Znowu wybuchnęli śmiechem.
Po piętnastu minutach spali oboje głęboko.
13
Leon i Emma przyjechali do Hiszpanii. Sami, bo na co by im tu byli potrzebni ich norwescy pomocnicy?
– Pozwoliliście jej odejść? – ryczał teraz Leon do dwóch Hiszpanów, którzy uprowadzili Veslę. – Ona była przecież naszym najlepszym na świecie środkiem nacisku!
– Ona… tam pewnie jeszcze jest – wyjąkał starszy. – Tamtędy nikt nie chodzi.
– I chyba już nie żyje – uzupełnił młodszy. – Wpadła do wody.
– Nie żyje? – ryknął Leon jeszcze głośniej. – Nie żyje?
– Tak. Ale ona nic nie wiedziała – przekonywali obaj pospiesznie. – Nie było sensu jej trzymać.
Leon zrobił się czerwony.
– Żywa czy umarła była wspaniałą zakładniczką, wy osły głupie! Środkiem nacisku! Ruszać mi zaraz i sprowadzić ją do mnie. Tutaj!
Obaj napastnicy byli zbici z tropu.
– No, ale tego właśnie nie możemy – jąkali się. – Ona jest za wielka i za ciężka. A poza tym, jak ją przeniesiemy przez bramę, żeby strażnicy nie widzieli?
Leon jęknął wściekły.
– Czy ja wszystko muszę robić sam? Zatelefonował do swojego kompana i przyjaciela, szczerze mówiąc także konkurenta, ale o tym nie wspominał, który również przybył do Granady.
– Alonzo! Znajdź no jakiś odpowiedni samochód dostawczy, którym można by niepostrzeżenie dostać się do Alhambry! Musimy przeszmuglować stamtąd cennego zakładnika.
Ustalili czas i miejsce spotkania.
Bez kłopotów weszli na teren Alhambry. Młodszy z mężczyzn, którzy napadli na Veslę, pokazał im boczną drogę do kanału. Kiedy jednak stanęli w miejscu, gdzie powinna była znajdować się Vesla, żadnej zakładniczki tam nie było.
Rozegrała się wielka kłótnia, padło mnóstwo strasznych oskarżeń i pogróżek. Co się teraz może stać? Jeśli ofiara przeżyła i opowiedziała władzom, co ją spotkało, Leon i jego ludzie mogą się znaleźć w kłopotach. A nie mogli przecież pytać strażników, czy nie znaleziono tu martwej dziewczyny, to by się dla nich mogło skończyć tak samo źle.
– Wyłapać mi ich wszystkich w hotelu – wrzeszczał Leon wciąż purpurowo czerwony z gniewu. – Wyśpiewają, gdzie się znajduje Elio, żebym ich miał zachlostać na śmierć.
Nasz dobry Leon był trochę niekonsekwentny, ale przecież w chwilach takiej frustracji mało kto zachowałby przytomność umysłu.
Właściciel hotelu bezradnie rozkładał ręce. Nie, niestety, czwórka gości z Norwegii uregulowała już rachunek. Co się z nimi stało? O ile dobrze zrozumiał, wrócili do domu, do Norwegii.
Tym sposobem Leon i Alonzo (który ku oburzeniu Leona zalecał się do Emmy) oraz ich współpracownicy znaleźli się znowu w punkcie wyjścia.
– A przycisnęliście rodzinę Elia, jak trzeba? – spytał Leon, kiedy już byli na ulicy.
– Możemy przecież spróbować jeszcze raz – odparł Alonzo. – Ale wygląda na to, że te baby nic nie wiedzą.
– A może jakieś tortury?
Alonzo zastanawiał się.
– W ich domu tego zrobić nie można. Zbyt wielu sąsiadów.
– Żadnych dzieci, które można by wykorzystać jako środek nacisku?
– Nie. Był jeden chłopiec, ale ostatnio zniknął i nie wiemy, gdzie jest.
Zastanawiali się wszyscy przez jakiś czas.
– Coś wymyślimy – burknął w końcu Leon. – Teraz muszę się napić piwa. A potem być może zwrócę się o pomoc do naszych ogolonych przyjaciół.
Alonzo drgnął. On by mnichów przyjaciółmi raczej nie nazywał. Tego rodzaju makabryczne istoty nie miewają przyjaciół, one wykorzystują żywych ludzi do własnych celów.
Jedenastu mnichów nieznosiło przenoszenia się na tak wielką odległość. Skoro jednak czworo znienawidzonych młodych ludzi oraz ich przeklęci rycerze wybrali się do Hiszpanii, to i mnisi zmuszeni byli tam pojechać.
„Ten piąty smarkacz znowu się pokazał – powiedział jeden z mnichów. – On jest niegroźny. Młody. Głupi. Nie może też spłodzić dziecka. Tamci są gorsi. Natrafili na trop. Trzeba ich powstrzymać”.
