– Masz tam jakichś godnych zaufania przyjaciół? – spytał Jordi.
Mercedes musiała się zastanowić. Była olśniewająco piękna, nic dziwnego, że José chciał ją zachować jako swoją własność, którą mógłby się chwalić.
– Nie mam nikogo – wyznała w końcu. – Wszyscy są absolutnie uzależnieni od Joségo. On im bardzo dobrze płaci za lojalność i milczenie. Nie, nikomu bym nie zaufała.
Jordi skinął głową na znak, że rozumie.
On i Mercedes konferowali długo, w końcu jednak znaleźli rozwiązanie. Jeśli Mercedes w pełni na nim polega, wszystko powinno się udać.
Mercedes patrzyła w niezwykłe oczy Jordiego, widziała w nich dobroć, więc bez wahania złożyła los swego synka w jego ręce.
Wyjaśniła, że malec sypia w południe. I wtedy właśnie jest najmniej strzeżony, zostaje z nim tylko jedna opiekunka. Siedzi ona w pokoju obok sypialni dziecka, często jednak wymyka się, by flirtować ze strażnikiem tego skrzydła. Tak, czterolatek jest nieduży i lekki.
Policjanci przynieśli dla Jordiego kombinezon z wydrukowaną na plecach nazwą pralni, obsługującej rezydencję, sprowadzili też samochód dostawczy tej samej firmy. Firma co prawda nic o tym nie wiedziała, policjanci mieli jednak nadzieję, że nie ma ona w rezydencji swoich ludzi. Potrzebne rzeczy po prostu ukradli.
Jeśli chodzi o Jordiego, to ani kombinezon, ani samochód nie były niezbędne, ale obecność chłopca komplikowała sytuację.
Wkrótce Jordi odjechał z hotelu samochodem pralni w towarzystwie ubranego po cywilnemu policjanta.
– Moim zdaniem on jest szalony – rzekł komisarz policji. – On naprawdę wyobraża sobie, że zdoła wejść niezauważony do tego gniazda żmij? Zostanie złapany jeszcze przed bramą, nie ma przecież żadnych papierów świadczących, że jest tym, za kogo się podaje. I samochód nie ma odpowiednich dokumentów.
– Samochód nie przejedzie przez bramę – wyjaśnił Pedro spokojnie. – Pozwólmy Jordiemu działać, on sobie poradzi.
Spostrzegli, że Mercedes składa ręce jak do modlitwy. Była blada i nie przestawała drżeć. Wszyscy współczuli jej z całego serca.
Samochód z pralni zatrzymał się w odpowiedniej odległości od bramy. Stał na terenie publicznym, nie zwracał niczyjej uwagi.
Policjant – szofer patrzył, jak Jordi przechodzi przez ulicę, a potem idzie kawałek chodnikiem w stronę znakomicie strzeżonej bramy Joségo. Tam stanął, jakby na kogoś czekał. Policjant nie posiadał się ze zdziwienia.
W chwilę potem na ulicy ukazało się kilku mężczyzn i wolno szło ku bramie. Minęli Jordiego i nagle ten zniknął policjantowi z oczu. Po prostu przepadł.
Mężczyźni podeszli do wejścia, pokazali karty identyfikacyjne i oni również zniknęli policjantowi z oczu. Koniec!
– Wielkie nieba, co to się dzieje? – szeptał sam do siebie i na wszelki wypadek dotknął krzyża przymocowanego do tablicy rozdzielczej samochodu.
Co się stało z tym sympatycznym, ale w najwyższym stopniu dziwnym Jordim Vargasem? Przecież obok bramy nie ma żadnych drzwi, żadnej niszy, w której mógłby zniknąć.
A po nim po prostu przepadł wszelki ślad.
To straszne!
No cóż, nie pozostawało nic więcej, jak tylko siedzieć i czekać.
Jordi wszedł razem z pracownikami na teren posiadłości i nikt go nie zauważył. Pospiesznie udał się do skrzydła domu, w którym więziono Pepe. Tak, malec tak to musiał odczuwać, choć przecież José był jego ojcem. Widywał go zresztą nadzwyczaj rzadko i zawsze ojciec traktował go bardzo surowo. Mercedes powiedziała Jordiemu, przez które boczne drzwi powinien wejść. Główne prowadziły do pomieszczeń strażników. Dała mu też klucz do bocznych drzwi, udało jej się go zabrać, kiedy uciekała z synem od męża tyrana.
