nie będę się oczyszczała ani głodziła, ani trenowała.
Reńka jest nadal zakatarzona i szybko mówi, żebym przyszła. Mówię, że nie dość, że nie będę się oczyszczała, trenowała, głodziła, to jeszcze nigdzie nie będę chodziła, bo te wieczne ploty to strata czasu. I odkładam słuchawkę.
Jest mi świetnie, po prostu znakomicie. Nigdzie nie jest powiedziane, że mam wyglądać na lat dwadzieścia trzy i mieć pięćdziesiąt kilo niedowagi. Nigdzie! I nigdzie nie jest powiedziane, że muszę być doskonałą partnerką, która nie robi żadnych głupot.
Za pięć minut dzwonek do drzwi. Otwieram. Renia. Włos szalony, suknia rozwiana. Obłęd w oku. Kurtka rozwiana, rzecz jasna, bo Renia na dresik narzuciła kurtkę.
– Jezu, co się stało? – pyta.
A co się miało stać? Nic się nie stało. Nigdy mi się nic nie udaje. Borys też by mnie sobie zamienił na kogoś innego, tylko nie ma biedaczek takich możliwości.
Reńka jest wstrząśnięta. Nie wiem dlaczego. Czas spojrzeć prawdzie w oczy.
– Ubieraj się szybko – mówi – idziemy do mnie na obiad.
Jeszcze czego. Żeby patrzył na mnie jej mąż i porównywał. Niech sobie sama idzie na obiad i je, aż pęknie. I będzie taka gruba jak ja. Reńka wiesza kurtkę w przedpokoju i wchodzi do kuchni. A niech mnie! Niech sobie idzie do swojego męża i do swojego obiadu, wcale nie mam zamiaru wysłuchiwać pouczeń. I tego, że wszystko ode mnie zależy. I że wystarczy pomyśleć pozytywnie. Bo Reńka ostatnio mówi, że wystarczy tylko myśleć pozytywnie. Ona jest niezrównoważona. Teraz dla odmiany, po okresie depresji, jest w świetnej formie i nie ma żadnych kłopotów.
O siedemnastej dziesięć dzwoni Adam. Że szkoda, że mnie z nim nie ma. I dlaczego mam taki głos? Odważnie mu mówię, że właśnie podjęłam życiową decyzję i nie będę się odchudzać ani nic takiego.
– To ty się chciałaś odchudzać? – Adam jest niebotycznie zdziwiony. – A z czego?
No, masz, babo, placek. Przecież nie będę się wdawać w szczegóły, które są spore.
– Myślałem, że ty się z Reńką umawiasz dla przyjemności, że lubisz tenisa i w ogóle. Przecież ty jesteś w sam raz – mówi Adaśko. Oraz dodaje, że mnie kocha i za mną tęskni.
Przyjechał Adam. Bardzo za nim tęskniłam. Wciągnęłam brzuch i przywitałam się. Serdecznie.
– Co ty taka dziwna jesteś? – zapytał, kiedy przysiadłam na oparciu fotela koło niego. I zrobił coś, o czym marzyłam przez ostatnie parę tygodni. Powiedział “chodź” i pociągnął mnie na kolana. Podskoczyłam jak oparzona i zanim zdążyłam pomyśleć, wymknęło mi się:
– Będę ci siedziała na kolanach, jak schudnę!
– Eee – roześmiał się. – Wtedy, za te dziesięć lat, powiesz mi, że jesteś za stara. Zawsze znajdziesz jakiś powód do zmartwienia.
O Boże, gdyby on wiedział…
Wciąż chudnę
Chciałam z nim pogadać, ale znowu zabrakło mi odwagi. A poza tym, skoro już tylko wnętrze się liczy, a nie zewnętrze, to akurat siadłam sobie wygodnie przed uroczym harlequinowskim filmem, z mocną herbatą. Adaśko nie krył niezadowolenia. Pomyśleć, że kiedy byłam sama, to nie chciałam być sama! W telewizorze on kochał ją, a ona nie, a potem, kiedy ona jego, to on już jej nie. Ale potem kiedy nareszcie… to wtedy i on ją, i ona jego. Był to bardzo pouczający film, który bez wątpienia rozwinął moją osobowość.
– Mam nadzieję, że twoje wnętrze nie będzie wyglądać tak jak to – Niebieski machnął w kierunku całującej się na tle zachodzącego słońca pary.
Zawsze byłam zdania, że mężczyźni nie powinni oglądać filmów, tylko zajmować się czymś pożytecznym. Wbić gwóźdź albo naprawić uszczelkę. I tak od słowa do słowa – pokłóciliśmy się. On twierdził, że ja tylko markuję zdrowe życie i w ogóle, bo naprawdę i tak nic nie robię dla wnętrza. Albo chcę schudnąć, albo wyglądać ślicznie, a tymczasem chodzi o zdrowie, i co ja ze sobą robię!
Oburzyłam się wielce i z miejsca zadzwoniłam do lekarza chińskiego. Zasadniczo lekarz jest Rosjaninem, za to od medycyny chińskiej, ale mówi po polsku. Nie będzie mi nikt mówił, że nie dbam o siebie! Bardzo proszę! Właśnie że do niego pójdę i zastosuję się do wszystkich wskazówek!
Rosjanin od medycyny chińskiej przepisał mi hinduskie zioła, chińskie perły oraz dietę jak najbardziej rodzimą, która niestety nie ma mnie odchudzać, tylko odciążyć moją wątrobę zniszczoną żółtaczką. Dietę straszną, restrykcyjną, nie do zniesienia! Kaszka rano, za to z kiełkami i sezamem, sól won, ryż w południe, aloes, żadnej herbaty, kawy, warzywka, i to gotowane, do picia lipa i żeń- szeń z lukrecją.
Wróciłam do domu. Powtórzyłam zalecenia Niebieskiemu, uśmiechnął się pod nosem i powiedział:
– Rozumiem, że to nie dla ciebie.
O, nie będzie mi tutaj żaden facet mówił, co jest dla mnie, a co nie! W życiu!
– Mogę wiedzieć dlaczego?
– Bo i tak nie wytrzymasz ani tygodnia – powiedział Adaśko i zaczął czytać gazetę.
Trzasnęłam drzwiami i wyszłam do kuchni. Mężczyźni nie powinni oceniać moich możliwości. Przecież spokojnie mogę jeść kaszkę i ryż, odstawić herbatę (z cukrem!), kawy i tak nie piję, to mam z głowy. Ja mu pokażę!
Spędziłam cały dzień na chodzeniu po sklepach. Przyszłam obładowana jak muł, zmęczona i znacznie uboższa – nie podejrzewałam, że maleńka torebeczka zdrowego ryżu kosztuje piętnaście złotych!