„W porządku. Przynajmniej jedziemy do swojego kraju”.
„Jakie spustoszenia. Jaka demoralizacja! Żadnego respektu dla świętości. Nawet tortury nie są już dozwolone!”
„Wszyscy współcześni ludzie to słabeusze! Musimy trochę przyspieszyć rozwój. Straszyć piekielnymi mękami, jeśli oni się już Boga nie boją”.
„Tak jest. Trzeba ich trochę poprzypiekać, żeby się nawrócili! Musimy ich zbawić!”
Pięciu dumnych rycerzy obserwowało rozwój wydarzeń z troską.
„Czy myślicie, że pięcioro naszych młodych przyjaciół sobie poradzi? Tamci mają wielką przewagę. Żywi wrogowie gromadzą się w Granadzie” – rzekł don Ramiro de Navarra.
„Obawiam się, że również nasi umarli wrogowie się tam pokażą – wtrącił don Federico. – Oni zawsze potrafią wywęszyć, gdzie się znajdujemy”.
„Musimy obserwować, co się dzieje! Młodzi są teraz tak blisko celu. Żebyśmy tylko mogli im pomóc!”
„Gdyby ta moja młoda kuzyneczka mogła jeszcze raz zasnąć ze skórzaną mapą pod głową – westchnął Sebastian de Vasconia. – Wtedy zrobiliby ważny krok na drodze do odkrycia prawdy”.
„Obiecali, że spróbują ją przekonać – skinął głową Federico de Galicia. – Żeby tylko ten potwór Leon nas nie uprzedził swoimi starymi sztuczkami!”
„Musimy obserwować, co się dzieje!” – powtórzył don Ramiro.
Dręczył ich nieznośny lęk. Chodziło bowiem nie tylko o bezpieczeństwo ich młodych przyjaciół. Teraz miała się rozstrzygnąć ich przyszłość. I wiele innych spraw.
CZĘŚĆ TRZECIA. POŚCIG ZA ELIEM
14
Pedro przyleciał porannym samolotem i spotkał wyspanych Unni i Jordiego oraz nie całkiem tak dobrze wyspanych Veslę i Antonia. Wkrótce jednak i oni ożyli.
Vesla nie miała żadnych objawów wstrząśnienia mózgu, włączyła się więc w walkę o wyrwanie małego Pepe z rąk ojca, króla gangsterów. Czuła się teraz silna z miłością Antonia jako bezpieczną kotwicą.
Niebawem mieli się przekonać, że Pedro jest naprawdę wpływową figurą. Sam komisarz policji zjawił się osobiście i z uprzejmymi ukłonami stawiał się do dyspozycji. Ponieważ jednak Hiszpan nigdy nie zachowuje się serwilistycznie, komisarz czynił to z klasą. Ku swemu wielkiemu zaskoczeniu czworo przyjaciół dowiedziało się, że Pedro pochodzi z wysokiego arystokratycznego rodu. Zresztą mogli się tego spodziewać, jego pełne nazwisko brzmiało bowiem don Pedro de Verin y Galicia y Aragón.
Teraz otrzymali wyjaśnienia.
Verin to prastara twierdza w Galicii, Aragón zaś to stare królestwo dalej na wschód, teraz prowincja Hiszpanii. Ród Pedra dorobił się swego miana w wyniku zawieranych w przeszłości małżeństw. Wszystko to brzmiało niebywale wytwornie i przybyszom z Norwegii naprawdę zaimponowało.
Niewielka grupa zaproszonych gości zebrała się w małej salce konferencyjnej położonego na uboczu hotelu. Personel był nieliczny i chodził dosłownie na palcach, by nie przeszkadzać prominentnym gościom.
Pierwsze zadanie należało do Jordiego. Miał po temu najlepsze warunki.
Komisarz policji pochylił się do Pedra i zapytał dyskretnie:
– Proszę mi powiedzieć, kim jest ten człowiek? Jego oczy… kiedy się w nie patrzy to tak, jakby zanurzyć się w morskiej otchłani, na której dnie znajdują się tysiące grobów.
Poczciwy comisario de policia miał poetyckie usposobienie.
Pedro nie mógł mu nic powiedzieć. Wiedział, oczywiście, kim jest Jordi, ale wyjaśnienia na nic by się tu nie zdały. Wywołałyby jedynie nowe pytania.
Mercedes, matka małego Pepe, uczestniczyła również w tej bojowej naradzie i przekazała Jordiemu niezbędne informacje na temat rezydencji swego męża i panujących tam zwyczajów. Tak, ta ogromna, leżąca na granicy miasta posiadłość naprawdę zasługiwała na miano rezydencji.