O ile Jordi bez przeszkód przeszedł przez bramę, to teraz musiał bardzo uważać. Tutaj nie było ludzi, do których mógłby się przyłączyć. A kiedy zostawał sam, trudniej mu było stać się niewidzialnym. Specjalnością Jordiego bowiem było znikanie w grupie.
Teraz trzeba działać ostrożniej.
Jordi wiedział, że wokół całej posiadłości Joségo znajduje się w tej chwili mnóstwo policjantów. Są ukryci, ubrani jak zwyczajni ludzie, którzy znaleźli się tutaj najzupełniej przypadkowo. Wszyscy czekali tylko na sygnał od Pedra i komisarza.
To jednak Jordiemu w niczym nie pomagało, kiedy stał w kącie rozległego hallu i studiował plan tej części domu, naszkicowany przez Mercedes.
Właśnie Mercedes wpadła na pomysł, że najlepszych pretekstem będą firanki. Kilka razy w roku firanki odsyłano do pralni i wieszano nowe. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że nie były zmieniane na przykład przed tygodniem.
Drabina i kosz, których ludzie z pralni zwykle używali, znajdowały się w piwnicy. Gdzie jest wejście…?
Tam! Szkic był poprawny. Jordi słyszał głosy strażników w pokoju, który tak uważnie ominął. Od czasu do czasu docierał też do niego kokieteryjny szczebiot kobiecy, domyślił się więc, że piastunka zostawiła śpiącego chłopca, żeby sobie poflirtować.
Trzeba się spieszyć, los daje mu szansę. Za parę minut może być za późno.
Zresztą w każdej chwili ktoś może wejść do hallu.
Pospiesznie odszukał drabinę i kosz, po czym pobiegł schodami na górę, przez cały czas trzymając się instrukcji Mercedes.
Drzwi do pokoju, piastunki zastał otwarte. Nikt Jordiego nie widział. Najszybciej jak mógł zdjął firanki, musiał mocno szarpać, bo coś się zacięło, nie miał czasu do stracenia. Firanki były dość gęste, w każdym razie nieprzezroczyste, Jordi uznał, że te jedne wystarczą. Włożył je do kosza i wślizgnął się do sąsiedniego pokoju.
Na łóżku leżał drobniutki chłopczyk i spał. Czterolatek… Starsze dziecko mógłby obudzić i wytłumaczyć mu, co się dzieje, na przykład zaprosić do podniecającej ucieczki. Czterolatek jednak był na to za mały. Mógł się przestraszyć i zacząć krzyczeć. Albo za bardzo się przejąć czekającą go przygodą i zachowywać się zbyt głośno.
Jordi wiedział, że jego chłód w tej sytuacji się nie ujawni. Chłopiec nie stanowił najmniejszego zagrożenia dla jego koncentracji na zagadce rycerzy. Dlatego uniósł dłonie nad czołem Pepe i wyszeptał:
– Śpij, śpij, moje dziecko. Twoja mama na ciebie czeka. Widzisz ją? Tam stoi. A teraz wyciąga do ciebie ręce…
Na małej buzi pojawił się uśmiech, ale dziecko się nie obudziło. Przeciwnie, zdawało się spać jeszcze głębiej, niemal jak w letargu.
Jordi szeptał dalej:
– Teraz mama zabierze cię na przejażdżkę w kołyszącym się pojeździe. Pojedziecie razem daleko stąd. O, tak… teraz mama bierze cię na ręce. Śpij, śpij, śpij…
Cichy głos podnosił się i opadał jak fale. Pepe nie zareagował, gdy Jordi układał go w koszyku, niemal wystarczająco dużym. Tylko jedno kolanko dziecka sterczało w górze i Jordi musiał starannie udrapować firanki, by je ukryć.
Nagle zamarł. Na zewnątrz dały się słyszeć głosy. Ktoś wchodził po schodach.
Nie miał czasu na ukrycie się. Jeśli to piastunka dziecka, to wejdzie do jego pokoju i narobi krzyku, stwierdziwszy, że chłopiec zniknął. Jordi pospiesznie ułożył kołdrę na łóżku tak, jakby Pepe wciąż tam leżał. Natychmiast wbiegł znowu do pokoju dziewczyny. Kosz trzymał pod pachą z taką nonszalancją i swobodą, jakby były w nim tylko firanki.
To była dziewczyna, znacznie starsza, niż oczekiwał, ale nie sprawiała dobrego wrażenia. Uśmiechnął się do niej, szarmancko przepuścił ją w drzwiach, ona w odpowiedzi zachichotała kokieteryjnie, widocznie nie przywykła do eleganckich manier.