Adam popatrzył na moją żywność uważnie.
– Po co tyle tego kupiłaś? Zmarnuje się. Jutro już przejdziesz na mięseczko.
Nie odezwałam się. Nie dam się sprowokować. Udowodnię jemu i całemu światu.
Potem wróciła Tosia ze szkoły. Rozwaliła się w kuchni, spojrzała na zakupy i powiedziała:
– Po co tyle tego kupiłaś? Zmarnuje się.
Rano ugotowałam sobie kaszę jęczmienną łamaną. Bez soli. Posypałam sezamem i otrębami. Wyglądała okropnie. Wzięłam pierwszą łyżkę do ust… i wszedł do kuchni Adam.
– Ha! – powiedział.
– Dzień dobry – powiedziałam i rozjaśniłam twarz w uśmiechu szczęśliwej i zadowolonej z odmiany życia kobiety.
– Smaczne? – zapytał zdziwiony.
Kaszka rozmnożyła mi się przed oczami, miliony ziarenek zaczęły rosnąć i zapełniać kuchnię.
– Pyszne – powiedziałam i zaczęłam jeść. Nie będzie triumfował!
Minęło sześć dni. Jem obrzydliwą kaszkę, nie piję ulubionej herbaty, zawzięłam się. Moje wnętrze zdrowieje z minuty na minutę. Wczoraj przyszła Reńka. Zaparzyłam jej pyszną herbatkę, sobie nalałam wrzątku do żeń- szenia i lukrecji. Reńka powąchała moją szklankę i wstrząsnęło nią, tak samo jak za każdym razem wstrząsa mną.
– Ty pijesz to obrzydlistwo? – zapytała wspierająco.
– To nie jest złe – powiedziałam, kłamiąc jej w żywe oczy. – Poza tym świetnie doenergetyzowuje czy coś takiego. – To już była prawda.
– Zwariowałaś czy co? – Renia była niepocieszona.
Opowiedziałam jej o chińskim Rosjaninie, o nowym życiu, o zdrowiu, o niezwracaniu uwagi na bzdety, tylko na rzeczy ważne. Oraz o Adamie, który nie wierzy w to, że mogę wytrzymać przynajmniej trzy tygodnie. Potem będę już mogła jeść gotowaną pierś kurczaka. Chyba że się okaże, iż ma priony. Lub pryszczycę. Lub coś zupełnie nowego. Przecież świat idzie naprzód. Udowodnię Adamowi, że stać mnie na wszystko.
Reńka, popijając pyszną herbatę, nagle się roześmiała radośnie.
– To on ciebie normalnie podpuścił, a ty się dałaś tak nabrać! – wykrzyknęła.
I poszła.
A we mnie się aż zagotowało. Tak się dałam podejść! Męczę się nieludzko tylko dlatego, że dałam się wmanipulować w kaszkę mężczyźnie! Oczywiście, że dałam się podprowadzić jak dziecko we mgle! Wykorzystał to, co mówię, do swoich celów! O, nie będzie mną żaden facet manipulował!
Kiedy wrócił z pracy, właśnie smażyłam (nie wolno!) na głębokim oleju (nie wolno!) udka kurze (nie wolno!) z curry (nie wolno!).
– Szybko ci przeszło – powiedział Adaśko.
I już, już chciałam powiedzieć, że nigdy więcej nie dam podpuścić, kiedy nagle spłynęło na mnie olśnienie.
– To przecież dla ciebie – powiedziałam i nakryłam do stołu.
On dostał udko, ja ryż z gotowaną rzodkiewką, marchewką i burakiem. Bez soli. Ohydne.
Uśmiechnęłam się i zaczęłam jeść. Ale miał głupią minę! Tosia wcięła dwa uda kurze i zakazała wspominać o tym Jakubowi. Jakbym nie miała nic lepszego do roboty, tylko informowanie go o jadłospisie Tosi. Tosia zresztą jest dumna z mojej diety, jak sądzę. Spojrzała z obrzydzeniem na mój talerz i powiedziała:
– Trzeba schudnąć, by móc tyć swobodnie.
– Daj matce spokój – powiedział Adam.
A więc już do tego doszło, że jest mu obojętne, jak wyglądam.
Ząb i dentysta
Czy są na tym świecie jakieś mądre i przewidujące osoby? W każdym razie ja do nich nie należę. Jeśli z czymś mi się kojarzą takie mądre i przewidujące osoby, to z zębem. Nigdy nie doświadczają bólu – zanim ząb zaatakuje, to one, myk- już są u dentysty.
Ze mną dzieje się wręcz przeciwnie. Taki ząb najpierw delikatnie przypomniał o sobie, że jest. Głupia nie jestem, wiem, że w tym miejscu siedzi od ładnych paru lat, więc go zlekceważyłam. Mógł się poczuć obrażony, bo zamilkł, jakby go w ogóle tam nie było. Przyjęłam ten fakt z zadowoleniem. Odnotowałam w pamięci krótkotrwałej, że kiedyś, w jakiejś bliżej niesprecyzowanej przyszłości, trzeba by iść do dentysty. Ale potem sobie pomyślałam – czy to ja już nie mam gdzie chodzić? Ostatecznie jest dużo innych miejsc na tym cudnym świecie. Ząb jakby zapadł się pod ziemię, a mnie życie wzywało.
