Выбрать главу

W małym hoteliku Jordi wyjaśnił Unni, że wielki wysiłek bardzo go zmęczył, przeprosił ją więc i poszedł do siebie, żeby odpocząć.

Wszystkie cztery kobiety zebrały się w pokoju Unni, największym i najbezpieczniejszym, w którym znajdowały się dwie kanapy. Dla wszelkiej pewności zamknęły drzwi na klucz i zaciągnęły zasłony, choć przecież wiedziały, że przed hotelem stoi policjant, a drugi dyżuruje w recepcji.

Mały Pepe leżał na wielkim łóżku i spał, trzymając matkę za rękę. Radość ze spotkania z nią i skutki hipnotycznego oddziaływania Jordiego bardzo go zmęczyły.

Teraz, kiedy oszołomienie radością z odzyskania dziecka ustąpiło, Mercedes i jej matka pełne były złych przeczuć. Jak się to wszystko ułoży? José musi być wściekły i z pewnością postawi wszystko na jedną kartę, byleby tylko odzyskać syna. Nic im nie grozi, dopóki znajdują się pod opieką policji, ale jaka przyszłość czeka je i dziecko? Czy nigdy nie zaznają spokoju? Czy jeszcze kiedyś będą mogli zamieszkać w rodzinnym domu Elia, w domu, w którym Mercedes przyszła na świat, w którym urodził się i Elio, i jego ojciec. Co cala trójka: Mercedes, jej matka i syn, ma ze sobą zrobić? Do końca życia uciekać przed pościgiem?

– Przyjmujcie to na razie ze spokojem – powiedziała Vesla. – Poczekajmy, zobaczymy, jak się skończy dzisiejsza akcja. Policja już na pewno schwytała José i wsadzą go na długie lata do więzienia za handel bronią.

– W końcu jednak kiedyś stamtąd wyjdzie – jęknęła señora Navarro.

Unni miała inne pocieszenie:

– A może go wydalą z kraju, odeślą do ojczyzny?

– On i tak wróci – prychnęła Mercedes. – Tutaj ma syna, a w jego kraju to najwyższy honor i prestiż. Przeszedł poważną operację i nie może mieć więcej dzieci, zrobi więc wszystko, by posiadać Pepe. Właśnie posiadać, takie uczucia José żywi do swojego dziecka.

Vesla zwróciła się do niej:

– Więc wolałabyś, żeby się to wszystko nie stało, żeby Pepe został u ojca?

– Nigdy w życiu! Tylko bardzo się boję.

– To najzupełniej zrozumiałe. Ale nasz przyjaciel, Pedro, z pewnością znajdzie jakieś wyjście.

Umilkły. Myślały o tych, którzy teraz znajdują się już w rezydencji. Vesla lękała się o Antonia. Tyle dla niej znaczył.

Unni przeprosiła i wymknęła się z pokoju. Chciała się upewnić, czy Jordiemu niczego nie brakuje. Czuł się zmęczony, a to do niego niepodobne.

Zapukała do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Odczekała chwilę” i ujęła klamkę. Drzwi były otwarte.

Uznała, że to w jakimś sensie zaproszenie, i wślizgnęła się do środka.

Jordi spał głęboko. Teraz, kiedy patrzyła na jego twarz, uświadomiła sobie, jak bardzo musiał być utrudzony. Co prawda spędził kilka dni u Gudrun, ale nie był to przecież żaden porządny odpoczynek. Od pierwszego dnia przeżywał lęki i niepokoje, a kiedy się lepiej zastanowiła, to musiała stwierdzić, że przecież nie tak znowu wiele dni minęło od tamtej pory, kiedy się spotkali po raz pierwszy w Stryn, na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Teraz są w Granadzie, a kłopotom i troskom jak nie było, tak nie ma końca. Współpracownicy Leona dosłownie depczą im po piętach. Najpierw trzeba zrobić porządek z handlarzami broni, zanim będą mogli zacząć szukać Elia, podjąć walkę z Leonem i jego bandą oraz zabrać się za rozwiązywanie problemu czarnych rycerzy…

Największa odpowiedzialność spoczywa na Jordim. Czy więc można się dziwić, że jest zmęczony?

Unni poczuła, że przepełnia ją czułość tak wielka, że bała się, iż serce jej pęknie. Ostrożnie usiadła na łóżku i ujęła spoczywającą na kołdrze rękę.

Natychmiast pojawił się chłód. Lodowaty ziąb przenikał do szpiku kości od palców Unni aż do ramienia.

Ale ona się tym nie przejmowała. Długo by tak siedzieć nie mogła, ale chociaż krótką chwilkę. Może zdoła go chociaż trochę ogrzać własnym ciepłem? Nie, niestety, to niemożliwe.

