Выбрать главу

Jordi szybko zbiegł po schodach.

Zawahał się jedynie na ułamek sekundy, kiedy zobaczył w hallu strażnika, stojącego tam samotnie i palącego papierosa. To pewnie ten, który odprowadzał dziewczynę.

Na górze nikt nie wołał, nie zauważono zniknięcia chłopca.

Strażnik odwrócił się do Jordiego, który ze względu na chłopca i na to, że brak było w pobliżu innych ludzi, nie mógł się posłużyć swoją zdolnością do znikania. Mógł jedynie po przyjacielsku pozdrowić stojącego i obojętnie iść dalej.

Strażnik jednak nie był z tego zadowolony.

– Hej, ty! – zawołał tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Czy nie mieliście przyjść w piątek?

Jordi zatrzymał się. Spij spokojnie, Pepe, nie ruszaj się!

– Mieliśmy, ale wezwano nas dzisiaj, bo te firanki trzeba było wymienić natychmiast. Ktoś przypadkiem je zabrudził.

Strażnik zrobił coś, co wielu ludzi automatycznie robi w takiej sytuacji: Chciał osobiście sprawdzić, jak się rzeczy mają. Pociągnął firankę i jego oczom ukazało się kolano Pepe.

Wszystko dokonało się bardzo szybko, dla Jordiego jednak sceny następowały po sobie jak na zwolnionym filmie. Oczy strażnika zrobiły się czarne ze złości, otworzył usta, by wzywać pomocy, ręka sięgała po rewolwer… Jordi w ogóle nie zdążył nic pomyśleć, zamachnął się, wymierzył potężnego sierpowego i tamten padł nieprzytomny na ziemię.

Jordi musiał na chwilę odstawić kosz, złapał strażnika za nogi i przeciągnął go pod drzwi piwnicy. Zepchnął go z całej siły, po czym zamknął drzwi. Miał nadzieję, że nikt nie usłyszy tajemniczego łoskotu z dołu.

– Niech ci szczęście towarzyszy do samego końca schodów – mruknął, chwycił kosz i wyszedł bocznymi drzwiami.

Teraz czekała go największa trudność: musiał niezauważony przekroczyć bramę. Potrzebował do tego wszystkich paranormalnych zdolności, jakie otrzymał od rycerzy. Nie miał bowiem ani chwili do stracenia. Strażnik w piwnicy może się ocknąć w każdej chwili, piastunka może odkryć zniknięcie dziecka. Jordi nie mógł więc czekać, aż pojawi się na przykład większa grupa pracowników, opuszczających rezydencję. Samotnie, z żywym bagażem pod pachą, nie był w stanie stworzyć iluzji, że go nie ma. Strażnicy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa natychmiast by go zobaczyli. A przecież nie widzieli, by do posiadłości wchodził jakiś pracownik pralni.

Stał ukryty za rogiem domu i przeklinał pusty dziedziniec. Nikt akurat nie zamierzał stąd wychodzić. A czas uciekał.

– Don Ramiro, mój dobry przodku, i wszyscy wy, moi przyjaciele rycerze, poradźcie mi, co robić. Czas nagli – szeptał. – Jak się mam zachować? Mój mózg jest kompletnie pusty.

Słońce zalewało żarem dziedziniec i wypielęgnowane klomby na jego obrzeżach.

Jordi czekał jeszcze jakieś pół minuty, w jego głowie nie pojawiła się odpowiedź, jak do tego przywykł w kontaktach z rycerzami. Dostrzegł natomiast jakieś zamieszanie przy bramie. Strażnicy wybiegli ze swojej buciki i podnieceni rozprawiali o czymś, co się działo na głównym dziedzińcu.

Jordi odwrócił się w tamtą stronę. Zobaczył pięć wspaniałych czarnych koni wolno kroczących z tak samo jak one czarnymi rycerzami w siodłach. Wysocy, wyprostowani, siedzieli, odporni na kule i w ogóle na wszelką broń.

Jordi zareagował szybciej niż kompletnie sparaliżowani strażnicy, którzy, rzecz jasna, nie byli w stanie pojąć, w jaki sposób rycerze znaleźli się w obrębie posiadłości. Gdyby wjechali tu z zewnątrz, z ulicy, strażnicy uznaliby, że to jacyś karnawałowi przebierańcy i zatrzymali ich. Poza tym nie wiedzieli, czy ich pracodawca, pan José, nie stoi za tą grosteskową maskaradą. Jordi dostrzegał ich niepewność: czy powinni zatrzymać orszak? Może powinni grozić, że zaczną strzelać? A może strzelać bez ostrzeżenia?