Tak mnie wzywało i wzywało, aż pewnego ranka obudziłam się i poczułam. Przejechałam po nim językiem na powitanie, nie złagodniał. Och, ty – pomyślałam. Wypiłam gorącą herbatę – zbuntował się. Aż zazieleniało mi pod powiekami. Dobrze, zwyciężył. Nalałam do herbaty zimnej wody – uspokoił się. Postanowiłam go zaafirmować. Jesteś moim kochanym ząbkiem. W ogóle mnie nie bolisz. Jesteś zdrowy. Musiał zrozumieć, bo ćmił tylko.
W sobotę udałam się z Adamem na przyjęcie do jego przyjaciół z radia, zjadłam tam milion kalorii – a wierzcie mi, w ogóle ich nie było widać – ukrytych sprytnie w kremówce. Postanowiłam przechytrzyć mój ząb i jadłam lewą stroną buzi. Niestety, okazał się sprytniejszy. Wierzgnął na krem i wbił mi szpikulec w szczękę. Pobiegłam do łazienki i długo płukałam usta letnią wodą. Letnią, bo na zimną ząb krzyknął – nie! I dał mi kopniaka prosto w prawą stronę żuchwy.
Po przyjściu do domu wzięłam przeciwbólowe. Oraz przysięgłam mu, że w poniedziałek skoro świt idę do dentysty. Ucieszył się i przestał wyczyniać cuda. Ten poniedziałek miał miejsce dwa tygodnie temu.
Ale czy to moja wina, że ząb mi w ogóle o sobie nie przypomniał?
Przedwczoraj wziął ciężki młot i zaczął regularnie uderzać. Tabletki przeciwbólowe odpychał zdecydowanie. Posunęłam się do tego, że próbowałam go upić. Poszłam do Uli na koniaczek. Wypiłyśmy pół butelki, bo to jest dobra przyjaciółka, i ząb został zgłuszony.
Spałam znakomicie.
Rano obudziłam się z potężnym kacem. Niestety kac był niczym przy bólu zęba. Pod powiekami błyskało, ząb oszalał. Rozbijał się. Podskakiwał. Wziął świder i próbował wkręcić mi się do mózgu. Pojechałam na cito do dentysty. Spojrzał na mnie ze współczuciem.
– Ale długo pani czekała, szkoda, rwiemy.
Długo? No wiecie państwo, przecież już następnego dnia się u niego znalazłam! Od przedwczoraj do dzisiaj to długo?
Rozstanie z zębem było bolesne. I na dodatek mam przyjść jeszcze raz.
Trzeci dzień biorę przeciwbólowe. Rana krwawi. Serce krwawi. Nie lubię rozstań. Ach, jakaż byłam nierozsądna! Byłby ze mną, gdybym go nie zaniedbała!
I tak zastała mnie Anita. Wpadła wieczorem, Adam w radiu, więc się ucieszyłam, Tosia w kinie z Jakubem.
– Cześć! Robert wyprowadził się do Bożeny – poinformowała mnie w progu. Moja tęsknota za ząbkiem stępiała wobec faktu wyprowadzenia się jej męża do nieznanej mi pani.
– Jezus Maria – krzyknęłam. Co tam rozstanie z zębem wobec rozstania z facetem!
– Tak będzie lepiej dla nas obojga – powiedziała Anita i wzięła na kolana mojego kota, któremu to się bardzo spodobało.
Licz tu na wierność swoich własnych, karmionych niemalże własną piersią zwierząt.
– Walcz o niego! – wybąkałam ze zdrętwiałą twarzą.
– Nie ma o co – Anita głaskała mojego kota, a on mruczał. – Od lat było coraz gorzej i gorzej. Przestaliśmy na siebie zwracać uwagę – chlipnęła. – Nawet nie wiem, w którym momencie zaczęło mi go brakować.
– Nigdy nie jest za późno – bełkotałam z przekonaniem.
– Jedyne, co teraz możemy zrobić, to w miarę bezboleśnie się rozstać. W zeszłym roku miałam dobry kontrakt i nie chciałam wyjeżdżać na urlop. Pojechał sam. Wiedziałam, że co się odwlecze, to nie uciecze. Potem przestałam mieć w ogóle jakiekolwiek plany, jeśli chodzi o nas. Ta praca w reklamie była tak fascynująca! I byłam zadowolona, że Robert nie zawraca mi głowy, że też gdzieś go nosi, że ma własne życie… Nic nie mów, tak się tylko chciałam wygadać…
Zrobiłam herbatę. Kiedy wróciłam z imbryczkiem, na kolanach Anity trzymał głowę mój pies. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
Łyknęłam herbaty i miejsce po zębie przypomniało o sobie w sposób gwałtowny i niespodziewany.