Nagle odczuła lekkie drgnięcie jego dłoni, a na twarzy śpiącego pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.

Czyżby nie spał? Nie, nie wygląda na to. On śni. Śni o czymś przyjemnym. Może o mnie, zastanawiała się Unni z nadzieją.

Wstała, puściła rękę Jordiego, a potem pochyliła się i pocałowała go w czoło pod ciemną grzywą. Antonio obciął zbyt długie włosy Jordiego i teraz kręciły się lekko. Jego zwracająca uwagę, o mało klasycznych rysach twarz wciąż była bardzo szczupła i tak udręczona, że aż to budziło lęk. Ale Unni widziała go w znacznie gorszym stanie. Tego dnia, kiedy spotkali go po raz pierwszy, wyglądał jak w ostatnim stadium śmiertelnej choroby. Teraz przynajmniej było w nim życie, choć znajdował się w głębokim i bardzo zasłużonym śnie.

Cicho opuściła pokój i poszła poszukać sobie jakiejś cieplejszej bluzki z długimi rękawami.

José był dumny z tego, co posiadał, z rezydencji, z pozycji i z syna. Zdobył w życiu wszystko. No, prawie wszystko. Rozglądał się teraz za nową, reprezentacyjną kobietą, mogącą zastąpić niewdzięczną Mercedes, która uciekła akurat w momencie, kiedy już ją prawie wychował.

Jego imperium było większe, niż władze przypuszczały. W swojej ojczyźnie czuł się niczym król. Król podziemia, dodajmy. Tam jednak świat „nadziemny” zaczął być dla niego niezbyt sympatyczny, tutaj żyje mu się spokojniej i wszystko jest znacznie bardziej nowoczesne. To prawda, że i tutaj policja próbuje wścibiać nos w jego interesy, ale u niego na pozór wszystko jest w porządku, więc nikt niczego nie może mu zarzucić.

Kiedy mu zameldowano, że przy bramie znajduje się trzech mężczyzn, którzy chcą się z nim widzieć, udzielił bardzo ostrej odpowiedzi. Audiencję – tak to określił – należy wcześniej umówić. Poza tym to sekretarz zajmuje się takimi sprawami.

Głos strażnika czuwającego przy bramie brzmiał niepewnie. Tyle się już wydarzyło tego dnia. Ubrani na czarno konni rycerze wyjechali z głębi rezydencji, a teraz…

Pełen lęku, że jako przynoszący złe wiadomości może zostać ukarany, starał się wyjaśnić dokładniej, kim są goście.

José wpadł we wściekłość i zaczął strasznie kląć. Długie i nader barwne wiązanki przekleństw w obu językach nie docierały jednak do strażnika.

– Wpuść ich! – ryknął w końcu do słuchawki pan José.

Co ta hołota tutaj robi? Komisarz policji? I ten zarozumiały, wpływowy Pedro de Venn, znany powszechnie jako nieprzejednany tropiciel afer kryminalnych. Jak się nazywa trzeci? Antonio Vargas? Nigdy o takim nie słyszał.

I musieli się tu zjawić akurat dzisiaj! Kiedy niewinnie wyglądające ciężarówki, załadowane bronią miały właśnie wyruszyć do jego ojczyzny! Stały teraz w dolnej części posiadłości, skąd był wyjazd na boczne ulice, daleko od centrum jego „twierdzy”. Transport czekał tylko na właściwy moment tak, by zdążyć do portu na umówiony statek.

José wydał przez telefon krótki rozkaz:

– Niech ciężarówki ruszają! Natychmiast! Poczekają na statek nad morzem!

Rozkaz przyjęto.

I José mógł powitać swoich gości z uprzejmym uśmiechem.

Poprosił, by usiedli, wskazując szerokim gestem luksusowe kanapy w ekskluzywnie urządzonym pokoju. Piękne biurko, skórzane, ciemnobrązowe obicia mebli.

– To tylko mój domowy gabinet. Tutaj przyjmuję klientów z niecierpiącymi zwłoki problemami.

Prawie zapomnieli, że José jest adwokatem. Antonio nigdy by się w żadnej sprawie nie zwrócił o poradę do takiego adwokata. Zbyt gładki w obejściu, zbyt wypolerowany, jeśli tak można powiedzieć, od czarnych włosów przez oliwkową skórę, po lśniące buty. Zbyt wiele złota mieniło się na nim, i w ogóle nie zachwycał dobrym gustem. Antonio tylko przez chwilę widział małego Pepe, ale rad był, że chłopiec jest taki podobny do matki, i z wyglądu, i z zachowania. To jednak pewna pociecha.