Jordi już się tymczasem znalazł pomiędzy końmi, i już wiedział, że „zniknął” w tłumie. Strażnicy nie mogli zobaczyć nawet jego stóp, bo z całych sił koncentrował się na tym, by być niewidzialnym. A chłopiec? Nie, on znajdował się na wysokości końskich ciał, potężne zwierzęta ukrywały go niezależnie od tego czy był widoczny, czy nie.

– Dziękuję – mruknął Jordi do don Sebastiana, który jechał najbliżej niego. – Pomogliście mi bardzo.

„Uratowanie chłopca służy naszemu celowi” – odparły myśli don Sebastiana de Vasconia lakonicznie.

W posiadłości wybuchło wielkie zamieszanie, ochroniarze biegali tam i z powrotem, ktoś krzyczał: „Strzelać!”

Jeden ze strażników złożył się do strzału. Wtedy stary don Federico de Galicia uniósł ostrzegawczo dłoń władczym gestem, zwracając dłoń ku niemu. Było to takie złowieszcze, a stary człowiek tak upiornie blady, że strażnik po prostu otworzył gębę i zamarł w bezruchu. Karabin wypadł mu z rąk.

Zamieszanie na placu przycichało, a pięciu rycerzy wolno opuszczało posiadłość. Otaczając niczym mur Jordiego z chłopcem, przekroczyli bramę.

Eskortowali go aż do miejsca, gdzie parkował samochód z pralni, a policjant gorączkowo szukał uspokajającego papierosa. Najpierw myślał, że to jakaś maskarada, ale rycerze wydali mu się dziwni. Widział ich, a jakby nie mógł im się dobrze przyjrzeć.

Kiedy zaś Jordi Vargas nieoczekiwanie otworzył tylne drzwi samochodu i wskoczył do środka, wciągając za sobą wielki kosz, to już naprawdę niczego nie mógł pojąć. Skąd się Jordi wziął i w ogóle co się tu dzieje?

Jeszcze gorzej się poczuł, kiedy ponownie się obejrzał, by popatrzeć na rycerzy, i stwierdził, że ulica jest pusta. Żadnych rycerzy, żadnych koni, nic!

– Jedź! – rozkazał Jordi. – Jedź najszybciej, jak możesz!

Z nerwowym szarpnięciem samochód ruszył w drogę.

Mały Pepe był bezpieczny. Teraz może się rozpocząć prawdziwe polowanie na Joségo. A kiedy go już schwytają, prawdopodobnie będzie się można dowiedzieć, gdzie przebywa Elio.

15

Jordi niósł śpiącego Pepe na rękach, głowa chłopca spoczywała na jego ramieniu. Tak zbliżyli się do małego hoteliku.

Mercedes wybuchnęła płaczem, natychmiast wyciągnęła ramiona po syna, Jordi jednak prosił ją, by jeszcze chwilę zaczekała. Dotknął dłonią buzi chłopca i wypowiedział kilka słów, których nikt nie zrozumiał. Malec budził się wolno i rozglądał wokół z ciekawością. Nagle dostrzegł matkę i krzyknął radośnie. Teraz Mercedes mogła go nareszcie odebrać.

Do domu jednak nie pozwolono jej wrócić. Ona i jej matka musiały zostać ukryte w bezpiecznym miejscu. Było oczywiste, że dom Elio jest obserwowany, toteż jego żonę wyprowadzono stamtąd po kryjomu, bocznymi uliczkami tak, jak przedtem wyprowadzono Mercedes.

„Operacja Pepe” dobiegła końca, na razie szczęśliwego, nikt jednak nie miał wątpliwości, że José tak łatwo się nie podda.

– No to teraz nasza kolej – powiedział Pedro.

Rozkazy zostały wydane, wokół wielkiej posiadłości Joségo zaczynała się zaciskać policyjna sieć.

Komisarz policji zlecił zarządzanie akcją swemu zastępcy. On sam wraz z Pedrem i Antoniem udali się do paszczy lwa, czyli na rozmowę z Josém.

Za wszelką cenę należało wydobyć z niego informacje na temat miejsca pobytu Elio. Starali się zachowywać spokój. Przed nimi znajdowała się brama do siedziby króla gangsterów. Trzej panowie popatrzyli po sobie i westchnęli cicho i głęboko.

Wielka mobilizacja policji dawała im poczucie bezpieczeństwa, ale teraz musieli wejść do środka bez żadnej ochrony.

Komisarz policji cieszył się, że wysoko postawiony don Pedro jest z nim. Pedro, człowiek słabego zdrowia, cieszył się natomiast z obecności lekarza Antonia, Antonio zaś był zadowolony z towarzystwa ich obu.

– No to co, panowie – rzekł komisarz. – Wchodzimy?